Nie możesz ekranizować gry, jeśli nie jesteś jej fanem. Twórca filmowego „Resident Evil” o szacunku do materiału źródłowego

Nie możesz ekranizować gry, jeśli nie jesteś jej fanem. Twórca filmowego „Resident Evil” o szacunku do materiału źródłowego
Czy można nakręcić dobrą ekranizację gry, jeśli nigdy się w nią nie grało?

Już w tym roku na ekrany kin wejdzie nowa ekranizacja Resident Evil, tym razem wyreżyserowana przez Zacha Creggera, twórcy znakomicie ocenianych horrorów „Barbarzyńcy” i „Zniknięcia”. W jednym z wywiadów filmowiec powiedział, że od lat gra w gry z tej serii, a wręcz ma na ich punkcie obsesję. Czy to właśnie będzie kluczem do sukcesu?

Trudno stwierdzić, gdyż Paul W.S. Anderson, który stał za kamerą poprzednich ekranizacji z Millą Jovovich, również jest zapalonym graczem, a jednak jego filmowa wizja daleko odbiegała od materiału źródłowego i traktowała gry z serii Resident Evil raczej jako luźną inspirację. Mimo to w podcaście Chrisa Plante’a Post Games śmiało mówi o tym, co jest najważniejsze podczas przenoszenia świata gry na wielki ekran – a mianowicie „bycie fanem”:

Uważam, że bycie fanem jest dla mnie kluczowe. Zawsze mnie szokuje, gdy reżyserzy udzielają wywiadów przy okazji filmu na podstawie gry, i rzucają: »No, właściwie to nigdy w to nie grałem«. Przecież to skandal! Czy ktoś adaptowałby »Wojnę i pokój«, mówiąc: »Wiesz, nigdy nie czytałem książki; mam scenariusz i to mi wystarczy, nakręciłem to, a oryginał mnie nie interesuje«? Ignorowanie świata, w który fani zainwestowali setki godzin, dni i miesięcy swojego życia, uważam za przejaw braku szacunku. Dlatego dla mnie niezwykle ważne jest, aby osoby biorące się za ekranizację miały realną świadomość tego, co przenoszą na ekran. I dodałbym, że równie istotna jest estetyka.

CD-Action Switch magazyn banner

Może i Anderson nie trzymał się kurczowo fabuły poszczególnych odsłon, a jego autorska wizja momentami ocierała się o absurd, ale nie można mu odmówić jednego: w jego filmach znajdziecie mnóstwo mrugnięć do graczy. Okazuje się, że filmowiec dba o to, aby jego ekipa również zapoznała się z materiałem źródłowym:

Zawsze pilnuję, żeby scenografowie, z którymi pracuję, grali w daną grę albo chociaż oglądali gameplaye. Muszą wiedzieć, jak to wygląda. Operator z kolei musi czuć, jak porusza się tam kamera. W wielu grach rzut z góry, ten siatkowy układ pomieszczenia, jest szalenie istotny. (…) Dbam o to, by cała ekipa tym przesiąkła. Dzięki temu, jeśli jesteś fanem, czujesz, że DNA gry jest wpisane w film, który oglądasz. Myślę, że to buduje duży kredyt zaufania u widzów.

Reżyser podkreśla jednak, że kluczowym aspektem każdej ekranizacji gry jest szacunek do marki – bez tego nie można nakręcić dobrego filmu. Trzeba pamiętać co ona sobą reprezentuje i w jakim gatunku filmowym najlepiej się sprawdzi: 

Dla mnie mechanika adaptowania gier sprowadza się do zasad, które wypracowałem dawno temu. Szacunek do marki i zrozumienie tego, co daje ludziom sama gra. W przypadku Resident Evil była to czysta adrenalina ze strzelania, ale też strach. Dlatego musiałem zrobić horror. Pamiętam, jak grałem w Resident Evil i psy po raz pierwszy wskoczyły przez okno, a kontroler do PlayStation zawibrował. Omal nie wyskoczyłem ze skóry.

Czy nowa ekranizacja Resident Evil zachowa szacunek dla materiału źródłowego? Zobaczymy, bo Zach Cregger dawno już zapowiedział, że jego widowisko nie będzie podążało za żadnym z głównych bohaterów poprzednich odsłon serii. To nie oznacza jednak, że fanów czeka kolejna luźna wariacja w stylu filmów Paula W.S. Andersona. Premiera zaplanowana jest na 18 września.

Tymczasem już jutro, 27 lutego, gracze powrócą do tego mrocznego świata za sprawą gry Resident Evil Requiem. Jesteście ciekawi, jak wypadła nowa gra Capcomu? Zachęcamy do zapoznania się z naszą recenzją.

2 odpowiedzi do “Nie możesz ekranizować gry, jeśli nie jesteś jej fanem. Twórca filmowego „Resident Evil” o szacunku do materiału źródłowego”

  1. Hah, rozum i serce może tak podpowiadać, jednak są jeszcze wymagania producentów oraz prosta matematyka, że 'produkt musi się sprzedać, generować zyski’.
    Oczywiście, że fani – w tym wypadku gry – mają swoje oczekiwania, zostawili masę godzin i serca w danej produkcji, ale rzadko kiedy (w ogóle?) zdarza się sytuacja, że film to wierna adaptacja.
    Nie zliczę na ilu filmach i serialach się rozczarowałem. Jest jednak różnica: rozczarować się bublowatym FarCry Uwe Bolla, a patrzeć jak wielkie przedsięwzięcie pod tytułem Wiedźmin wywraca na głowę wszystkie założenia i dosłownie niszczy przesłanie i świat, jaki prezentowała gra.
    Jeśli miałbym wybrać jedną – imo – dobrą konwersję gra -> film, to chyba byłby to stary jak świat Mortal Kombat z 1995. Nie dlatego, że był super, ale po prostu nie widzę lepszych alternatyw.

  2. Artur Mazurek 26 lutego 2026 o 12:30

    Nie, wcale nie musisz być fanem materiału źródłowego – wypadałoby natomiast, żebyś miał dobry scenariusz i był kompetentnym reżyserem. Paul W.S. Anderson tym pierwszym nigdy nie dysponował, a tym drugim ewidentnie nie jest, dlatego jego tworzone przez niego ekranizacje gier dzielą się na kiepskie, ale oferujące rozrywkę na przyzwoitym poziomie oraz nieoglądalne (kto przetrwał seans „Resident Evil: Ostatni rozdział” nie doznając w trakcie ciężkiego bólu głowy, może uważać się za szczęśliwca).

Skomentuj Artur Mazurek Anuluj pisanie odpowiedzi