„Lalka” Netfliksa zagrała va banque i trochę triumfuje, a trochę wywala się na twarz [RECENZJA]
Szarża – to słowo może paść w tekście przynajmniej parę razy. Czujcie się uprzedzeni. Czujcie się też uprzedzeni faktem, że „Lalka” to wariacja, historia nawiązująca do książki Bolesława Prusa. Jest jak Ford Mustang z 1967 po restomodach. Zachowuje unikalną linię nadwozia retro, ale pod spodem pracują komponenty i idee zdecydowanie bardziej współczesne. Dla jednych to profanacja, dla innych strawny wehikuł klasycznych treści i bohaterów.
Problem w tym, że nie wszystkie części odpowiednio tu dopasowano. Przez to raz czy drugi machina z Wokulskim i Łęcką na pokładzie wypada z toru. Kiedy jednak pruje z pewnością i do przodu, to może i w nawiązaniu do książkowej fabuły, ale jednak dzieją się tu rzeczy niestworzone, a ostatnią prostą nowa „Lalka” przejeżdża w spektakularnym stylu. I chyba tym razem o serialowo-kinematograficzną zabawę tu chodzi, bo choć ta wariacja próbuje uczyć, to przede wszystkim bawi. Formą, pulpą i charakternością.

„Pulp Fiction”
Zawiązanie akcji wodzi nas jeszcze za nos, że to klasyczna „Lalka” po lekkim liftingu. Dostajemy rozkosznie naiwną – a przez to ociężałą – narrację prowadzoną przez poczciwego Ignacego Rzeckiego (Dariusz Ignacki w roli zaskakująco wiernej oryginałowi, a w dodatku ze świetną chemią z pozostałymi postaciami). To jeden z tych aspektów opowieści, które na dzień dobry mogą nas zniechęcić – bo rzeczywiście wydaje się grubo ciosany, ale Paweł Maślona szybko przypomina, że nakręcił ultrarozrywkowego „Kosa”, a nie żadne tam bezpieczne obrazkowe streszczenia lektur i podręczników. Możliwe, że reżyser sam uwierzył w to trochę za bardzo i dlatego popłynął z prądem. Niemniej, sporo rzeczy się tu udało.
Jego Stanisław Wokulski (świetny Tomasz Schuchardt) wraca do Warszawy po tym, jak dorobił się na wojnie, handlując mąką. Serce kupca bije w zasadzie tylko dla Izabeli Łęckiej (hipnotyzująca Sandra Drzymalska). To jeszcze się zgadza, to jest klasyczne. Stanisław próbuje zdobyć względy młodej szlachcianki z podupadłego warszawskiego rodu, wgryzając się jednocześnie w śmietankę towarzyską stolicy pod zaborami – to jeszcze też nie wybija z kanonu. Nieporadny ojciec Łęckiej? Również, choć to już stanowi fundament do odskoczni i przyczynek dryfowania.
Szybko okazuje się, że to zabawa w pulpę, taniec z formą i dynamicznym montażem, a także wplatanie subtelnej, ale drapieżnej czarnej komedii w klasyczny dramat obyczajowy. Do całości dopisano też wątki ekonomiczne czy nawet… kryminalne. Tak jakby. Jeśli podejdziecie do nich z otwartą głową – potrafią wciągnąć.
Poczet odpadów społecznych
Tomasz Łęcki (bardzo dobry, tak na trzeźwo, jak i na aktorskim „gazie” Jacek Braciak) ze swoim cwaniactwem, śliskością i powierzchowną akceptacją postępu stanowi klucz do zamka, przez który przyjrzymy się zgniłej, zdegenerowanej arystokracji z początku XX wieku. Z wyjątkiem czy dwoma pokazano to środowisko jednostronnie i dosyć topornie, jako gniazdo zatwardziałych i konserwatywnych żmij powoli spadających z wysokości swego przywileju w bagno długów, nałogów i głupoty. Jasne, to tło i podbudowa do grubo ciosanego komentarza społecznego i zabaw aktorskimi szarżami nie tak odległymi od „Biednych istot” i „Służących”, jak mogłoby się wydawać. Także komentarz może nie powala finezją i świeżością, ale stanowi całkiem ogniste paliwo do przezabawnych interakcji – czasem jadowicie uprzejmych, kiedy indziej ostrych jak brzytwa. Z Wokulskim. A także z Łęcką.
Miniserial Netfliksa stoi bowiem postaciami i tym, jak się od siebie odbijają. Bardzo szybko przestają przypominać pierwowzory, więc jeśli ktoś liczył na wierność dystyngowanemu oryginałowi, to rozczaruje się srodze. Tutaj starcie pozytywizmu z romantyzmem wybrzmiewa niemal w rytm rock'n'rolla (choć nikt na szczęście nie proponuje takich muzycznych szaleństw, ścieżka dźwiękowa odpowiednio wpisuje się w zabawno-niepokojący klimat gnijącego społeczeństwa u progu przemian).

Do tego rytmu tańczą wokół siebie bohaterowie. Między Wokulskim a Łęcką aż iskrzy. Bo tak, tutaj relacja okazuje się obustronna. Oboje się sobą interesują, choć w różnym stopniu, a reżyser żongluje perspektywami tak, że przez większość czasu, aż do puenty, nie będziemy pewni, ile w tym uczuć i fascynacji, a ile wyrachowanej gry obu stron. Reżyser całkiem konsekwentnie bawi się tą dwuznacznością, zwłaszcza że ciekawie zbudował swoich bohaterów.
Stanisław to z jednej strony geniusz ze smykałką do interesów i niepoprawny romantyk, z drugiej – potrafi być osaczający i zaślepiony, co nie stawia go najwyżej na drabinie bezpiecznych wyborów matrymonialnych. Schuchardt wygrywa te szarości bezbłędnie, z przekonaniem, a w scenach z Drzymalską powietrze aż strzela wyładowaniami od napięcia. Teraz można wybaczyć istnienie „Breslau”, które najwyraźniej było wprawką do grania w duecie osadzonym w pełniejszym środowisku.

Nowa Łęcka to zresztą ciekawa… konstrukcja. Nie aż tak drapieżna, jak przekonują przestrzelone plakaty z kontrowersyjnego marketingu socialowego Netfliksa, ale na pewno świeższa i ciekawa. Może nawet ciekawsza niż w samej powieści. Jedną nogą stoi w nurcie społecznych zmian i fascynacji nowością, podążaniem za emancypacją, drugą jednak twardo trzyma tam, gdzie szlacheckie rubelki, tradycje i uprzedzenia mają jeszcze sporo do powiedzenia.
Przyjemnie ogląda się ewolucję obu bohaterów, ich wzajemne ścieranie i docieranie. Są w tym nieco komiksowi i zachodni, ale przez to – wyraziści. Zwłaszcza, że stoją najbliżej jakiejkolwiek samoświadomości, jeśli chodzi o bohaterów pierwszoplanowych. Cała reszta zna swoje miejsce aż za dobrze i wybucha gniewem oraz frustracją, gdy ktoś te ramy narusza. Stąd kapitalne szarże aktorskie Piotra Adamczyka (baron Krzeszowski) czy Mateusza Króla (Julian Ochocki). Sporo czarnego humoru wynika z niemych reakcji Wokulskiego i Łęckiej na otaczające ich absurdy.
Vabank
Drugie tyle – to drobne krotochwile sytuacyjne, ale też zabawa dialogiem, językiem, w rytmie odświeżająco odmiennym od tego, do którego polskie kino zostało zagonione przez Masłowską, adaptacje Żulczyka czy nawet Vegę (zwróćcie kiedyś uwagę, jak często rozmaici bohaterowie filmów i seriali posługują się specyficzną, podkręconą składnią). Dialogi są tu mniej wyrafinowane, ale żywe, tętniące niezgodą, skore do zabawy. Myślę, że Prus, z wrodzonej przekory i na złość, mógłby docenić to, co scenarzyści zrobili z mową polską, piękną i pięknie pobrudzoną bluzgiem.
Maślona i jego ekipa próbują się też ścigać z Zachodem i wielkimi reżyserami, jeśli chodzi o realizacyjny rozmach. Wychodzi różnie, bo w niektórych scenach wychodzi nieco mniejszy budżet i pustka w dekoracjach i szczegółach trzeciego planu , generalnie jednak scenografia trzyma klimat i posiada całkiem namacalną fakturę, a dynamiczny i zróżnicowany montaż dodaje życia i tak nieźle rozplanowanemu ludzkiemu tłu. Moje pojęcie przechodzi tylko fakt, że ktoś znowu w serialu stylizowanym na klasyczny zdecydował się na upierdliwy filtr rozmywający krawędzie obrazu w imię… w sumie nie wiem czego. Kadry często bywają nastrojowe i z odpowiednią głębią, więc nie wiem, czego tu się wstydzić.

I taki jest cały miniserial. Sporo ryzykuje, wychodzi różnie. Na kilka zalet, szaleństw i przyjemnych zaskoczeń zawsze przypada jakaś kotwica, która ciągnie opowieść nieco w dół – kiks realizacyjny, lekka dłużyzna czy przemyślenia, którymi scenariusz wywija z subtelnością cepa. Ostatecznie jednak ta pulpowa, tuningowana „Lalka” może dostarczyć zabawy wszystkim tym, którzy czytali powieść Prusa, ale zastanawiali się, co by było, gdyby historię opowiedzieć trochę inaczej, po swojemu.
Aż się człowiek zaczyna zastanawiać, czy Maślona nie postanowi nakręcić komiksowej „Pierwszej brygady”, gdzie w dieselpunkowej historii alternatywnej obok Piłsudskiego czy Stasia i Nel pojawia się właśnie Wokulski. Wcale nie byłbym zaskoczony. I pewnie – podobnie jak „Lalka” Netfliksa – dostarczałby niezłą, gatunkową zabawę o lekkim zabarwieniu społecznym. Zaledwie i aż.
OCENA: 6+
PODSUMOWANIE: „Lalka” Netflixa to jazda nierówna, ale za to bez trzymanki. Purystów zrazi, ale reszta może się nieźle bawić, jeśli wybaczy trochę potknięć i nieprzesadnie subtelny komentarz społeczny. Warto dać szansę, bo między aktorami iskrzy tak, że zastąpiliby małą elektrownię.
![„Lalka” Netfliksa zagrała va banque i trochę triumfuje, a trochę wywala się na twarz [RECENZJA]](https://i.ytimg.com/vi/OwYFO5kmHbU/maxresdefault.jpg)
Wspaniale, uwielbiam takie eksperymenty z klasyką – mogą udać się lub nie, ale jak ktoś się nie boi proponować rzeczonej jazdy bez trzymanki, to dla mnie idealna zachęta.
Tylko, że ten eksperyment zakończył się dramatycznym niepowodzeniem. Same chęci nie wystarczają.
Nie wiem, nie oglądałem, wiec ocenie sam
Oczywiście, że tak. Jak ktoś zbyt mocno jest przywiązany do klasyki, to zawsze może zostać przy książkowym oryginale albo z lekkim optymizmem wypatrywać adaptacji z Dorocińskim i Urzędowską (ponoć ma być dość wierna). Ja netflixową Lalkę obejrzę przede wszystkim dla Pawła Maślony. Mega utalentowany gość i na jego produkcjach jeszcze się nie zawiodłem. Zobaczymy jak będzie teraz.
Na tę drugą też czekam, a co!
No ba!
Nie napisaliście o Euforii, jednym z większych dokonań tego roku, a piszecie o Lalce, która prezentuje się jak produkcja telewizyjna robiona na kolanie. Przez pierwsze 2 odcinki była tylko jedna (!!!) dobra scena. Aktorstwo leży i kwiczy, nawet dobrzy aktorzy, są źle poprowadzeni. Montaż jest chaotyczny, niechlujny. Zdjęcia też nędzne. Najgorzej, że wiele ujęć jest stylistycznie wzorowana na „Ziemi obiecanej”, co tylko podkreśla dysproporcję i ich marność. Muzyka jest nachalna, często dodana na siłę, w wielu scenach zwyczajnie przeszkadza. Także narracja przedstawiona jest niechlujnie. W tej produkcji nie ma po prostu absolutnie nic co byłoby interesujące, wartościowe i uzasadniało jej powstanie. A przynajmniej nie ma tego w dwóch pierwszych odcinkach i nic nie rokuje żeby miało to ulec zmianie. Nie będą się upewniał, bo zwyczajnie nie jestem masochistą.
(edytowano)
3 sezon euforii był podobno najsłabszym, zresztą jest to mocno kontrowersyjny serial więc nie do każdego trafia.
3 sezon zmienił formułę, skupił się bardziej o opowiadaniu o Stanach, a bohaterów potraktował po macoszemu. Do tego miał wysoki próg wejścia, bardziej bowiem od znajomości poprzednich sezonów, ważniejsza była znajomość kontekst kulturowych którymi operował. Tak więc, jego negatywne oceny niektórych, wynikają z braku narzędzi do jego odbioru. Nie był idealny, miał słabszy moment, kiedy reżyser próbował szyć różne konwencje i nie dostosował do tego tempa, jednak całościowo to bardzo udane i artystycznie dojrzałe dzieło. Jest wydarzeniem artystycznym na światową skalę, Lalka nie jest wydarzeniem artystycznym nawet na skalę lokalną.
(edytowano)
.
(edytowano)
Jakby wydali to pod innym tytułem i nie szargali pamięci Prusa to spoko.
Czy to jest szarganie pamięci Prusa to nie wiem, ale zgodzę się, że wydawanie dzieła pod tą samą nazwą co oryginał (i zapożyczanie miejsca akcji, czy bohaterów), które ma zupełnie inny wydźwięk i przekaz niż oryginał nie jest spoko, tylko bardziej dojeniem marki.
Jezus maria, Lalka nie jest „marką”, jest dziełem kultury, które żyje dzięki temu, że ludzie do niego wracają, czytają je i interpretują po swojemu. Wiecie, to co ludzie robią z dziełami sztuki od dobrych kilku tysięcy lat.
Tak jak @Quetz napisał. Co do zasady, to jest słuszne działanie i korzystne dla samego dzieła (tekstu źródłowego). Dzieła kultury żyją tylko wtedy, kiedy w tej kulturze rezonują. Inna para kaloszy, czy i na jakich polach mamy tu wartościowy serial, czy też nie. Ale to jest zupełnie osobna dyskusja.
@quetz
No wiem, że nie jest marką, dlatego napisałem 'bardziej’. Z resztą twojej wypowiedzi się zgadzam, ale nie wiem co to ma do tego, co ja napisałem.
Mi chodzi o to, że można się inspirować jakimś dziełem, podkreślać to i w taki sposób promować oryginał. Natomiast przerabianie czegoś ustalonego i naklejanie na to tej samej nazwy postrzegam jako robienie sobie darmowego marketingu. Nie mówię, że nie może wyjść z tego nic dobrego.
@mosparko
„Co do zasady, to jest słuszne działanie i korzystne dla samego dzieła (tekstu źródłowego). Dzieła kultury żyją tylko wtedy, kiedy w tej kulturze rezonują.”
Czy jest to jednoznacznie korzystne to ciężko mi stwierdzić. Z jednej strony więcej osób sięgnie po pierwowzór, z drugiej wielu nie sięgnie i będzie miało jego obraz zbudowany na podstawie przeróbki.
Zapoznając się z oryginałem masz wgląd w realia czasów, w których był on pisany, w światopoglądy ludzi wtedy żyjących itp. i możesz to porównać do tego, co jest obecnie. Przy zbytnim 'unowocześnieniu’ materiału źródłowego zatraca się to.
Czyli interpretacje są fajne, chyba że … za bardzo są interpretacjami?
Nie, uwspółcześnia się po to, żeby znaleźć wspólne mianowniki między pewnymi uniwersalnymi tematami, które porusza sztuka. Każdy twórca robi to po swojemu – Szekspir raczej nie myślał, że z Romea i Julii da się zrobić musical (głównie dlatego, że nie wiedział co to jest), ale jak widać się da, a do tego Szekspir od tego nie umarł drugi raz, wręcz przeciwnie, od 500 lat ma się całkiem nieźle, jak na nieboszczyka.
Trzeba odróżnić interpretację od reinterpretacji.
Można uwspółcześnić formę i można uwspółcześnić treść. Ja niekoniecznie jestem fanem tego drugiego, tj. zbytniego przenoszenia aktualnego światopoglądu, sposobu myślenia i problemów na tamte postaci i realia, bo to zazwyczaj zmienia sens danego dzieła. To jest oczywiście subiektywne, zależy od 'natężenia’ i ciężko wyznaczyć sztywną granicę co jest dla kogo akceptowalne. Ale tak jak pisałem, nie jest to dla mnie szarganie czyjejś pamięci albo czynnik dyskwalifikujący i może wyjść z tego nawet coś dobrego.
No to tu się może nie różnimy aż tak bardzo, dla mnie każda próba reinterpretacji jest przynajmniej ciekawa, jeśli idzie za nią jakaś dobra wola – bo oczywiście można to zrobić z gruntu źle i ze złych pobudek (pierwszy lepszy przykład to uwielbienie rasistów i nazioli dla Tolkiena, bo decydują się widzieć w nim jakąś apoteozę „cywilizacji białego człowieka”). Nie oznacza to, że każdą próbę będę ostatecznie lubił, ale eksperymenty? Sign me up.
Nie ma tam przenoszenia „dzisiejszych światopoglądów”. Pismo „Bluszcz” i Orzeszkowa istniały naprawdę,,jeśli o to Ci chodzi. Umieszczenie ich w serialu, jest próba ukazania tamtejszych realiów z pewnym przesunięciem optyki, ale w ramach tychże. Co więcej nie jest to wcale sprzeczne z duchem samego Prusa, który przecież był pozytywistą I różne kwestie społeczne były dla niego kluczowe.
Ja bym powiedział, że próba czytania lalki w ten sposób jest nawet jak na dzień dzisiejszy zbyt zachowawcza, spóźnione o co najmniej ćwierć wieku. Podążając za obecnym dyskursem, opowieść skupiłaby się na szerszym kontekście społecznym i społecznych nierównościach. Lalka przedstawia moment, w którym opresyjna wobec ludu burżuazja, zaczyna ustępować miejsca, opresyjnemu, dzikiemu, wczesnemu kapitalizmowi. W takim ujęciu Wokulski nie jest wcale postacią pozytywną, ale emisariuszem nowej formy tyranii. Moim zdaniem dopiero takie odczytanie Lalki byłoby warte zachodu, ale też reżyser miał sobie prawo opowiadać o czym chce, a my możemy oceniać jak mu się to udało.
Pytanie czy nie wylądowalibyśmy wtedy w rejonach nowej Ziemii Obiecanej 😀
Nie do końca. Ziemia obiecana jednak skupiła się na „złych kapitalistach”, trochę łaskawszym okiem patrząc na arystokrację, jako odchodzącą, nieporadną, ale jednak szanującą pewne wartości. Perspektywa ludu przechodzącego płynnie spod jednej opresji pod drugą, byłaby uczciwym rozliczeniem tamtej sytuacji.
Z podobieństwami do Ziemi obiecanej, to sam reżyser natomiast wyszedł przed szereg, bo wiele ujęć jest stylizowanych na właśnie tamten film (co jak wspominałem, blado wypada).
Ha, nadal jestem bardzo ciekaw, jak mi się spodoba. Swoją drogą, nowa Ziemia Obiecana dzisiaj to byłby automatyczny banger
Ja jeszcze dwa odcinki zmęczyłem (żona chciał oglądać), ale potem ją przeprosiłem, że już nie mogę i dwa ostatnie znam tylko z jej relacji. Wolałem w tym czasie skończyć grę Mouthwashing, która jest znacznie cenniejszym tekstem kultury 😉
Znaczy się, ta Lalka nie jest aż tak tragiczna (choć dobra w żadnym razie też nie jest), jednak zmęczyła mnie siermiężność formalna, bardzo agresywna muzyka wchodząca na podkreślenie wyrazu każdej niemal sceny (co jest prymitywnym zabiegiem) i wrażenie, że reżyser sam do końca nie wiedział co chce powiedzieć i dlaczego w ogóle postanowił to nakręcić.
Tylko ostrzegam 😉
Uzbrajam się 😁
A co z przekleństwami, czytałem, że jest ich od cholery.
W cholerę i ciut ciut.