Nie tylko gra dostała remake. „Assassin’s Creed: Black Flag” – recenzja książki
Powieść „Assassin’s Creed: Black Flag” (dawniej „Czarna bandera”) autorstwa Olivera Bowdena nie rozpoczyna się w tym samym momencie co gra – gdy Kenway jest już znanym piratem. Poznajemy go bowiem jako hodowcę owiec lubującego się w piwie typu ale, który ciągle ma nadzieję, że jego los w końcu odmieni się na lepsze. Gdy poślubia ukochaną Caroline, postanawia porzucić ubogie i nudne życie na rzecz awanturniczych wypraw morskich, aby zapewnić żonie godny byt. W służbie Wielkiej Brytanii ma atakować hiszpańskie okręty, jednak okazuje się to krótką i niepewną ścieżką zawodową. Zbliża się koniec wojny, więc usługi korsarzy przestają być potrzebne. W tej sytuacji Edward podejmuje ryzykowną decyzję, która na zawsze zmieni jego życie.
Pora wypłynąć na szerokie wody
Fani książek z serii Assassin’s Creed doskonale znają Olivera Bowdena. Pisarz związany jest z tym literackim uniwersum od 2009 roku, a wszystko zaczęło się od „Renesansu”, przedstawiającego losy Ezia Auditore. Rozpoznawalny styl tego autora stanowi wartka, mocno filmowa narracja, która sprawia, że nazwisko Bowdena stało się dla czytelników niemal gwarancją jakości, a dla graczy zachętą, by sięgnąć po powieść, która ponownie przeniesie ich do świata, jaki zdążyli już poznać dzięki produkcji Ubisoftu.

Tym razem pisarz zagłębia się w złotą erę światowego piractwa pierwszej połowy XVIII stulecia i już samo to stwarza ogromne pole do popisu dla wyobraźni, bo w tle historii pojawiają się autentyczne postacie, które fascynują czytelników do dziś – Edward Thatch, znany szerzej jako Czarnobrody, kapitan Charles Vane czy słynny piracki duet Anne Bonny i Mary Read.
Kapitan, który musiał dorosnąć
Sam Edward Kenway to naprawdę ciekawie skonstruowana postać i wcale nie taka, którą polubi się od pierwszej strony. Na początku poznajemy butnego, wciąż niedojrzałego młodzieńca, który chętnie sięga po butelkę rumu, wydając przy tym ciężko zarobione grosiwo. Jego kolejnymi poczynaniami kieruje w gruncie rzeczy czysty egoizm – pogoń za bogactwem. Z czasem jednak Kenway dorasta do roli uczciwszego, choć wciąż nieokiełznanego pirata i zaczyna brać na swoje barki odpowiedzialność nie tylko za własne życie, ale i za losy całego świata. Właśnie o takim korsarzu chce się śpiewać szanty, płynąc przez karaibskie wody własnym statkiem. Jest on bowiem bohaterem niejednoznacznym, nieprzewidywalnym, a przez to zdecydowanie bardziej intrygującym niż niejeden podręcznikowy protagonista z kart powieści przygodowych.

Drugą stroną „Black Flaga” są prawdziwe morskie opowieści. Bowden pokazuje drogę Kenwaya od zwykłego majtka aż po postrach Karaibów, nie pomijając przy tym codzienności życia na pokładzie: trudów żeglugi, twardej dyscypliny i niepewności jutra, które były chlebem powszednim każdego marynarza tamtej epoki. Do tego dochodzi nieustanna pogoń za skarbami, bogactwem i sławą, przeplatająca się z malowniczą scenerią karaibskich wysp, oraz przede wszystkim autentyczna historia – w powieści aż roi się od nawiązań do realnych wydarzeń i (jak już wspomniałam) postaci. W tle natomiast przewija się odwieczny konflikt asasynów i templariuszy przypominający, że za piracką fasadą kryje się coś znacznie większego.
Nowe opakowanie, to samo wnętrze
Różnica między wydaniem z 2014 roku a obecnym sprowadza się właściwie do okładki i tytułu, a nie do zawartości. Insignis Media wypuściło powieść ponownie kilka tygodni po premierze gry z cyklu Assassin’s Creed. Dzięki temu kolejne osoby mają okazję poznać bądź przypomnieć sobie losy Edwarda Kenwaya. Tym bardziej że po książkę Bowdena mogą sięgnąć również ci, którzy nigdy nie mieli styczności z wirtualnymi przygodami wyszczekanego pirata. Znaczna część opowieści, zwłaszcza jej początek, to materiał autorski – rozbudowany prolog wprowadza czytelnika w okres, gdy protagonista jest jeszcze podrostkiem pracującym na ojcowskiej farmie, więc akcja startuje na długo przed wydarzeniami znanymi z produkcji Ubisoftu. Dopiero gdy Kenway ląduje na karaibskich morzach, fabuła zaczyna się pokrywać z przebiegiem gry.
I to właśnie ten początkowy fragment czyni książkę ciekawym dopełnieniem historii głównego bohatera. Poznajemy tu między innymi okoliczności, w jakich Edward spotkał swoją przyszłą żonę, dowiadujemy się też, jak trafił na pierwszy statek. Taki rys biograficzny sprawia, że gracze doskonale znający Black Flaga mogą odnaleźć w powieści coś, czego sam tytuł Ubisoftu im nie pokazał – pełniejszy, bardziej ludzki portret Edwarda, zanim ten stał się postrachem Karaibów.
Jedynym minusem, do jakiego muszę się przyczepić, wydaje się redakcja tekstu. Nie chodzi o pojedyncze literówki, tylko raczej niedopatrzenia, które powinny zostać wyłapane na etapie korekty – jak na przykład zdanie powtórzone dwa razy z rzędu (szczególnie że to reprint). To detal, który przy wciągającej fabule można wybaczyć, ale trudno go nie zauważyć. Poza tym zdarzają się drobne potknięcia, niemniej nie wpływa to na sam odbiór tekstu. Warto także dodać, że za polski przekład nadal odpowiada Przemysław Bieliński, więc i tutaj obyło się bez zmiany.
Czy warto rzucić kotwicę?
„Assassin’s Creed: Black Flag” to przede wszystkim solidna powieść przygodowa, w której odnajdziemy właściwie wszystko, czego można oczekiwać od tego gatunku – korsarską historię pełną akcji, rozbudowaną fabułę z gry, galerię wyrazistych bohaterów oraz świetnie odmalowaną rzeczywistość dawnego świata wraz z całym jego pirackim klimatem. To idealna książka na wakacyjny czas, wciągająca i lekka, choć raczej jednorazowa: po przeczytaniu nieprędko sięgnie się po nią ponownie, ale przez te kilkaset stron zapewnia to, co powinna, czyli porządną dawkę rozrywki.
OCENA: 7
PODSUMOWANIE: Szukacie książki na wakacyjny wyjazd? „Assassin’s Creed: Black Flag” sprawdzi się idealnie jako lekka lektura przy basenie albo w hotelu. To ta sama powieść z 2014 roku, tylko w nowej oprawie, skierowana zarówno do graczy, jak i osób, które nie znają produkcji Ubisoftu.
