„Wielki Marty” może być nie tylko jednym z najlepszych filmów roku, ale i najlepszą rolą Timothéego Chalameta [RECENZJA]
Pamiętacie scenę z „C.K. Dezerterów”, w której dowódca z pełnym przekonaniem oznajmia, że w jego garnizonie służą „najsprytniejsze łaziki na tej szerokości geograficznej”? Marty Mauser jest największym łazikiem na Ziemi. I to nie tylko w sensie charakterologicznym, ale też wręcz egzystencjalnym. W panteonie przegrywów, neurotyków i egocentryków – tak znamiennym dla filmowego uniwersum braci Safdie – Marty, w fenomenalnym wykonaniu Chalameta, wchodzi na sam szczyt. I robi to z bezczelnością, energią i intensywnością, jakiej u tego aktora jeszcze nie widzieliśmy.
Jasne, Chalamet niejednokrotnie grał już zblazowanych bohaterów z nadmiarem ambicji, ego lub emanujących wewnętrzną pustką. W „Wielkim Martym” wchodzi jednak na zupełnie nowy poziom i pokazuje nam coś innego. Ego pozostaje monstrualne, ale stawka jest większa, a lekcja – boleśniejsza. To rola totalna: fizyczna, nerwowa, momentami odpychająca, a zarazem magnetyczna. Chalamet nie prosi widza o sympatię. Bierze ją siłą. Jeśli do tej pory ktoś miał problem z jego manierą, półprzymkniętymi oczami i delikatnością Paula Atrydy, tutaj może przeżyć spore zaskoczenie. A admiratorzy jego talentu? Zostaną zdmuchnięci z fotela. Gwarantuję to.

Diamenty już oszlifowane
Safdie dostarcza film niebędący po prostu kolejną wariacją na temat „nerwowego” kina, z którym kojarzył się wraz z bratem. „Wielki Marty” rozwija motywy znane z „Nieoszlifowanych diamentów”, robiąc to z większym rozmachem i dojrzałością. To nadal obraz pulsujący chaosem, głośny, intensywny, wręcz agresywny wobec widza – lecz jednocześnie bardziej świadomy swojej symboliki. Reżyser bawi się etosem amerykańskiego snu, przepuszczając go przez filtr screwball comedy, sportowego mitu à la „Rocky” i nowojorskiej groteski. Marty to bohater, co chce wygrać – ale nie rozumie, czym właściwie jest zwycięstwo. Dostaje piękną lekcję, która weryfikuje w jego życiu wszystko. Przez to Safdie niejako przełamuje nieco schemat tego, do czego przyzwyczailiśmy się w jego kinie.
Film bezlitośnie odziera swojego protagonistę z godności, pozwala mu się kompromitować, upadać i wstawać tylko po to, by mógł sobie zadać fundamentalne pytanie o cenę ambicji. To kino jednocześnie dosłowne i symboliczne, zanurzone w nowojorskiej energii – każdy dialog brzmi jak negocjacja, a każda relacja jak transakcja. Safdie nie ogląda się na polityczną poprawność – antysemickie, rasistowskie czy klasistowskie żarty są tu częścią świata przedstawionego, nie jego ozdobą. Owszem, mogą drażnić, ale wpisują się w brutalną szczerość opowieści.

Piłka meczowa
Na drugim planie również dzieją się rzeczy warte uwagi. Abel Ferrara jako gangster z psem to czyste złoto – postać balansująca między autoparodią a prawdziwym zagrożeniem. Mr. Wonderful z „Shark Tank” gra kapitalistycznego wampira z rozbrajającą autoironią i chociaż nie do końca pojąłem, czy mamy tu dziwną odskocznię od realizmu, czy też pewien zabieg symboliczny, to ten motyw utknął mi w głowie. Świetnie wypada też Odessa A’Zion w roli Rachel Mizler – każda kolejna scena z nią odkrywa coś nowego w tej postaci, dodaje jej pikanterii i głębi. A już nieco autoironiczny powrót Gwyneth Paltrow jest zaskakująco trafny i odświeżający. No i ping-pong – pozornie absurdalny motyw, który Safdie wykorzystuje jako metaforę rywalizacji, kontroli i iluzji mistrzostwa.
Trudno mi wskazać realne słabości „Wielkiego Marty’ego”. To film, który nie każdemu przypadnie do gustu, ale w swojej wizji jest bezkompromisowy i konsekwentny. Nie pamiętam, kiedy ostatnio screwball comedy miała w sobie tyle gniewu, smutku i prawdy o ludzkiej naturze.
OCENA: 9
PODSUMOWANIE: Jeśli to ma być jeden z filmów roku – poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. A jeśli to ma być droga Timothéego Chalameta po Oscara – trudno wyobrazić sobie mocniejszy start.
Czytaj dalej
-
1Przetestuj nowego goblina. Styx: Blades of Greed dostał wersję demo i ruszyły zamówienia przedpremierowe
-
Weteran BioWare ma plan na Anthem. Potrzebuje tylko 10 milionów dolarów i lokalnych serwerów
-
Wyciekła data premiery Forzy Horizon 6. Pakujcie walizki, bo do Japonii wybierzemy się lada moment
-
2„EA obrywa bardziej, niż na to zasługuje”. Reżyser Split Fiction broni Electronic Arts i chwali współpracę z firmą
