Gears of War: E-Day – recenzja. Najlepsza odsłona od 18 lat

Gears of War: E-Day – recenzja. Najlepsza odsłona od 18 lat
Wiecie, czym różni się ekipa z pierwszej trylogii Gearsów od bohaterów części czwartej i piątej? Twarze i imiona tych drugich wyparowały z mej głowy, zanim przez ekran przewinęły się napisy końcowe. Nie mówię, że to były złe gry, ale drużyna, której losy przyszło nam śledzić, miała zbiorczo mniej charyzmy niż bandana Marcusa Feniksa.

Studio The Coalition potrzebowało mnóstwa czasu, by zrozumieć, za co pokochaliśmy oryginalną trylogię Gears of War. Ostatnie części próbowały żenić stare pomysły z nowymi, przy czym te drugie okazywały się, delikatnie mówiąc, nietrafione. Kanadyjczycy postawili na diametralną zmianę klimatu, zaserwowali walkę z nowym, kompletnie nieangażującym przeciwnikiem, zastąpili starą, lubianą ekipę jakimiś chłystkami, doświetlili mapy, a niektóre z nich próbowali otworzyć, zmuszając nas do przemierzania sporych odległości. Pozostaje zapytać: po co?

Do trzech razy sztuka

Idę o zakład, że nic z tego, co wymieniłem, nie znalazłoby się na liście modyfikacji pożądanych przez graczy. Fani liczyli raczej na więcej tego, co sprawdziło się w czasach, gdy za rozwój marki odpowiadało Epic Games. Tylko czy da się przenieść starą magię do współczesności, skoro niewiele rzeczy zmienia się tak dynamicznie jak gry, a złote lata omawianej serii przypadają na czasy popularności Xboksa 360?

Wsiądźmy na moment do wehikułu czasu. Pierwsze Gears of War przypomniało, jak to fajnie chować łeb za osłonami (bo wcześniej grunt pod strzelanie z ukrycia przygotował między innymi kill.switch) i z tej perspektywy kosić wrogów krótkimi seriami. Trzeba też przyznać, że na tle następnych części była to skromna i kameralna, a zarazem dość mroczna produkcja. „Dwójka” rozkręciła imprezę, a skalę konfliktu przemnożyła przez trzy, realizując pamiętną maksymę Cliffa Bleszinskiego. Kolejna część dorzuciła do puli nowe, śmiertelnie niebezpieczne, zagrożenie i pozwoliła stawiać czoła szarańczy już nie z jednym, a trzema kompanami u boku, bo głównym „ficzerem” tej odsłony cyklu był czteroosobowy co-op.

Gears of War: E-Day

Z identyczną liczbą graczy można przejść kampanię Gears of War: E-Day (fani multiplayera mają również do dyspozycji tryb hordy oraz kontry). Gra wraca do korzeni w dwójnasób – chce być znów ponura jak sen grabarza, a przy tym niebywale brutalna. Opowiada jednak o wydarzeniach sprzed części pierwszej, skupiając się na tym, jak właściwie się to wszystko zaczęło. W przypadku prequela nasuwa się oczywiście pytanie: czy można podbić stawkę, skoro śledzimy start inwazji szarańczy i wiemy, jak dalej potoczy się ta historia? Czy w momencie powrotu do nieznanych początków da się wyreżyserować grę wedle wspomnianego przepisu „bigger, better and more badass”? Z radością spieszę więc donieść: da się!

Preludium koszmaru

Akcja ma miejsce 14 lat przed wydarzeniami z „jedynki”. Jako że opowieść rozpoczyna się na kilka godzin przed wyjściem szarańczy na powierzchnię planety Sera, po raz pierwszy mamy okazję oglądać Marcusa i Doma w cywilu. Chłopakom zebrało się na wspominki przy piwku, a początek inwazji zastaje ich w lokalnym pubie, gdzie przypadkiem poznają dwóch innych wojaków – świeżaka Lucasa Reyesa i zaprawioną w boju Mags Carter.

Zaczyna się od wstrząsów, chwilę później pojawiają się pierwsze wyrwy w asfalcie. Ulice się zapadają, przerażeni ludzie uciekają w popłochu, samochody płoną, a wśród tego chaosu używają sobie potwory, które wypełzły z kraterów. Kim są, ustali się później. W obliczu nieznanego zagrożenia wspomniana czwórka łączy siły, łapiąc za to, co akurat ma pod ręką, i nie jest to broń palna. Za Lancera, i to w wersji Mk1 (tej z bagnetem pozwalającym na szarże), chwytamy dopiero później.

Gears of War: E-Day

Bez ciężkiego rynsztunku na grzbiecie bohater okazuje się zaskakująco zwinny, kultowy karabin szturmowy wydaje się z kolei osłabiony. To zabieg celowy, bo niedługo później wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce. Najpierw – gdy zakładamy klasyczny pancerz gearsów, później – kiedy na początku drugiego aktu jesteśmy świadkami stworzenia prototypowego Lancera z piłą, celniejszego i z powiększonym magazynkiem. Mawiają, że potrzeba matką wynalazków, a ja autentycznie poczułem się, jakbym po latach nieobecności wrócił do domu.

Mięśniaki z przeszłością

Spodobał mi się sposób, w jaki prowadzona jest narracja, czy to w przerywnikach, czy w trakcie samej rozgrywki, bo skład często wymienia się spostrzeżeniami nawet w środku kompletnej zadymy. Spotkanie z szarańczą to dla bohaterów wciąż świeże doświadczenie i nie wiedzą, czego mogą się po spodziewać. Początkowo biorą ją za prymitywne potwory, więc szokiem będzie dla nich świadomość, że mierzą się z gatunkiem potrafiącym się porozumiewać oraz dysponującym własną bronią palną, zaawansowaną niemniej od ludzkiej. Z czasem odkryją, że komunikacyjne kanały wojskowe były na podsłuchu, a prawdziwa groza dopadnie ich wtedy, gdy w podziemnych jaskiniach na własne oczy ujrzą przytłaczającą skalę zagrożenia.

Gears of War: E-Day

Ekipa Feniksa dopiero uczy się czytać śmiertelnie niebezpiecznego przeciwnika, a przy tym nie pozostaje bezosobową maszynką do mielenia mięcha. Przykładowo Dom martwi się o żonę, Marcus wzmiankuje o ojcu, spotykamy też debiutującego w „dwójce” Taia Kaliso. Gdy przebijamy się w kierunku stadionu, drużyna wspomina Cole’a Traina (sportowca, który zasilił szeregi oddziału Delta w trakcie kampanii części pierwszej), a nieco później poznajemy genezę nazwy „szarańcza”. Podobnych smaczków, budujących tło i będących sentymentalną pożywką dla fanów, występuje tu mnóstwo i bezbłędnie tworzą klimat. Dobrze zostały wykreowane również nowe twarze w zespole – to ludzie z krwi i kości, mający swoje przemyślenia i przeszłość, do której nierzadko nawiązują.

Odrębnym bohaterem okazuje się sama Kalona. Pejzaże, jakie znamy z Gearsów, zawsze były ponure i dość sugestywne – pełne gruzowisk, przerdzewiałych wraków i nagich szkieletów ze stali, będących pozostałościami po wieżowcach. Po raz pierwszy trafiamy do świata u progu nadchodzącej katastrofy, a nie po wielu latach wyniszczającej go wojny. Początkowe godziny są dramatyczne, ale jeszcze nie zwiastują grozy nadchodzących dni, gdy miasto odczuje inwazję w sposób szczególnie silny. Ta sprawa jest przegrana, ale drużyna Marcusa o tym nie wie, a odbywający się na naszych oczach upadek wielkiej metropolii przedstawiono w przygnębiający, a jednocześnie spektakularny sposób.

Gears of War: E-Day

Samo gęste

Poszczególne części Gearsów różniły się detalami, ale jedno łączyło je od samego początku – walka. Seria słynie z brutalnych starć i mam wrażenie, że ten element podkręcono jeszcze bardziej, a bestialskie finishery jeszcze nigdy nie zalewały ekranu taką ilością krwi. Jest duszno, intensywnie i mięsiście. Szarańcza atakuje z wściekłą agresją (choć sterująca nią AI czasami głupieje), a dzięki pewnym zmianom w uzbrojeniu (o czym za chwilę) starcia praktycznie nigdy się nie nudzą. To wielka sztuka rozpisać scenariusz na kilkanaście godzin (prawdopodobnie jest to najdłuższa kampania w historii cyklu) i zdecydowaną większość tego czasu zapełnić ostrzeliwaniem się zza osłon, a jednocześnie zrobić to tak dobrze, by nieustannie towarzyszył nam głód „jeszcze jednej fali”.

Spora w tym zasługa przeciwnika. Tym razem żadnych robotów i tym podobnych bzdur – walczymy z zastępami szarańczy, które dzięki możliwościom Unreal Engine’u 5 jeszcze nigdy nie wyglądały równie odpychająco. Trzonem wrogiej armii są oczywiście występujące w kilku wariantach trepy wspierane czasem przez niezwykle wytrzymałych boomerów, a wśród większych zawodników nie zabrakło pająkopodobnych corpserów, latających reaverów czy monstrualnych brumaków. Co ciekawe, pojawiają się też nowi chłopcy do bicia, ale ich tożsamości nie zdradzę; dodam tylko, że całkiem nieźle wpasowują się w szeregi wroga, choć ich wygląd może się wydać dyskusyjny.

Gears of War: E-Day

Korytarzówka, która chce być czymś więcej

E-Day jest taką „jedynką” na sterydach, jednocześnie nie do końca rezygnując z rozwiązań wypracowanych przez ostatnie odsłony (zwłaszcza Gears 5), choć tym razem wprowadza je z głową, w formie bardzo umiarkowanej i mądrzej zaimplementowanej. O czym konkretnie mowa? O mapach, które pozwalają na pewną dozę swobody.

Pierwszy akt jest liniowy, więc konstrukcyjnie bardzo przypomina oryginalną trylogię, ale drugi (i kolejne) okazuje się sporym zaskoczeniem. Trafiamy na ulice ogarniętego chaosem miasta, mając do dyspozycji niemały wycinek wybranej dzielnicy. Nie przypomina to typowej piaskownicy, bo wiele dróg jest zablokowanych, czy to stosem wraków, gruzowiskiem, czy wyrwą w asfalcie. Nasza swoboda okazuje się w pewnym stopniu ograniczona, z reguły jednak od punktu A do punktu B prowadzi nie tylko jedna ścieżka.

Gears of War: E-Day

Równowaga to podstawa

Co więcej, główne wytyczne otrzymujemy od zwierzchników drogą radiową, ale w trakcie wnikliwej eksploracji nierzadko trafiają się zadania poboczne. Tu jakiś cywil utknął na dachu i woła o pomoc, tam trzeba wesprzeć robotników w fabryce, gdzie indziej pojawia się ważna postać do eskorty itd. To oczywiście totalna drobnica, która sprowadza się do „wybij wszystko, co wylezie spod ziemi”, jest to jednak jakaś forma odskoczni od głównej linii fabularnej.

I zasadniczo nie mam z tym rozwiązaniem problemu, trudno jednak zakładać, że wszystkim ono siądzie, bo w tych szczególnych fragmentach rozwadnia się nieco opowieść i mamy wrażenie, że robimy za chłopców do wynajęcia, zamiast zająć się konkretną robotą. Na szczęście cała gra stoi różnorodnością. Zachowano zdrowy umiar i dobrze wyważone proporcje, więc fragmenty bardziej otwarte przeplatają się z klasycznymi korytarzówkami (te drugie mimo wszystko dominują), gdzie każdy szczegół czy zwrot fabularny został drobiazgowo zaplanowany i fantastycznie wyreżyserowany.

Gears of War: E-Day

Garść nowości

Podczas przeczesywania zaułków przydaje się mapa, na którą automatycznie nanoszone są pobliskie znajdźki oraz lokalizacja najbliższych składów z zapasami. To kolejna nowość, sprawdzająca się najlepiej na częściowo otwartych poziomach – nie musimy węszyć za skrzynkami z amunicją (choć tam, gdzie są większe zadymy, z reguły występują one w nadmiarze), bo w każdym takim punkcie automatycznie uzupełnimy wszystkie braki. Można w tychże składzikach również zmieniać broń, gdyż z automatu lądują tam wszystkie pukawki, które znaleźliśmy wcześniej w świecie gry.

Co więcej, miejsca te pozwalają także ulepszać pancerz i uzbrojenie. Modyfikatory mogą dotyczyć każdego elementu – zmniejszać odrzut, zwiększać celność, dodawać laserowy celownik, przyczepiany bagnet, automatyczne przeładowanie, pociski zapalające i wiele innych udogodnień. Znajdujemy je w rozrzuconych po mieście kufrach, są również nagrodą za zaliczanie zadań pobocznych – docelowo każda spluwa ma cztery sloty na upgrade (same gniazda również musimy wcześniej odblokować). Kombinacji jest naprawdę mnóstwo, można więc dopasować każdego gnata do własnych upodobań. Do tego dochodzi sprzęt taktyczny, czyli odnawialne przedmioty w rodzaju injektora adrenaliny czy drona oznaczającego wrogów. A, byłbym zapomniał – aktywnych przeładowań, czyli wizytówki serii, oczywiście też nie mogło zabraknąć.

Gears of War: E-Day

Te kocie ruchy

Do listy nowości – i to konkretnych, bo wpływających na komfort rozgrywki – trzeba również dopisać poprawioną mobilność postaci. Owszem, gearsy to nadal pancerne, nieco ociężałe czołgi, a pod ich stopami niemal kruszeje beton, niemniej nauczyli się kilku nowych sztuczek, z których najbardziej rewolucyjną jest… skok (na niedużą odległość, ale zawsze!). Przycisk służący do pokonywania murków czy wdrapywania się wyżej pozwala również dać susa nad niewielkimi rozpadlinami.

Może się to wydać kompletną bzdurą, ale zmienia sporo, bo do tej pory postacie były w zasadzie przyspawane do podłogi. Co jeszcze? Bieg do osłony da się zakończyć efektownym wślizgiem, łatwiej i płynniej między nimi przeskakiwać, a same przeszkody mogą ulec zniszczeniu, wtedy też bohater kładzie się i z tej pozycji nadal może prowadzić ostrzał. Udało się również zdynamizować starcia w rozbudowanych wertykalnie miejscach, a wszystko to za sprawą wyciągarki, która podholuje nas na linie na wyższe kondygnacje.

Gears of War: E-Day

Najs!

Koniecznie trzeba również podkreślić, jak pięknie to wszystko brzmi i wygląda. Unreal Engine 5 ma tu sporo do roboty, ale było warto – żadna z poprzednich części nie prezentowała się równie spektakularnie. Pogrążony w ciemnościach las, podziemne jaskinie czy tunele metra to scenerie rodem z rasowego horroru, a gęsto zabudowana Kalona, która z każdą godziną coraz bardziej popada w ruinę, imponuje nie tylko w skali makro, obserwowana z szerszej perspektywy; cieszy oko również drobnymi detalami. Modele głównych postaci są szczegółowe (gorzej z tymi na drugim i trzecim planie), mimika bezbłędna, a animacje dopracowane w każdym calu. Optymalizacja też wydaje się poprawna; na mocnym sprzęcie (RTX 4090) wszystko chodzi bez cięć w ustawieniach ultra, a klatki na sekundę utrzymują się w przedziale 120–240 (z włączoną opcją ich generowania).

E-Day jest grą równie mroczną jak „jedynka”, z drugiej strony nie brakuje momentów, w których skalą rozmachu dziarsko dotrzymuje kroku części drugiej i trzeciej – jestem pewien, że kilka szczególnie emocjonujących scen zostanie ze mną na długo. Po tym, co Kanadyjczycy pokazali poprzednim razem, byłem lekko sceptyczny, choć mimo to czekałem na prequel, bo nawet średnie Gearsy są w mojej opinii warte grzechu. Tym bardziej cieszę się więc, że The Coalition tym razem odrobiło zadanie domowe na piątkę (z minusem) i zaserwowało produkcję, która z całą mocą przypomina, za co pokochaliśmy tę serię.

gears of war: e-day – ocena i podsumowanie

OCENA: 9

PODSUMOWANIE: Studio The Coalition nie próbowało wymyślać koła na nowo, porzuciło też nieudane eksperymenty z dwóch ostatnich odsłon cyklu. Miast tego mamy piękny powrót do korzeni, który wprowadza kilka sensownych szlifów, te jednak pod żadnym względem nie stawiają sprawdzonej formuły na głowie. Efekt? E-Day to po „dwójce” moje ulubione Gearsy!

PLUSY:

  • krwawa, mroczna i brutalna jak nigdy;
  • opowieść o początkach inwazji stanowiąca odświeżającą i ciekawą perspektywę;
  • powrót Marcusa i Dominica (oraz ich aktorów głosowych);
  • sporo rozmaitych smaczków dla fanów serii;
  • upadające na naszych oczach miasto jako niezapomniany spektakl;
  • fantastyczne strzelaniny;
  • powrót znanych pukawek i pomysłowy system ich modyfikacji;
  • poprawiona mobilność postaci;
  • kapitalna oprawa graficzna i dźwiękowa;
  • połączenie liniowych etapów z bardziej otwartymi.

MINUSY:

  • scenariusz rozwadnia się w momentach, gdy bierzemy się za zadania poboczne;
  • SI wrogów czasem głupieje;
  • drobne potknięcia w polskich napisach.

2 odpowiedzi do “Gears of War: E-Day – recenzja. Najlepsza odsłona od 18 lat”

  1. Może i najlepsza, ale na pewno ostatnia. Zainteresowanie jak na tytuł z tak ogromnym budżetem jest wręcz śmiesznie małe – czyli dokładnie takie, jak w przypadku większości gier wydanych przez Microsoft w ostatnich latach. Nie możesz przez dwie bite generacje rujnować reputacji Xboxa, a później oczekiwać pozytywnych wyników.

    • szeregowiecdolata 5 października 2026 o 18:31

      Microsoft to wydmuszka spekulacyjna grantozy amerykańskich uczelni będących jedynie obsługą techniczną militarnych przykrywek hedgingowych nie mających nic wspólnego z grami ponieważ wszystkie są darmowe,gdyż pochodzą z domeny publicznej a twoje fejkowe i infodemiczne urojenia rodem ze snaoczata czy reddita tylko potwierdzają moją hipotezę o tym że dziecko służby mundurowej to nierób udający eksperta i fluencera czy celebrytę patostrimingi…

Dołącz do dyskusji