13
6.12.2023, 11:07Lektura na 9 minut

Avatar: Frontiers of Pandora może być najlepszym nie-Far Cry’em od lat [PIERWSZE WRAŻENIA]

Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem zwiastun Frontiers of Pandora. Pomyślałem wtedy: „Łał, Far Cry w świecie Avatara”, co w kontekście ostatnich części i formy cyklu Ubisoftu nie było najprzyjemniejszym skojarzeniem. I chociaż FoP faktycznie wygląda od wielu stron jak spin-off Far Cry’a, gdyby rzeczywiście należało do tej serii, mogłoby okazać się jej najlepszą odsłoną od lat.

Pierwsze kilkanaście godzin, które udało mi się spędzić z Avatarem: Frontiers of Pandora od momentu, gdy otrzymaliśmy dostęp do gry, tylko spotęgowało moje początkowe wrażenia. W gruncie rzeczy produkcja opiera się na tej samej formule: biegamy po otwartej, „tropikalnej” mapie, wypełniamy misje, zaliczamy aktywności poboczne, polujemy, zbieramy materiały, ulepszamy ekwipunek itd. Jednak to świetnie znane nam danie ma o wiele świeższy i bardziej dopracowany smak. Massive Entertainment, odpowiedzialnemu także za nadchodzące Star Wars Outlaws, udało się nie tylko dobrze przenieść ten model rozgrywki do uniwersum Jamesa Camerona (które wydaje się do tego stworzone), ale też wprowadzić znaczące usprawnienia.

Avatar: Frontiers of Pandora
Avatar: Frontiers of Pandora

Historia godna filmowego „Avatara”

Twórcy powinni jednak darować sobie inspiracje scenariuszami filmowych „Avatarów”. Tak samo jak w produkcjach kinowych, w FoP historia zapowiada się na czarno-białą bajkę o złych, chciwych ludziach chcących wyeksploatować Pandorę dla zysku oraz rasie Na’vi próbującej ocalić swój dom. Można powiedzieć, że taki materiał developerzy dostali i nie ma co mieć o to pretensji. Mimo wszystko szkoda, że jak na razie nie wygląda na to, aby próbowali zrobić to, co zrobił „Łotr 1” w uniwersum Gwiezdnych Wojen, czyli wtłoczyć do konfliktu na Pandorze odrobinę wyrazistej szarości.

Pewnie by mi to tak bardzo nie przeszkadzało, gdyby nie główny antagonista gry. Johna Mercera poznajemy w dosłownie pierwszych minutach zabawy. To biznesmen, który ufundował program mający na celu wychować młodych Na’vi w kulturze i wartościach ludzi, aby stali się swego rodzaju wtykami w rdzennej społeczności Pandory i ułatwili dostęp do cennych zasobów księżyca. Można pomyśleć, że za takie przedsięwzięcie zabierze się ktoś wyjątkowo charyzmatyczny, z talentem do manipulacji i zdobywania serc i umysłów. Taki John Seed, z lepszą głową do interesów. Tymczasem Mercer od pierwszych sekund na ekranie promieniuje wręcz przerysowaną aurą korpozłola, któremu rodzice zamiast bajek czytali raporty z Excela.

Avatar: Frontiers of Pandora
Avatar: Frontiers of Pandora

I do tego wizerunku pasują jego metody opiekuńcze. Okazało się, że trzymanie dzieci w zamknięciu w szaroburym ośrodku bez okien i strzelanie do nich, gdy chcą wyjść na spacer, nie jest obiecującym modelem wychowawczym i skutecznym sposobem na przekonanie tubylców do rasy ludzkiej.

Gra rozpoczyna się, kiedy jako jeden z przedstawicieli rasy Na’vi i niedoszły wychowanek „The Ambassador Program” razem z naszą grupą uciekamy z ośrodka po tym, jak postanowiono zakończyć przedsięwzięcie na skutek wydarzeń z pierwszego „Avatara”. Główna część akcji dzieje się na rok przed tym, co widzieliśmy w „Istocie wody”, twórcy podkreślają jednak, że znajomość filmów nie jest konieczna do czerpania przyjemności z gry.

Moim największym problemem z historią do momentu, do którego dotarłem, okazało się to, w jak mało angażujący sposób jest ona prowadzona. Niby mamy tego głównego złego, którego na jakimś etapie pewnie ubijemy, ale gra nie zrobiła wiele, aby mi na tym jakkolwiek zależało. Od początku brakuje tu jakiejś intrygi, tajemnicy czy innego składnika skutecznie motywującego nas do popychania opowieści. Na razie mogę tylko żywić nadzieję, że fabuła rozwinie skrzydła z czasem i nie będzie jedynie banalnym tłem dla rozgrywki.

Avatar: Frontiers of Pandora
Avatar: Frontiers of Pandora

Pandoro, ojczyzno moja

Jeśli coś motywuje mnie do grania, to radość z odkrywania ojczyzny Na’vi. Pod tym względem twórcy otrzymali wyjątkowo wdzięczny materiał źródłowy. Tropikalna dżungla z imponującą, intrygującą i wielokolorową fauną i florą skutecznie zachęca do podziwiania i eksploracji. Ale nie tylko fascynujące okoliczności przyrody sprzyjają zwiedzaniu.

Massive Entertainment udało się uniknąć syndromu „znacznikozy”, na którą często cierpią produkcje Ubisoftu. Gra nie atakuje nas tysiącami pytajników czy innych symboli na mapie. Nie próbuje uderzać w nasze natręctwa związane z odhaczaniem punktów i aktywności. Zazwyczaj, jeśli idziemy do jakiegoś miejsca, to dlatego, że wydało nam się interesujące. Nie dlatego, iż ktoś je oznaczył jako interesujące. I często faktycznie może czekać tam na nas coś ciekawego.

Avatar: Frontiers of Pandora
Avatar: Frontiers of Pandora

Sama Pandora wydaje się miejscem bardzo żywym, tak jak moglibyśmy tego po niej oczekiwać. Z każdej strony otacza nas różnorodna fauna i flora. W wersji przyjaznej i tej mniej, o czym zazwyczaj przekonujemy się w praktyce. Chodząc po księżycu, spotkamy zarówno Na’vi, jak i ludzi zajmujących się swoimi sprawami, które w ich przypadku da się skomplikować. Twórcy chwalą się tym, jak cykl dnia i nocy oraz pogoda wpływają na świat. Rośliny zmieniają wygląd, zwierzęta żyją według własnego trybu dobowego. O tym, gdzie możemy znaleźć dane okazy, decydują też wyszczególnione na mapie biomy. Studio wyraźnie miało świadomość, że to właśnie Pandora jest największą siłą tego uniwersum.

Sympatyczną aktywnością jest oczyszczanie księżyca z ludzkiego wpływu. Nieraz możemy natknąć się na obszary skażone przez pobliskie zakłady i fabryki. Ma to znaczenie o tyle, że na takich terenach prawie nie znajdziemy zwierząt, a rośliny nie nadają się do użytku. Jeśli uda nam się unieszkodliwić truciciela, okolica wróci do życia. Z czasem nawet same zakłady pokrywają się zielenią, co jest miłym szczegółem. Brzmi to trochę jak typowe zdobywanie bazy wroga, aby przejąć kontrolę nad terenem, tak dobrze znane z innych gier. Avatar podaje to jednak w dużo mniej nachalnym wydaniu. Poza tym za każdym razem cieszy wrażenie oddziaływania na świat gry.

Avatar: Frontiers of Pandora
Avatar: Frontiers of Pandora

Po ziemi i niebie

Poruszanie się po Pandorze nie różni się znacząco od tego, co znamy z serii Far Cry. Chociaż możemy chodzić po niektórych drzewach czy ogromnych kłodach robiących za mosty, to przemieszczanie się po księżycu jest odrobinę mniej wertykalne i wielopoziomowe, niż oczekiwalibyśmy tego po obejrzeniu filmów. Zamiast spędzać większość czasu w koronach drzew i na innych wielkich roślinach, tutaj przeważnie biegamy po ziemi. Poruszamy się płynnie, po chwili potrzebnej na przyzwyczajenie się doceniłem też system skoku (im dłużej przytrzymamy przycisk, tym mocniej się wybijemy). Tu i tam znajdziemy elementy flory służące za windę czy wyskocznię lub dające nam przyspieszenie, gdy po nich przebiegniemy.

Eksploracja Pandory nabiera nowego wymiaru, gdy zdobędziemy własnego ikrana, czyli wielkiego ptakopodobnego stwora. Możemy go przywołać w każdym momencie (złapie nas nawet podczas spadania!) i przydaje się zarówno do transportu, jak i walki, da się bowiem z jego grzbietu strzelać. Doceniam, że gra spróbowała pokazać to, jak ważnym wydarzeniem w kulturze Na’vi jest oswojenie ikrana – zdobywamy go dopiero po kilku godzinach zabawy. No i przede wszystkim wpływa to korzystnie na rozwój rozgrywki.

Avatar: Frontiers of Pandora
Avatar: Frontiers of Pandora

Bez strzały w kolano

Pod względem walki gra także kojarzy się z tym, co oferuje seria Far Cry. Ot, mamy kilka rodzajów łuku, broni palnej i innych zabawek. System strzelania jest bardzo prosty, ale przyjemny. Pozytywnym zaskoczeniem były dla mnie czułe punkty – trafienie w odpowiednie miejsce zada zwierzęciu czy przeciwnikowi więcej obrażeń, a maszynę możemy nawet pozbawić części uzbrojenia. W przypadku egzoszkieletów czy śmigłowców dużo szybszą i skuteczniejszą strategią jest zbicie przedniej szyby i pozbycie się pilota zamiast bezmyślnego posyłania strzał.

Frontiers of Pandora pozytywnie zaskoczyło mnie też poziomem trudności. Nagła szarża z gołą klatą często prowadzi do równie nagłego odwrotu. Póki co nowy Avatar nie robi wrażenia gry wymagającej, ale nieraz karze za bezmyślność i niedobory szacunku wobec sił wroga. Przesadna odwaga w obliczu niektórych przeciwników potrafi skończyć się podobnie do typowego pierwszego kontaktu z olbrzymem w Skyrimie.

Avatar: Frontiers of Pandora
Avatar: Frontiers of Pandora

Choć istnieje tutaj coś takiego jak poziomy przeciwników i ekwipunku, a nasza postać ma ogólny poziom siły, na który składają się jakość naszego wyposażenia i odblokowane umiejętności, twórcy nie poszli w kierunku typowego erpega, looter shootera czy tego, czymkolwiek było Far Cry New Dawn. Frontiers of Pandora to przede wszystkim przygodowa gra akcji. Przyjemnym szczegółem jest system reputacji wśród poszczególnych klanów, dzięki któremu dostajemy od nich coraz lepsze wyposażenie, przy czym nowy ekwipunek zdobywamy stosunkowo rzadko. 


Stan techniczny

Może i nowe dzieło Ubisoftu nie robi takiego wrażenia „technologicznego cudu” jak pierwszy kinowy „Avatar” w 2009 roku, ale to dalej bardzo atrakcyjny wizualnie tytuł, na który z przyjemnością się patrzy. Tekstury są ostre, modele ładne, a efekty wolumetryczne i cząsteczkowe nadają krajobrazom głębię. Jednak jeszcze trudno mi ocenić stan techniczny produkcji. Kiedy dostałem grę, miała ona ogromne kłopoty z utrzymywaniem odpowiedniej liczby fps-ów w różnych miejscach i momentach.

Przy niemal każdym wyjściu z menu czy mapy klatki na kilka dobrych sekund spadały ze zwyczajowych 80-90 do nawet pięciu. Niemniej chwilę przed publikacją tego tekstu FoP otrzymało patcha, który wyraźnie naprawił ten problem i polepszył działanie całej gry. Aktualnie zabawa jest już naprawdę komfortowa. Do tej pory nie dokuczały mi też jakoś szczególnie bugi. Ponownie mówię jednak tylko o początkowych wrażeniach.

7
zdjęć

Pozytywne zaskoczenie

Może wynika to z braku oczekiwań i ze złych skojarzeń z marką Far Cry, która jest w coraz gorszej formie, ale po pierwszych kilkunastu godzinach jestem pozytywnie zaskoczony Avatarem: Frontiers of Pandora. Na razie nic nie zapowiada wybitnego doznania, godnego choćby nominacji do GOTY (zwłaszcza przy tegorocznej konkurencji), ale fani zarówno kinowego uniwersum Camerona, jak i formuły Far Cry’a powinni mieć nową produkcję Massive Entertainment na oku. Ostatecznych wrażeń i oceny po poznaniu całej gry szukajcie już niedługo na naszej stronie oraz kanale youtube’owym.

W Avatar: Frontiers of Pandora graliśmy na PC. Pełna recenzja gry, testowanej na PlayStation 5, ukaże się za kilka dni.

Cieszy

  • ładna, żywa i zachęcająca do eksploracji Pandora
  • brak „znacznikozy”
  • oprawa audio i wideo
  • mimo wszystko wciągająca formuła

Niepokoi

  • momentami trochę za bardzo smakuje kolejnym Far Cry’em
  • główny antagonista
  • historia i tempo jej opowiadania (jak na razie)


Czytaj dalej

Redaktor
Wojtek Wójcicki

Redaktor kanału YouTube CD-Action. Lubię PC hardware, Anno 1800 i jamniki. Jak dorosnę, chcę zostać gwiazdą rocka.

Profil
Wpisów3

Obserwujących0

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze