„Martwe zło: Ogień” – recenzja. Najbardziej bestialski i okrutny film w historii serii
Można wręcz odnieść wrażenie, że reżyser próbował przeszarżować w drugą stronę, a ilość juchy chlupoczącej w buciorach miała odciągnąć naszą uwagę od pretekstowego scenariusza. Tylko czy na pewno jest on taki najgorszy? Patrząc przez pryzmat całej serii – niekoniecznie, niemniej zagęszczenie rozmaitych makabresek na minutę metrażu okazuje się tu tak ogromne, że po skończonym seansie zostają w głowie wyłącznie one.
Dom zły
William Price (George Pullar) ginie w tragicznym wypadku samochodowym, a Alice (Souheila Yacoub), wdowa po nim, trafia do położonego na odludziu domostwa teściów, Susan i Edgara (Tandi Wright, Erroll Shand). Ci nie są i nigdy nie byli przychylni dziewczynie, można wręcz odnieść wrażenie, że obwiniają ją o śmierć syna. Udawaną grzeczność szybko zastępują pretensje i żale, a w obronie Alice stają Joseph (Hunter Doohan), brat zmarłego, oraz Thya (Luciane Buchanan), jego dziewczyna. Joseph też nie ma lekko – ojciec nie skrywa jawnej pogardy wobec młodszego syna, a matka niespecjalnie próbuje tonować agresję męża. Ostatecznie jednak, jaka by nie była, rodzina jest najważniejsza, to w pierwszej kolejności ona ją (nas?) definiuje.

„Martwe zło: Ogień” trochę przewrotnie dowodzi, że nie potrzeba demona z piekła rodem, by zło zakorzeniło się w czterech ścianach. Wystarczą dysfunkcyjni krewni, nieprzepracowane problemy, eskalująca przemoc i ciche przyzwolenie na nią. Dom Price’ów pełen jest wyblakłych fotografii, przypominających mityczne „stare, dobre czasy” – obrazki z przeszłości w oczywisty sposób kontrastują z zepsuciem toczącym budynek, który dosłownie się rozpada i gnije od środka, co z kolei świetnie koreluje z obecnym stanem rozchwianej emocjonalnie familii.
Martwica mózgu
Oczywiście to horror o demonach i opętaniach, a nie kolejny projekt Wojciecha Smarzowskiego. Gdy pierwotne zło przejmuje kontrolę nad członkami tejże rodzinki, rozpoczyna się festiwal makabry, poćwiartowanych, ugotowanych bądź obdzieranych ze skóry ciał, ucinanych palców, podcinanych gardeł, a także miażdżonych, dziurawionych i przestrzelanych głów. Wyobraźnia twórców w kontekście maltretowania ludzkiego ciała przekracza wszelkie oczekiwania, a bezkompromisowość i rytmiczność montażu Maxime’a Caro wprawia momentami w osłupienie, tak jakby twórcy chcieli powiedzieć: „Czujesz dyskomfort? To nic, nie odwracaj jeszcze wzroku, patrz i podziwiaj, jak bardzo odjechał nam peron. I czekaj cierpliwie, bo to wciąż nie wszystko, co dla ciebie przygotowaliśmy”.
To zdecydowanie najbardziej bezwzględny film w historii serii, choć – w przeciwieństwie do wspomnianego na wstępie „Przebudzenia” – nie zabrakło w nim charakterystycznych dla starych odsłon „Martwego zła” elementów komicznych. Ich głównym źródłem jest Polly (Maude Davey), cierpiąca na demencję babcia, która nic sobie nie robi z obecności demonów, te zaś z uwagi na chorobę toczącą umysł staruszki nie bardzo wiedzą, jak wykorzystać ją do swoich celów.

Siedem bram piekieł
To horror przemyślany, ale nie bez wad. Zabrakło mi tu sinusoidalnego rytmu, który tak dobrze sprawdza się w tym gatunku. Wiecie, gdy napięcie jest odpowiednio budowane: rośnie stopniowo, aż staje się nieznośne, a po każdej większej burzy dostajemy przerwę na złapanie oddechu, po czym znów ochoczo wsiadamy do wagonika rollercoastera.
Tutaj, po mocnym wstępie, mamy długą ekspozycję i wprowadzenie do świata rodziny Price’ów, gdy jednak dochodzi do pierwszych aktów przemocy, Vaniček odpina wrotki i dusi pedał gazu do oporu, ani myśląc zwalniać mimo kilku zakrętów po drodze. Rozpoczyna się surowy, bestialski i skrajnie brutalny gorefest, który nie przeraża – co najwyżej gwałtownie skurczy co wrażliwsze żołądki. Trzeba przyznać, że jest to zrobione brawurowo i odważnie, ale niekończąca się eskalacja sadyzmu uodparnia nas na kolejne makabreski.
Trochę też w całym tym pędzie zabrakło mi horroru w stanie czystym. Tutaj grozę budują sporadyczne jump scare’y, a obraz właściwie nie próbuje być straszny, robi za to wszystko, by stać się jak najbardziej obrzydliwy. Ja bawiłem się świetnie, ale mam świadomość, że taka forma nie każdemu przypadnie do gustu.

Dom w głębi lasu
Znalazło się tu także kilka nielogiczności, ale w którym filmie grozy ich nie ma? Niepotrzebnie również rozciągnięto finał; spokojnie można by się go pozbyć bez większej straty dla wydźwięku całości (lub chociaż mocno przyciąć). Po wszystkich potwornościach, których byliśmy świadkami, leniwe tempo zakończenia nie robi już wrażenia, prędzej pojawia się zniecierpliwiona myśl: „Do brzegu, panie Vaniček, do brzegu!”. Ponadto kiepskie CGI w końcówce wypada wyjątkowo marnie na tle dopieszczonych efektów praktycznych we wcześniejszych scenach.
I poważnie się zastanawiam, czy przynależność do uniwersum „Martwego zła” bardziej pomaga temu filmowi, czy raczej przeszkadza. W tle przewijają się elementy mitologii rzeczonego świata, jest i „Necronomicon”, i bluźniercze inkantacje, ale przecież pojawiają się one w wielu innych obrazach, które z serią Sama Raimiego nie mają nic wspólnego. „Ogień” wyraźnie chce odnaleźć własną tożsamość i ma pomysł na siebie, a twórcy nie próbują bezkrytycznie naśladować pierwszych, obrosłych już kultem produkcji, a jedynie subtelnie do nich nawiązują. Nie można wykluczyć, że w oderwaniu od cenionej marki dzieło francuskiego reżysera obroniłoby się jeszcze lepiej.
OCENA: 7
PODSUMOWANIE: Horror, który pod płaszczykiem bestialskich scen próbuje co nieco powiedzieć o toksycznych relacjach rodzinnych i przemocy domowej, ale trochę spłyca temat, a krew zbyt często zalewa nam oczy, byśmy doszukiwali się w nim głębszego dna. Za to dla miłośników gore’u to prawdziwie wyborna uczta!

Martwe Zło braci Raimi od początku zbyt głębokie nie było 😉
Wątpię żeby ktoś – znając chociaż podstawowe info o serii – szukał w nowym filmie piątego dna.
Dla mnie zwieńczeniem trylogii był fantastyczny serial z Brucem.
Film oczywiście obejrzę, elementy gore akurat były w ED od początku i ta recenzja jeszcze mocnej mnie zachęciła do sprawdzenia.
Dzięki Gienek 😀
„Martwe zło: Przebudzenie” z 2023 roku okazało się zaskakująco udaną produkcją i odświeżającym przeżyciem, zrywając z komediowym nacechowaniem oryginalnej trylogii.”
Alvarez już w 2013 roku zerwał z komediowym tonem oryginalnej trylogii.