02.11.2013
5 Komentarze

[Weekend] Krytyka przemocy w grach zaczęła się od Death Race

[Weekend] Krytyka przemocy w grach zaczęła się od Death Race
Śmierć towarzyszyła grom od lat 70. - samego początku istnienia tego medium. Nikogo to specjalnie nie dziwiło. Moralność Spacewar! czy Gun Fight nie podlegała szerszym dyskusjom. I statek kosmiczny, i szeryf muszą przecież strzelać, a akcja jest tym ciekawsza, im więcej przeciwników przyjdzie nam wyeliminować. Burza rozpętała się dopiero po wydaniu Death Race, z której bezpośrednią inspirację zaczerpnęli twórcy takich produkcji jak Grand Theft Auto czy Carmageddon.

Death Race, Death Race… gdzieś to słyszeliście, prawda? Wielu z was nazwę tę kojarzyć może z filmem z Jasonem Stathamem z 2008 roku lub jego kontynuacjami. Stanowią one niejako prequel do kultowego filmu Death Race 2000, produkcji, która – z czego sprawę zdają sobie nieliczni – miała ogromny wpływ na branżę gier.

Death Race 2000 opowiadało historię dystopijnej przyszłości Stanów Zjednoczonych, w której kryzys finansowy doprowadził do zamachu stanu, w efekcie czego władzę przejął dyktator – Mr. President. W ciężkich czasach, oprócz chleba, naród potrzebuje igrzysk – takimi igrzyskami w Zjednoczonych Prowincjach Ameryki zostały Wyścigi Śmierci, w których dotarcie do mety jest celem drugorzędnym. Punkty zdobywa się przede wszystkim za brutalne wyłączenie rywali z wyścigu, dodatkowe natomiast… za zabijanie przechodniów. Punktacja zależna jest od wieku ofiary, przy czym najwyższą ilość otrzymuje samochód, który potrąci kogoś w wieku emerytalnym, zdejmując z barków państwa konieczność utrzymywania osoby niezdolnej do pracy.

Taki scenariusz nie wywołał fal protestów – zagwarantował sobie natomiast recenzje w czołowych dziennikach i czasopismach. We wszystkich zaznaczana była brutalność filmu, co napędziło sprzedaż biletów. Produkcja zrealizowana za 300 tysięcy dolarów zarobiła 5 milionów i wymościła sobie wygodne i niezbywalne miejsce w historii kinematografii.

death-race-200_175br.png

Na sukcesie Death Race 2000 zarobić postanowiło amerykańskie studio Exidy, które w 1976 roku wydało nielicencjonowaną grę, bezczelnie zatytułowaną po prostu „Death Race”. Skorzystanie z fali popularności filmu przysporzyło twórcom niemałych kłopotów… i jeszcze większych korzyści z nich płynących.

Trzeba pamiętać, że mówimy o latach 70. ubiegłego wieku. Grafikę z ówczesnych produkcji ciężko dziś nazwać fotorealistyczną. W grze od Exidy gracz sterował samochodem, a jego zadaniem było rozjeżdżanie najprostszych na świecie stickmanów – ludzików z kilku kresek. Ludziki te wcale nie miały jednak przedstawiać przechodniów. Twórcy utrzymywali, że w Death Race polujemy na gremliny. Mimo tego, odbiorcy wiązali grę bezpośrednio z filmem, co rozpoczęło falę kontrowersji.

Nie pomogły zapewnienia Exidy, że zbieżność nazwy i motywu pomiędzy ich produkcją i hitem filmowym sprzed roku jest przypadkowa. Nie pomogły reklamy, wyraźnie zaznaczające, że rozchodzi się o gremliny, a nie obywateli Stanów Zjednoczonych. Na nic zdała się pełna potworów grafika widoczna na automatach. W świadomości społeczeństwa amerykańskiego Death Race pozostało „grą o rozjeżdżaniu niewinnych ludzi”.

death-race-gra_175br.jpg

Ale jak to, spytacie, przecież to nielogiczne – Death Race było tylko ubogą wizualnie produkcją, opartą na dodatek na filmie, którego istnienie nie spowodowało masowego oburzenia. Poza tym już w latach 70. – jak wspomniałem wcześniej – przemoc w grach była czymś zupełnie normalnym.

Jedną z zasadniczych różnic pomiędzy filmem a grami, nie tylko w świadomości rodziców sprzed 40 lat, ale i dzisiejszych, byli adresaci. Podczas gdy naturalne było, że niektóre produkcje kinowe nie zostały przeznaczone dla młodzieży, społeczeństwo uważało, że odbiorcami gier są dzieci. Nie można też zapominać o argumencie przywoływanym w dyskusji na temat przemocy w grach do dzisiaj – interaktywności. Oglądając film, siedzimy z boku, jako publiczność – możemy ocenić zachowanie postaci pozytywnie lub negatywnie. Grając w Death Race od Exidy, stawaliśmy się katami.

Wspomniałem, że w grach zabijano już wcześniej. Tym, co wyróżniało w tej kwestii Death Race, był kontekst. Gry wojenne (podobnie jak te stylizowane na western) doskonale wpasowywały się w obraz „przemocy koniecznej”. Dopóki gracz był po stronie „dobrych, niosących pokój bohaterów”, wszystko było w porządku. Ponadto, we wczesnych tego typu produkcjach nie strzelało się do ludzi – celami były zazwyczaj czołgi, samochody czy helikoptery. Żywe istoty prowadzące te pojazdy mogły pozostawać gdzieś w domyśle, nie były jednak przedstawiane w formie graficznej. Tłem Death Race – według odbiorców, nie twórców – była natomiast ulica, jeżdżąc po której dzieci masakrowały niewinnych przechodniów. Nad ich prymitywnym wyglądem nikt się wtedy nie zastanawiał – pamiętacie, jak realistyczna była kiedyś Contra?

Gdyby nie sandboksowość GTA, pozwalająca nam na bieganie po ulicach ze spluwą, handlowanie używkami i kradzież samochodów, seria nie byłaby tak popularna. Podobnie było w przypadku Death Race – kontrowersje krążące wokół produkcji studia Exidy nie pogrążyły twórców. Wręcz przeciwnie – zapewniły im rozgłos, co zresztą wielokrotnie przyznawali w późniejszych wywiadach. Reakcja na ten tytuł odbiła się głośnym echem na całej branży, a motywy w nim zawarte przetrwały do dziś. 40 lat później nadal rozjeżdżamy ludzi. I nadal nie podoba się to wielu strażnikom moralności.

5 odpowiedzi do “[Weekend] Krytyka przemocy w grach zaczęła się od Death Race”

  1. Dawid „spikain” Bojarski 1 listopada 2013 o 13:18

    Śmierć towarzyszyła grom od lat 70. – samego początku istnienia tego medium. Nikogo to specjalnie nie dziwiło. Moralność Spacewar! czy Gun Fight nie podlegała szerszym dyskusjom. I statek kosmiczny, i szeryf muszą przecież strzelać, a akcja jest tym ciekawsza, im więcej przeciwników przyjdzie nam wyeliminować. Burza rozpętała się dopiero po wydaniu gry Death Race, z której bezpośrednią inspirację zaczerpnęli twórcy takich produkcji jak Grand Theft Auto czy Carmageddon.

  2. Wielu strażnikom moralności nigdy się to nie spodoba. Nie myślą o tym, że same gry nie stanowią zagrożenia dla psychiki, pod warunkiem, że nie żyje się tylko tym. Nie myślą też o tym, że większe zagrożenie stanowi maltretowanie przez rodziców, czy tylko ich problem z alkoholem. Niestety, to się nie zmieni. Dla wielu gry to zło, a dla niektórych nawet dzieło Szatana. Jak Harry Potter. Głupców nie sieją, sami się rodzą.

  3. wyprawy krzyżowe też przez gry przecież xD śpieszmy się kochać debili…

  4. @Fugor: Niby czemu? Oni tak szybko nie odchodza – jakby odchodzili, to gazety przestalyby pisac o mordujacych grach te 30 lat temu…

  5. IMO problem leży w tym, że ci obrońcy moralności myślą, że gry to zwykła zabawka DLA DZIECI. Ale od czego są znaczki PEGI… Widziałem, że niektórzy po tych oznaczeniach wnioskowali poziom trudności gry…

Skomentuj Fugor Anuluj pisanie odpowiedzi