„Wichrowe wzgórza” to niespełniona obietnica Emerald Fennell. Dałem się tej reżyserce oszukać [RECENZJA]

„Wichrowe wzgórza” to niespełniona obietnica Emerald Fennell. Dałem się tej reżyserce oszukać [RECENZJA]
Nowe „Wichrowe Wzgórza” są niczym ekranowy Heathcliff – siedzą w nich dwa wilki. Jeden odważny, bezkompromisowy i obrazoburczy, drugi… zachowawczy, irytujący i zwyczajnie głupi. I niestety to właśnie to drugie wrażenie dominuje po seansie.

Emerald Fennell mnie oszukała. Serio – tak się czuję. Bo nie dała mi tego, co zapowiadała w pierwszych minutach filmu, kiedy zasygnalizowała, że dostaniemy adaptację, która nie będzie kłaniać się żadnym konwenansom, schematom i regułom gry adaptacyjnej tak głęboko zakorzenionym w romantycznym wyobrażeniu opowieści „Wichrowe Wzgórza”. Czego tam nie ma w ekspozycji? Zaskoczenie, śmierć, mocny rys społeczny, erotyzm, który nie pokazuje dosłownie, a jednocześnie sugeruje bardzo wiele.

To otwarcie obiecuje kino bezkompromisowe, formalnie odważne, gotowe rozszarpać literacki mit i złożyć go na nowo. I przez chwilę rzeczywiście tak w jakimś stopniu jest. Fennell – twórczyni rewelacyjnej „Obiecującej. Młodej. Kobiety” i intrygującego „Saltburn” – do pewnego momentu wydaje się mieć pełną kontrolę nad materią. Kamera pracuje świadomie, kostiumy olśniewają (chociaż z wiktoriańskim stylem nie mają absolutnie nic wspólnego), muzyka Charlie XCX, która nie powinna pasować, jakoś idealnie się wkomponowuje, a wrzosowiska niemal odurzają.

Świetne są te sceny, kiedy Fennell serwuje nam seksualne aluzje, a pozostaje przy tym niezwykle skryta i w sumie nie pokazuje nic – sceny ugniatania ciasta, dotyk żółtka z rozbitych jaj, subtelne spojrzenia. To działa. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba przy tym opowiedzieć coś więcej. Zostajemy wówczas tylko z takim pensjonarskim wyobrażeniem erotyzmu, pełnym rumieńców, fantazmatów i powierzchowności.

Treść właściwa

Zamiast konsekwentnie iść w radykalizm, twórczyni wycofuje się w stronę dziewczęcych wyobrażeń o miłości, w której pożądanie jest największym z bodźców. Początkowo świetnie zapowiadająca się opowieść przeobraża się w festiwal następujących po sobie scen: jedne są wizualnie oszałamiające, budujące klimat i napięcie, inne zwyczajnie żenujące, płytkie, nie wnoszące niczego do historii. Przez to ten – pozwolę sobie zacytować opis z Google – „brytyjsko-amerykański gotycki dramat erotyczno-psychologiczny, wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Emerald Fennell, luźno oparty na powieści Emily Brontë” jest tak samo niepewny swojej tożsamości jak… sam opis. To film niespełnionej obietnicy. A największym jego grzechem jest zachowawczość.

Nie mam nic przeciwko dekonstrukcji klasyki. Nie potrzebujemy budować koła od nowa. Potrzebujemy jednak konsekwencji. Tymczasem relacja Heathcliffa i Cathy została tu sprowadzona niemal wyłącznie do pożądania seksualnego. To ogromne uproszczenie, a wręcz wypaczenie tego, co w powieści było esencją – obsesyjnej, destrukcyjnej więzi, przekraczającej ramy społecznych konwenansów i metafizycznych granic. Ten element komentarza społecznego jest tak zmarginalizowany, że aż dziw bierze. Bo fakt taki, że Cathy z powodu konwenansów nie może (lub nie chce?) wziąć ślubu z ukochanym, nie przekłada się później na żadną scenę, w której pokazane byłoby to, że bohater jest po powrocie za to piętnowany. Zupełnie jakby twórcy o tym zapomnieli. Skupiają się tylko na droczeniu, kolejnych scenach seksu. Zamiast gotyckiego dramatu otrzymujemy momentami filmowego harlequina. Tylko takiego na smutno.

50 twarzy Heathcliffa

Fennell chciałaby zrobić coś cholernie odważnego, wizualnie i muzycznie wyłamującego się z konwencji, a jednocześnie ostatecznie zostaje przy czymś bezpiecznym. Do połowy film naprawdę intryguje – zadziwia kostiumami, kompozycją kadrów, bawi się oczekiwaniami widza. Potem skręca w nudę i epatowanie tanim erotyzmem, momentami niebezpiecznie bliskim estetyce „50 twarzy Greya”, by za chwilę znów wzbijać się w melodramatyczne tony.

I w tym chaosie giną aktorzy. Margot Robbie jest tu niemal idealna wizualnie – piękna, eteryczna, emanująca seksapilem, niemal wpisana w duszny, mglisty krajobraz wzgórz. Problem w tym, że w jej kreacji brakuje życia. To rola wyestetyzowana, ale emocjonalnie pusta. Paradoksalnie to dziecięce wersje bohaterów wypadają bardziej przekonująco.

No, może nie do końca, bo Jacob Elordi naprawdę mnie kupił. Jego Heathcliff jest dziki, niepokojący, momentami hipnotyzujący. W jego spojrzeniu jest gniew i głód świata. Tym bardziej boli, że nawet on – przez spłycenie relacji i niekonsekwencję scenariusza – momentami wpada w groteskę, a film ociera się o autoparodię. Jego postać jest też przynajmniej w kilku scenach odpychająca, obrzydliwa. Jeśli miał to być metakomentarz i gra z konwencją, zabrakło w nim pomyślunku. Tak jak całości reżyserskiej i scenariuszowej żelaznej dyscypliny.

Oszustwo nie takie słodkie

Uczciwie przyznam: początek podobał mi się bardzo. Widziałem w nim zapowiedź adaptacji, która mogła być radykalna, bezkompromisowa i naprawdę współczesna. Zabrakło jednak odwagi, by pójść za tym impulsem do końca. Zamiast emocjonalnego nokautu dostałem płytką historię, która mnie nie poruszyła. 

A to największy problem w przypadku opowieści, której celem jest wywołać szloch, rozedrzeć serce i zostawić widza roztrzęsionym. Liczyłem, że zostanę duchem Cathy krążącym po moich wrzosowiskach wyobraźni. Zamiast tego zostałem z nawiedzającym poczuciem rozczarowania – i świadomością zmarnowanego potencjału. A to boli najbardziej.

Ocena: 5+

Skomentuj