„The Boys”: Sezon 5 – recenzja. Takiego finału chcieliśmy i o taki finał prosiliśmy
Serial „The Boys”, obok „Niezwyciężonego”, to świetna odtrutka na typowe kino superbohaterskie, gdzie ci ubrani w rajstopy wygrywają, a ci źli ze swoimi nikczemnymi planami przegrywają. Dlatego ostatni sezon serialu z samej definicji musi być najtrudniejszy do przygotowania – trzeba przecież spiąć wszystkie wątki. Mogłam przedpremierowo obejrzeć 6 z 8 odcinków finałowej odsłony i spokojnie – ta recenzja jest całkowicie pozbawiona spoilerów.
Deepfaki, sigmy i inni influncerzy
Od pierwszych minut pierwszego odcinka akcja mocno się zagęszcza i nie pozwala nam się nudzić. Jako widzowie zostajemy wrzuceni na głęboką wodę, a cała opowieść rozgrywa się rok po zakończeniu czwartego sezonu. Starlight tworzy poważną rysę w medialnej kreacji Homelandera, a to prowadzi do globalnego kryzysu jego wizerunku. Produkcja idzie z duchem czasu – AI, sigma, TikTok, temat zarobków influencerów czy lider Siódemki obrażający się na memy (niczym pewien polski piłkarz). Ponownie scenarzyści zgrabnie wpletli w całą narrację najnowsze trendy, odbijając naszą rzeczywistość w swojej opowieści.
Najciekawszym aspektem, jaki punktuje serial, jest dezinformacja pod różnymi postaciami – mamy wygenerowane przez sztuczną inteligencję filmiki (wyśmiewanie dodatkowych palców), odpowiednio spreparowane memy czy sztucznie kreowane akcje społecznościowe. Sister Sage brutalnie przypomina także o tym, jak chętnie obdzieramy się z prywatności za pośrednictwem mediów społecznościowych. Dzięki temu, z pomocą zasobów oraz możliwości Vought International, wprowadza ona taki chaos informacyjny, że bezproblemowo kontroluje to, co ludzie myślą lub co chcą myśleć. To świetnie obrazuje, że nawet tak niestabilne jednostki jak Homelander mogą w przestrzeni publicznej brylować jako prawdziwi mężowie stanu.

To już nie ta sama początkowa satyryczna opowieść o tym, że superbohaterowie to tak naprawdę przećpani patocelebryci żyjący w innej gęstości. Ostatni sezon „The Boys” to narracyjny komentarz do potencjalnej rzeczywistości, w której dojście do władzy nieodpowiednich ludzi zamienia hasła o wolności w zupełnie wypaczoną ideę. Władza może cię uznać za wroga, jeśli polajkowałeś lub udostępniłeś „nieodpowiednie” zdjęcie lub osobę. Humor wciąż jest tutaj obecny, ale fabularnie widzimy mocno wykolejone jednostki zmierzające wyłącznie ku samodestrukcji.
Ojczyznosławowi mleko już nie wystarcza
W finałowym sezonie Homelander jest pijany władzą. Próbuje wybielić się w każdy możliwy sposób i pragnie jeszcze większego uznania. Jednak jedno nagranie oraz aura, jaką wokół siebie roztacza, sprawiają, że zaczyna być postrzegany jako potwór – oczywiście nikt nie powie mu tego w twarz, bo każdy się boi. Postać odgrywana przez Antony’ego Starra przechodzi radykalną przemianę. Dawniej ukochany Syn Ameryki, dzisiaj samotny dyktator, który chciałby usłyszeć od swoich sługusów „nie”, ale nie potrafiłby zaakceptować takiego sprzeciwu.
Najwięcej emocji budzi rzecz jasna Jensen Ackles ponownie wcielający się w Soldier Boya. I co tu dużo mówić – jego powrót to świetna decyzja scenarzystów, a cały wątek z nim związany wydaje się jednym z mocniejszych filarów tego sezonu. Do tego dorzucimy jego brata z planu „Supernatural” (Jared Padalecki) i jako fanka tego serialu jestem zachwycona, widząc tę dwójkę ponownie razem. To nie tylko utalentowani aktorzy, ale i świetne przełamanie czwartej ściany oraz puszczenie oczka do fanów opowieści o pogromcach demonów. Oczywiście pojawia się także Misha Collins i bardzo chciałabym wam o tym opowiedzieć, ale jak zadeklarowałam – no spoilers!
Cała ekipa tytułowych Chłopaków uległa sporym zmianom – Rzeźnik już totalnie porzucił jakiekolwiek człowieczeństwo i zrobi wszystko, aby wybić supków do ostatniego (włącznie z samym sobą). Po ostatnim sezonie jest to spora zmiana na plus, bo wewnętrzna walka Williama nieco się ciągnęła i zdecydowanie lepiej ogląda się zabójczego Butchera w akcji. Cycuś Glancuś także wchodzi w tryb bojowy i staje się o wiele bardziej wyrazistą postacią niż ciągle marudzący lub niepotrafiący znaleźć rozwiązania problemu „zastępca Butchera”. Wciąż jednak ma w sobie pokłady człowieczeństwa, dostrzegając w brutalnych planach lidera coraz więcej pęknięć.
Postacie Hughiego i Annie zdecydowanie najgorzej się rozwinęły. Są po prostu… nudne. Ten pierwszy wciąż jest nieporadną życiową pierdołą, która stara się uratować wszystkich dookoła, żyjąc ideałami. Z kolei Annie nadal w siebie nie wierzy, załamuje ręce i ponownie wpada w spiralę samoobwiniania się za całe zło tego świata. Oczywiście odbija się to na ich związku. Nigdy ich nie lubiłam, a teraz z kolei nie mogłam ich totalnie zdzierżyć.

Będę tęsknić, ale cieszę się, że to już koniec
W trakcie seansu na pewno nie odczuwałam nudy – uwielbiam uniwersum „The Boys” i powrót moich ulubionych bohaterów bardzo mnie ucieszył. W czasie seansu uświadomiłam sobie jednak, że to bardzo dobrze, że serial w końcu się kończy, bo powoli stawał się wtórny. O ile wszechobecne flaki, krew czy penisy za pierwszym razem szokowały lub bawiły, tak ich ciągła obecność przestała wywierać na mnie wrażenie. I tutaj muszę wyrazić spore uznanie dla showrunnerów, że zamiast ciągnąć to w nieskończoność – jak miało to miejsce w przypadku „The Walking Dead” – podjęli twardą decyzję: cała opowieść zmierza do końca.
„Chłopaki” od początku niezbyt trzymali się swojego komiksowego pierwowzoru, co najwyżej czerpiąc z niego inspirację, ale opowiadając całą historię po swojemu. Co prawda finału jeszcze nie widziałam, ale biorąc pod uwagę to, co do tej pory zobaczyłam – jestem o niego spokojna. „The Boys” utrzymują formę z pierwszych sezonów i chociaż nie zaskakują już niczym na miarę odcinka „Herogasm”, to jeśli pokochaliście ten serial, z radością obejrzycie jego ostatnią odsłonę.
OCENA: 8
PODSUMOWANIE: Eric Kripke dotrzymał słowa – pierwsze sześć odcinków finałowego sezonu „The Boys” to totalna jazda bez trzymanki. Nie sposób przewidzieć, co wydarzy się za chwilę ani czy Homelanderowi już totalnie odkleją się klepki. Jestem spokojna o to, że dwa ostatnie odcinki dowiozą i całość nie skończy się tak jak pewna produkcja Netfliksa – zawodem fanów.
Recenzja opiera się na całym serialu czy 7 odcinkach? IGN ma recenzje 7 odcinków.
Jak zaznaczyłam w recenzji – dostałam dostęp do 6 odcinków z 8 🙂
No ciekawe, bo ostatni sezon wyraźnie obniżył loty. Źle jeszcze nie było, ale też nie wniósł on już nic nowego i mocno wszedł w fazę odcinania kuponów. Na razie recenzji nie czytam, bo nie robię tego nigdy przed obejrzeniem ;). A na to szybko się nie zanosi, bo będę czekał na dostępność wszystkich odcinków i obejrzę całość na 1-2 razy.