Powrót do Silent Hill – recenzja. Panowie, jak można było to aż tak spartolić?

Powrót do Silent Hill – recenzja. Panowie, jak można było to aż tak spartolić?
Dobra, jedziemy z tym: to nie tylko jeden z najgorszych horrorów, jakie przyszło mi obejrzeć. To także jeden z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem.

Wciąż trudno mi uwierzyć, jak to wszystko się potoczyło — scenarzyści dysponowali przecież świetnym materiałem wyjściowym w postaci legendarnego Silent Hilla 2, zaś Konami jeszcze w 2022 szumnie zapowiadało wielki powrót kinowych adaptacji serii. Aby osiągnąć postawiony przed laty cel, zaangażowano uznanego, acz nieco zapomnianego dziś reżysera Christophe’a Gansa, najlepiej rozpoznawalnego z zaskakującego i całkiem udanego „Braterstwa Wilków” sprzed ćwierć wieku. To rzecz jasna szmat czasu, przypomnę więc, że fani gier mogą kojarzyć Francuza przede wszystkim z niezłego „Silent Hilla” z 2006, czyli jednej z pierwszych nowożytnych ekranizacji gier, której seans nie wywoływał torsji od wszechobecnego krindżu.

Nazwisko to nie wszystko

Mimo że wydany dwie dekady temu obraz zestarzał się gorzej, niż go zapamiętaliśmy (zaufajcie mi, odświeżyłem go sobie tuż przed obejrzeniem „Powrotu…”), nadal da się go przełknąć bez większej zgryzoty. Owszem, nie wszystko poszło w dziele Gansa tak, jak byśmy sobie tego życzyli, ostatecznie otrzymaliśmy jednak przyzwoitego straszaka, niewywołującego poczucia straty cennego czasu.

fot. Kino Świat

Tym razem miało być lepiej — Christophe ponoć mocno zaangażował się w produkcję kolejnego filmu o Cichym Wzgórzu już od samego początku, pragnąc dostarczyć fanom rzecz bliższą dusznego, smutnego i przejmującego klimatu gier. „Powrót do Silent Hill” stanowić miał adaptację historii Jamesa Sunderlanda, niemniej pozmieniano tu tak wiele, że suma summarum dosłownie NIC nie trzyma się kupy. Jeżeli więc urzekła was niegdyś przygnębiająca opowieść o zrujnowanym psychicznie mężczyźnie, brnącym w głąb licznych koszmarów skołatanego umysłu, z miejsca pogódźcie się z faktem, iż najnowsze dokonanie Gansa to po prostu straszliwy szrot, niemający żadnego podjazdu nawet do przeciętnego fanfika.

To jest dramat, kurka

Jak więc zaadaptowano fabułę kultowej „dwójki”? Otóż opracowany niegdyś przez Team Silent scenariusz bezceremonialnie poszatkowano, wycinając z niego niemalże cały ładunek emocjonalny. Granie symboliką, szeroko pojmowana intymność świata przedstawionego, budowanie napięcia: to wszystko kompletnie wyparowało. Efektem takiego postępowania jest totalnie niezrozumiała wydmuszka. Czy skierowano film zatem wyłącznie do fanów gier? Nie, skądże znowu — historia sama nie może się zdecydować, kto w ogóle mógłby chcieć zwrócić na nią uwagę. Co więcej, fani survival horrorów z całą pewnością wyśmieją prawie wszystkie ujrzane na ekranie ociekające tandetą triki, mierne efekty specjalne i absolutnie beznadziejne dialogi.

Jednym z niewielu plusów „Powrotu do Silent Hill” pozostaje gra aktorska. Wcielający się w Jamesa Jeremy Irvine robi, co tylko może, by wybronić swoją fatalnie napisaną postać. I czasem mu się to udaje, jednakże chwilę później obrywamy zazwyczaj po uszach jakąś nieprawdopodobnie złą linią dialogową, po czym cały czar nagle pryska, a my wracamy do punktu wyjścia.

Hannah Emily Anderson, odpowiadająca za aż trzy postacie (Mary, Marię oraz… Angelę), również nieźle radzi sobie przed kamerą, szczególnie dobrze wypadając podczas romantycznych wspomnień życia związkowego protagonistów. Ale ponownie, nie minie kilka minut nim scenarzyści znowu uraczą nas jakąś zdumiewająco absurdalną kwestią padającą z ust jednej z fikcyjnych kobiet.

fot. Kino Świat

Kończ już

Drodzy czytający, napiszę to zupełnie szczerze: zupełnie nie chce mi się więcej pisać o „Powrocie do Silent Hill”. Najchętniej zresztą wymazałbym seans tego barachła z pamięci. Nie marnujcie pieniędzy na tak ewidentny skok na hajs, chyba że nastawicie się stricte humorystycznie, aczkolwiek tak naprawdę nie znajdziecie tu zbyt wielu zabawnych momentów. Krótko mówiąc, szkoda kasy.

Pod względem okołopiekielnych analogii drugi „Sajlent” Gansa zaskakuje przewrotnością, gdyż naprawdę źle jest już na samym początku, a później robi się już tylko gorzej. Nie sposób nie odnieść przecież tej myśli do momentu, w którym zmęczony życiem James Sunderland postanawia zejść w poprzek zbocza do zamglonego miasteczka położonego tuż nad jeziorem.

Ocena: 2

PODSUMOWANIE: Nie mogę uwierzyć, jak można było zmarnować budżet na coś tak miernego. Nawet paździerz pokroju „Silent Hilla: Apokalipsy” z 2012 roku, wypada lepiej od tegorocznego „Powrotu…” Christophe’a Gansa. TRA-GE-DIA.

3 odpowiedzi do “Powrót do Silent Hill – recenzja. Panowie, jak można było to aż tak spartolić?”

  1. Sama prawda. Szkoda na ten szajs czasu, a tym bardziej pieniędzy – splunięcie w twarz fanów giereczkowego pierwowzoru to mało powiedziane.

  2. Trochę przewrotnie, ale to kolejna recenzja, która mnie trochę zafascynowała tym tytułem. No bo skoro jest TAK źle, to może przynajmniej będzie śmiesznie? Dunno

  3. Filmy na podstawie gier powinni reżyserować gracze pasjonaci, a nie jakieś dziady z przypadku z Hollywood.
    Jak nie jesteś graczem to nie tykaj tematyki gier.

Skomentuj MisiuZbychu Anuluj pisanie odpowiedzi