Guillermo del Toro wspomina rozmowy o ekranizacji BioShocka. Nazwał je wprost kompletną katastrofą
Adaptacja BioShocka to od lat jeden z najbardziej pechowych projektów w Hollywood. Po latach krążących po sieci plotek Guillermo del Toro oficjalnie potwierdził, że prowadził rozmowy ze studiem Universal w sprawie wyreżyserowania filmu. Szkoda tylko, że negocjacje z wytwórnią podsumował krótko: to była kompletna katastrofa.

W obszernym wywiadzie dla serwisu IGN meksykański mistrz grozy odniósł się do spekulacji, które krążyły w sieci od 2008 roku – niedługo po premierze pierwszej części gry. Del Toro przyznał, że faktycznie usiadł do rozmów o adaptacji BioShocka, jednak zderzenie jego wizji z podejściem producentów okazało się opłakane w skutkach:
Rozmawialiśmy o adaptacji BioShocka, odbyliśmy kilka rozmów telefonicznych. To były chyba jedne z najbardziej katastrofalnych rozmów, jakie kiedykolwiek przeprowadziłem. Więc nie, ku*wa, nie.
Filmowiec wyjaśnił, że studio kompletnie nie orientowało się, czym różni się język gier od języka kina. Del Toro przywołał przy tym swoje doświadczenie z prac nad skasowanym projektem gry Insane:
Próbowałem. Odbyliśmy bardzo burzliwą dyskusję na temat kilku gier. Dynamika gry wideo jest całkowicie inna niż filmu. Mogą być do siebie podobne wizualnie pod względem pracy kamery i tym podobnych rzeczy, ale sama narracja jest zupełnie inna, ponieważ w kinie nie rozwiązujesz zagadek, nie składasz elementów w całość. Kiedy tworzyliśmy strukturę dla Insane, stworzyliśmy coś, co nazywam mandalą. Musisz dać odbiorcom iluzję nieskończonej piaskownicy i prowadzić ich w prawo lub w lewo poprzez ich »własne decyzje«, ale w pewnym sensie musisz zapędzić ich w róg. To zupełnie coś innego.
Pytany o to, czy w przyszłości skusi się jeszcze na wyreżyserowanie jakiejkolwiek adaptacji gry wideo lub udział w branży gamingowej, mistrz grozy odpowiedział równie krótko: „Nigdy więcej”, czyniąc jedyny ewentualny wyjątek dla użyczenia swojego wizerunku w nowym projekcie swojego przyjaciela, Hideo Kojimy.
Historia przeniesienia podwodnego dystopijnego miasta Rapture na wielki ekran to podręcznikowy przykład produkcyjnego piekła. Pierwotnie za projekt odpowiadał Gore Verbinski („Piraci z Karaibów”). Jego ambitna wizja zakładała wysokobudżetowe widowisko z wysoką kategorią wiekową R, które miało w jakiś sposób połączyć oba alternatywne zakończenia gry. Wytwórnia wystraszyła się jednak kosztów i niechęci do ugrzecznienia materiału pod młodszych widzów, co ostatecznie pogrzebało projekt.
Obecnie prawa do marki posiada Netflix, który w 2022 roku zapowiedział własną wersję. Za reżyserię ma odpowiadać Francis Lawrence („Igrzyska śmierci”), a za scenariusz Michael Green („Logan: Wolverine”, „Blade Runner 2049”). Biorąc jednak pod uwagę tempo prac i brak nowych informacji ze strony platformy, trudno mówić tu o jakichkolwiek postępach.
Katastrofą najpewniej by było, gdyby doszło do ekranizacji… Jeszcze jest wciąż nadzieja, że do niej nie dojdzie.
Warto także doprecyzować, bo niestety artykuł wprowadza w błąd. Reżyserem Igrzysk śmierci (oraz współtwórcą scenariusza )był Gary Ross. To przyzwoity twórca z takimi filmami jak Miasteczko Pleasantville, Niepokonany Seabiscuit, czy Duży, na koncie. Pierwsza część choć była w zasadzie konglomeratem pomysłów z innych filmów i książek, która nie stroniła od nonsensów, nadawała się do oglądania bez przykrości. Francis Lawrence to natomiast reżyser nieszczęsnych kontynuacji, który nie ma na swoim koncie żadnego choćby znośnego filmu. Połączenie sił ze scenarzystą od superbohaterskich gniotów i miałkiego fabularnie Blade Runner 2049, przy ekranizacji gry, zapowiada się jako coś, co zdecydowanie nie powinno się wydarzyć.
(edytowano)
Szczerze mówiąc nie dałbym Del Toro nakręcić tego filmu. Wyszedłby taki sam „hicior” jak Hellboy Złota Armia.