Call of Duty: Modern Warfare 4 – recenzja kampanii. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobrze!
Ba, powiedziałbym, że w ramach Call of Duty nie bawiłem się tak dobrze od restartu podserii, do której przynależy tegoroczna odsłona cyklu. Ta przynosi bowiem kampanię zapadającą w pamięć – i to z paru powodów.
Pobrudzić sobie rączki…
Pozwólcie, że nie będę się za bardzo zagłębiał w kształt samej historii – nie wypada oczywiście spoilować, ale przede wszystkim zabawa toczy się tu tak, że fabułę śledzimy z różnych perspektyw, a te w końcu zaczynają się na siebie nakładać. Z jednej strony dzieje się to w sposób typowy dla Call of Duty, bo początkowo rozsiana po świecie ekipa twardzieli koniec końców spotyka się, by sięgnąć po kosy i gnaty w tych samych okolicznościach czasu i przyrody. Z drugiej zaś – tym razem jest w tym wszystkim coś świeżego.

Nie zrozumcie mnie źle: to w dalszym ciągu opowiastka typowa dla kina klasy B – z właściwymi jej przywarami, głupotkami i uproszczeniami po drodze. Akcja jest tu jednak intensywna, a dodatkowo w całym tym młynie twórcom zdarzają się nawet próby wychodzenia poza szablon i szukania odpowiedzi na pytania dotyczące przekraczania granic szeroko pojmowanego dobra i wiążącej się z tym bezwzględności wobec wszystkiego, co się przy okazji napatoczy – w tym byłych kompanów. Kwestie kosztu i dodatkowych strat związanych z naszymi decyzjami wybrzmiewają w sporej części misji.
…krwią, a jakże!
Trudno też nie zauważyć – i to w zasadzie od pierwszych zadań – że mamy do czynienia z częścią niestroniącą od brutalności. I nie chodzi mi już nawet o sztuczki, do których Call of Duty zdążyło nas przyzwyczaić – okazji, by upuścić niewinnej krwi, trafia się tu całkiem sporo (ponownie jednak nie jest to obowiązkowe).
Nie zmienia to natomiast faktu, iż na pierwszy plan mimo wszystko wysuwa się brutalność pojmowana w sposób mocno bezpośredni, czasem niemal zwierzęcy. Gra często bowiem robi użytek z walki w zwarciu – czy to na pięści, czy z nożami w dłoniach. To starcia w kilku przypadkach wręcz kipiące od emocji i osobistego charakteru. Zapadają w pamięć, ale też zostały naprawdę nieźle przygotowane pod względem mechaniki.

Nie oczekujcie rzecz jasna głębi właściwej jakimś bijatykom – niemniej są bloki i podążające za nimi kontry, próby przebicia się przez grad ciosów przeciwnika i ukryty gdzieś bardziej w mechanice, niewidoczny dla gracza pasek staminy. Wrażenie przede wszystkim robi jednak wspomniana już bezpośredniość i krwawy charakter owych potyczek.
Zabawę nożami można by tu co prawda zdefiniować jako serię cięć po naskórku (nikt tylu głębszych ciosów raczej by nie przeżył), a całość – ze względu na reżyserkę skryptami – złośliwi uznają za mocniej rozbudowaną sekwencję QTE. Twórcy jednak tam, gdzie pozwala na to scenariusz, dorzucają naprawdę sporo motywacji wynikających z charakteru postaci. I to się faktycznie broni. A już zwłaszcza w jednym przypadku, który spokojnie dałoby się uznać za finałową walkę całej gry. Call of Duty 4 w takich momentach wyraźnie pokazuje, że karabiny to nie wszystko.

Z misji na misję
Strukturę całości będziecie jednak mimo wszystko znać dobrze. To trochę takie fabularne puzzle, które w końcu układają się w dwa kulminacyjne momenty, przetykane po drodze paroma zapchajdziurami, kilkoma efektownymi, ale pretekstowymi zdarzeniami i jednym zespołem misji w otwartym świecie. Ta ostatnia aktywność wypada najsłabiej – wciąż jednak nie jest to poziom, który bardzo ciąży całej kampanii.
Tak naprawdę przyczepiłbym się w zasadzie do jednej tylko z trzech obowiązkowych podmisji prowadzących do kończącej rozdział bitwy. W jej ramach ktoś bowiem wpadł na pomysł kuriozalny. Oto zwieńczeniem wspomnianej sekwencji okazuje walka z – powiedzmy – bossem, a żeby ją zaliczyć, chwilę wcześniej musimy (wybaczcie ogólniki, ponownie: spoilery) posiąść pewną umiejętność.

O co chodzi? Cóż, sposobność wzbogacenia zakresu zdolności naszego wojaka łatwo przegapić ze względu na narrację i buga w grze (kiepskie wykrywanie kolizji i przenikanie obiektów). Innymi słowy: sam uznałem, iż wszystko zrobiłem dobrze, poszedłem dalej i… tu pojawia się druga wspomniana kwestia. Szybko okazało się, że ktoś wymyślił sobie, iż nie mogę już wrócić, by naprawić błąd, a pretekst ku temu jest tak durny, że się to w głowie nie mieści – zobaczycie sami i przyznacie mi rację. Skutek? Powtarzanie całej misji – czyli albo jednego, albo prawie trzech jej segmentów zależnie od tego, jaką kolejność obierzecie. Tu najmocniej na wierzch wyłazi na ogół dobrze ukrywany pod płaszczem wciągającej zabawy prymitywny charakter zadań w Call of Duty 4.
Jest dobrze!
Tyle że nawet ta wtopa nie zmienia ogólnego wniosku: to dobrze zrobiona kampania. Wypełniona akcją, emocjami, nierzadko osobistymi rozterkami, tarciami między dobrze nam znanymi postaciami doprowadzonymi i również odwagą scenarzystów w pokazywaniu ich losów. Daleki jestem od tego, by na siłę przekonywać was, że to coś znacznie więcej niż dobrze znane pif-paf stojące za drugorzędną, miejscami naiwną historią – niemniej nie sposób zaprzeczyć, że „opakowanie” dające pretekst do strzelania i nawalania się pięściami przygotowano solidnie i warto poświęcić te osiem godzin, by zobaczyć satysfakcjonujący i trochę przywracający wiarę w ludzi finał.
PS Mads Mikkelsen w swojej roli wypada dobrze – ale jakoś go mimo wszystko odrobinę za mało.
OCENA: 8
PODSUMOWANIE: To wciąż strzelanina z prostymi misjami i fabułą rodem z typowego kina sensacyjnego, ale świetnie poprowadzone wątki postaci, szeroko pojęta brutalność i atrakcyjna mechanika walki (także wręcz) sprawiają, że trudno się podczas kampanii nudzić.
PLUSY:
- interesująca historia i przemycone próby dywagacji nad naturą granic dobra i kosztów ich przekroczenia;
- zapadające w pamięć, krwawe i czasem cholernie dosłowne w reżyserowaniu scen starcia wręcz – a szczególnie jedno z nich;
- powrót dobrze znanych bohaterów i ich świetnie pokazane emocje;
- różnorodne teatry działań i perspektywy – to niby standard dla serii, ale się sprawdza;
- ponownie duża frajda ze zróżnicowanego i dobrego pod względem gunplayu strzelania;
- może to nadinterpretacja, ale jeden z etapów wydaje się taką malutką aluzją do stareńkiego Froggera.
MINUSY:
- nie oszukujmy się – to nadal akcyjniak klasy B;
- idiotycznie wręcz i pretekstowo rozwiązany finał jednego z fragmentów misji w otwartym świecie;
- mniej lub bardziej drobne głupotki, naiwności i skróty akcji typowe dla serii – ale jak dacie się porwać wirowi wydarzeń, to zbytnio nie przeszkadzają;
- trochę sztampowo przerysowane kontrasty w kreowaniu niektórych postaci.