Znowu ci Targaryenowie! Pierwszy film kinowy z uniwersum „Gry o tron” ma datę premiery
Jeśli wydawało wam się, że w bogatym uniwersum George'a R.R. Martina istnieją inne rody skłonne do pociągnięcia marki, Warner Bros. spieszy z wyprowadzeniem was z błędu. Po Daenerys w „Grze o tron”, tańcu smoków w „Rodzie smoka” oraz epizodach w „Rycerzu Siedmiu Królestw”, pierwszym kinowym projektem z Westeros będzie „Game of Thrones: Aegon's Conquest”.

Film skupi się na historii Aegona I Targaryena – założyciela słynnej dynastii, który na grzbietach smoków postanowił zjednoczyć skłócone Siedem Królestw pod swoim twardym panowaniem. Zgodnie z wcześniejszymi informacjami, scenariusz pisze Beau Willimon, twórca „House of Cards”, który stał także za historią do cenionego serialu „Andor”.
Dużo większe zdziwienie budzi jednak nazwisko reżysera. Jak podaje serwis Variety, za kamerą wysokobudżetowego widowiska kinowego stanie Owen Harris. Choć ma on w dorobku znakomity, nagrodzony statuetką Emmy odcinek „Czarnego lustra” pt. „San Junipero” czy pojedyncze epizody „Pani Davis”, a ostatnio pracował na planie „Rycerza Siedmiu Królestw”, wciąż pozostaje twórcą wywodzącym się z telewizji. Powierzenie mu pierwszej, kinowej superprodukcji z tego świata to odważny ruch (a zdaniem niektórych oszczędnościowy) ze strony wytwórni.
Oficjalną datę premiery wyznaczono na 1 czerwca 2029 roku. Wytwórnia celuje więc w sam środek gorącego, letniego sezonu blockbusterowego. Oczywiście planowanie kalendarza z trzyletnim wyprzedzeniem w studiu, nad którym wisi chociażby nadchodząca fuzja z Paramount i przejęcie sterów przez Davida Ellisona, wymaga sporej dozy wiary. Z drugiej strony wspomniany prezes znany jest z zamiłowania do silnych marek, a sukcesy seriali z Westeros na HBO z pewnością pomogą przełknąć ogromny budżet.
Na ten moment kalendarz na 2029 rok świeci pustkami – poza projektem Warnera w odległych planach majaczy jedynie „Coco 2” oraz notorycznie przekładany „Avatar 4”.
Pozostaje pytanie, czy widownia za trzy lata wciąż będzie miała ochotę na oglądanie kolejnych blond-władców palących wioski z grzbietów smoków. Jeśli Beau Willimon dostarczy gęsty, mięsisty scenariusz, a Owen Harris udowodni, że potrafi przeskoczyć z małego ekranu na wielki, Warner Bros. może rozbić bank. Jeśli nie – dostaniemy po prostu bardzo drogi odcinek pilotażowy w kinie.
Czemu w tych fantasy zawsze musi być jakiś pradawny chłop-imperator który zcalił cały ląd twardą łapą? Zawsze są jakieś Tibery Septimy, Thoradiny i inne Calenhady.