Opowieść, której nie warto wierzyć na słowo. Recenzja książki „Oni wrócili” Marty Bijan
Tym razem to nie malarz jest głównym bohaterem, lecz pisarz, który wraz z rodziną zamieszkał na wzgórzu, w rezydencji po dawnym lokatorze. Mężczyzna pracuje nad dokończeniem swojego cyklu budzących grozę baśni dla dzieci, a jednocześnie boryka się z problemami domowymi. Jego ukochana pogrąża się w melancholii, przez co zaniedbuje obowiązki żony i matki; syn tej pary również wydaje się zamknięty w sobie. Pisarz coraz częściej sięga więc po alkohol, walczy z niemocą twórczą, a do tego zaczyna mieć niepokojące wizje.
Wszystko zmienia się wraz z przybyciem młodej służącej. Wnosi ona do ich mrocznego życia odrobinę światła i nadziei. Chwila wytchnienia przeradza się jednak w pasmo oskarżeń i podejrzeń, które ostatecznie doprowadzają bohaterów do obłędu. Nie wiadomo już, komu można wierzyć i kto tak naprawdę zachował jeszcze przytomność umysłu. I najważniejsze – jakie tajemnice skrywa piwnica? W końcu w każdym szanującym się horrorze musi taka być.
Powrót do nawiedzonego domu
Gracze w Layers of Fear doskonale pamiętają, że w owym dziele brakowało imion, a twórcy zamiast nimi posługiwali się ogólnymi określeniami, takimi jak „malarz”, „żona” czy „ukochana”. W swojej książce Marta Bijan również sięga po podobne etykietki. Ci, którzy nie znają tego uniwersum, mogą być na początku lekko zdziwieni, ale bez obaw – najważniejsza jest opowieść, a tę autorka snuje równie łatwo i swobodnie jak pająki swoje sieci w nawiedzonych domostwach. Widać, że zna ten świat jak własną kieszeń – potrafi obrazowo przekazać wiele rzeczy, specjalnie myli tropy i sprawia, że powoli sami zaczynamy się czuć, jakbyśmy byli obłąkani.

Całą historię poznajemy z perspektywy pisarza, który przedstawia swoją wersję wydarzeń. Owszem, już od pierwszych stron domyślamy się, że coś jest nie tak, ale chcemy wierzyć mężczyźnie na słowo – w końcu (jak nam się wydaje) to właśnie on spośród domowników pozostał przy zdrowych zmysłach. Próbuje nie tylko naprawić relacje z żoną i pomóc jej w chorobie, ale także zadbać o byt rodziny. Pieniędzy im nie brakuje, w domu mają prąd (u progu XX wieku nie każdy mógł sobie na to pozwolić), a w dodatku jego książki sprzedają się jak świeże bułeczki. Dzięki znakomitemu warsztatowi autorki pod koniec zaczynamy jednak podejrzewać już wszystkich o złe zamiary, a sprawa ostatecznie okazuje się dużo bardziej skomplikowana.
Pierwszy zgrzyt pojawia się podczas wyprawy do miasta. Mieszkańcy rzucają pisarzowi niechętne spojrzenia, podobnie reaguje kapłan, do którego bohater zgłasza się z prośbą o wywieszenie ogłoszenia o poszukiwaniu pomocy domowej. Dziwi to tym bardziej, że pisarz od początku kreuje się na osobę znaną i cenioną wśród artystów, a tymczasem sąsiedzi najwyraźniej za nim nie przepadają. Zresztą cała rodzina sprawia wrażenie, jakby unikała ludzi: zamknięta w ścianach rezydencji, nie wyściubia nosa za jej próg. Po okolicy krążą też plotki, że posiadłość jest nawiedzona, i wcale nie są one dalekie od prawdy.

Co kryje się pod podłogą?
Na początku wspomniałam o piwnicy. Z czym najczęściej się kojarzy? Z ciemnością, pajęczynami, szczurami i potwornymi cieniami. W rezydencji szalonego malarza to jednak ciąg korytarzy i pomieszczeń ze sporą liczbą zakamarków do ukrycia się. Sam pisarz zamyka drzwi do piwnicy na klucz, bo i jemu wydaje się ona czymś nienaturalnym. Tym bardziej że zniósł do niej obrazy po poprzednim właścicielu, które – swoją drogą – świetnie tam pasują: są równie złowieszcze jak całe podziemie. Jest to więc jedno z zagadkowych miejsc w tej historii, ale jego tajemnice odkrywamy dopiero pod sam koniec książki.
A skoro jesteśmy już przy zakończeniu, muszę zaznaczyć, że niestety nie obyło się bez paru głupotek fabularnych. Żeby nie odbierać wam przyjemności z lektury, nie będę wyjaśniać, o co konkretnie chodzi – inaczej musiałabym zdradzić zbyt wiele. Choć początek sprawia wrażenie przemyślanego, w finale zaczynamy się dziwić, dochodząc do wniosku, że przecież tego wszystkiego dałoby się uniknąć dużo wcześniej. Bo bohater bez przerwy chodzi pijany albo gubi godziny… Cóż, tylko tyle napiszę – naprawdę nie chcę wam psuć zabawy ze składania poszczególnych elementów w całość. Niemniej mnie samą zaskoczył zwrot akcji, i to na wielki plus! Autorka zgrabnie buduje intrygę, a to, że śledzimy ją tylko z perspektywy pisarza, nadaje historii wyjątkowo mroczny charakter.

Warto również docenić okładkę, gdyż idealnie wpisuje się w estetykę Layers of Fear. Także w środku, pomiędzy rozdziałami, czekają równie upiorne ilustracje przyprawiające o ciary. Są to przeważnie rysunki szczurów (ale nie tylko) w różnych makabrycznych pozach, otoczone enigmatycznymi angielskimi napisami, takimi jak „There is always more”, „Nothing else grows” czy „Eating other rats?”. To motywy bezpośrednio przeniesione z gry, a fani zapewne bez problemu je rozpoznają.
Baśń na dobranoc? Niekoniecznie
Czy można sięgnąć po „Oni wrócili” bez znajomości uniwersum? Ależ oczywiście! Nie musimy mieć w pamięci historii szalonego malarza, żeby zanurzyć się w tę książkę. Umkną nam jedynie pewne nawiązania – te niewątpliwie wyłapią osoby, które przeszły już grę. Najnowsza powieść Marty Bijan idealnie pasuje do pochmurnej jesieni za oknem. Choć w końcówce pojawiło się trochę zgrzytów, całość odbieram bardzo pozytywnie – ot, przyjemna lektura zapewniająca dreszczyk emocji na dwa wieczory.
OCENA: 8
PODSUMOWANIE: Jeżeli lubicie literaturę w klimatach grozy albo graliście w Layers of Fear, książka „Oni wrócili” Marty Bijan będzie świetnym wyborem. Jeśli jednak oczekujecie fabuły doszlifowanej do ostatniej strony, bez żadnych potknięć, uprzedzam, że nie jest to powieść idealna.
Materiał powstał we współpracy z Partnerem, ale ten nie miał wpływu na opinię prezentowaną w tekście.