Kryzys nabiera rozpędu. Problem z ropą i helem może przełożyć się na ceny Nintendo Switcha 2
Nintendo Switch 2 jest chyba ostatnim sprzętem, który jeszcze trzyma się na placu boju – i jak do tej pory utrzymuje cenę z czasu premiery. To jednak, według byłego menadżera sprzedaży Nintendo, nie jest stan, który potrwa wiecznie. Podwyżka jest nieunikniona – rosnące ceny ropy, konflikt w Iranie i globalny niedobór komponentów, napędzany przez sztuczną inteligencję, nieco przyspiesza decyzję.
Były pracownik Nintendo, który występuje anonimowo jako „Sean” powiedział wprost w podcaście Kit & Krysta, że jest nieuniknione: cena Switcha 2 będzie musiała wzrosnąć właśnie przez te trzy czynniki. Nintendo walczy trochę w sądzie z administracją Trumpa, ale cła na towary z Chin i Wietnamu (gdzie produkuje się większość sprzętu japońskiego giganta) znacząco podnoszą koszty. Firma musiała już nawet opóźnić przedpremierowe zamówienia, żeby trochę zmitygować sytuację.
Centra danych z kolei pożerają pamięć DRAM jak szalone. Ceny wystrzeliły w górę, w niektórych przypadkach nawet o kilkaset procent. Nintendo zapewniało, że monitoruje sytuację i być może dałoby się uniknąć katastrofy, gdyby wszystkie trzy czynniki nie złożyły się na siebie.
Najmniej oczywistym, ale kluczowym problemem jest wojna z Iranem. Poza wzrostem cen ropy (czyli transportu) problemem może stać się przerwa w dostawie helu produkowanego na Bliskim Wschodzie, niezastąpionego w produkcji półprzewodników i płytek krzemowych używanych w konsolach i kartridżach.

Nintendo będzie próbowało łagodzić cios: na przykład poprzez tańsze cyfrowe wersje gier, co ma uczynić podwyżkę cen nieco bardziej znośną. Firma czerpie też zyski z gadżetów, praw autorskich, filmów i parków rozrywki.
W Polsce konsola kosztuje teraz koło 2200-2400 złotych. Podwyżka na rynku amerykańskim mogłaby przełożyć się na dodatkowe 200-400 zł u nas.
Podwyżka – być może wcale nie pierwsza – pozostaje więc kwestią czasu w świecie, który staje się stopniowo coraz mniej stabilny. I na razie, dzięki tym konsolom i grom, mamy jeszcze gdzie uciec przynajmniej w naszych głowach. Przynajmniej, dopóki nas na to stać.
Zawsze uwazalem, ze gamedev i generalnie IT nie optymalizuje nalezycie swoich gier i ich soft straszliwie marnotrawi zasoby, jest zbyt ciezki i malo oszczedny.
Wystarczy popatrzec co jest na smartfonach, jaki tam jest soft wazacy np do 100 MB i jak wygladaja i dzialaja gry na jakiej nocy obliczeniowej.
Jakby zwykly gamedev przykladał sie do swojej pracy jak ci od mobilek, to dzisiejsze wymagania gier mozna by podzielić przez dwa albo i trzy w przypadku indyków.
Dobrze zoptymalizowane gry smigaja w 60 fpsach na steamdecku, a zle, np coż ledwo dzialaja i gamedeveloper cynicznie przekazuje, nie dziala kup nowy sprzet, a pozniej zdziwiony, ze ludzie nie zmieniają sprzetu, a wybieraja inne gry i dostaje wypowiedzenie.
Wystarczylo nie byc raz idiota, dwa, uczciwie pracowac i obnizac wymagania jak sie tylko da, zeby mogl gre kupic kazdy, nawet ten z integralna karta graficzna w procesorze.
Ostatnio właśnie pod to kupiłem steamdecka, najsłabszego, ale kurde, trochę sobie pograłem i mi się znudził, ot starość gracza, pozostaje być boomerem i bić pianę w giereczkowych dyskusjach o tym że kiedyś to było, bo dla mnie teraz już nie ma, chyba że mi zapiszą psychiatrzy terapię litem albo aerozole z ketaminą =) .
Nie rozumiem po co się tak rozdrabniać. Podnieść wszystko do $1000USD, w polsce do 7000zł i będzie spokój. Nie chcesz? Nie kupuj. 😀