„Wiele osób uważa, że wykonuję dobrą robotę”. Reżyser „Powrotu do Silent Hill” marzy o kolejnej ekranizacji, ale box office jest bezlitosny
Niektórzy twórcy mają spory problem z trzeźwym spojrzeniem na swoje dzieła i nawet gdy tworzą najgorszy szajs, pozostają przekonani o swojej wielkości i nieomylności. Problem został doskonale zobrazowany np. w serialu komediowym „Garth Marenghi’s Darkplace”, którego tytułowy bohater – autor tanich, kiczowatych horrorów – przekonuje, jak przełomowym wydarzeniem była ekranizacja jego powieści i choć efekty specjalne nie zawsze domagały, głębia jego opowieści broni się sama. Ale takich przypadków nie brakuje też oczywiście w prawdziwym świecie i zdaje się, że właśnie dołączył do nich Christophe Gans.
Francuski reżyser udzielił bowiem wywiadu portalowi Variety, w którym opowiada o swoim najnowszym dziecku, filmie „Powrót do Silent Hill”, czyli ekranizacji kultowego Silent Hilla 2. W pierwszej kolejności wspomina okoliczności tworzenia swojej poprzedniej adaptacji serii, czyli całkiem cieple przyjętego obrazu z 2006 roku. Filmowiec od początku zdawał sobie sprawę z tego, przed jak trudnym zadaniem stanął, biorąc się za przenoszenie na wielki ekran tak kultowej produkcji otoczonej gronem wręcz fanatycznych miłośników.
Zdaję sobie sprawę, że fani gier wideo to bardzo zaangażowani ludzie. Pamiętam, że gdy robiłem pierwszy film z tej serii, dostawałem mnóstwo gróźb śmierci. Ludzie ostrzegali mnie, że jeśli sknocę robotę, znajdą mnie. Podchodziłem więc do pierwszej ekranizacji z wielką odpowiedzialnością, a do tej drugiej – z jeszcze większą. Jednocześnie przykładałem wagę do tego, jak będą odbierać ją osoby, które nie znają gier.
No i nie da się ukryć, że „Powrót do Silent Hill” budził poważne wątpliwości w społeczności graczy oraz fanów marki Silent Hill już od pierwszych trailerów. Gans przedstawia w rozmowie kilka ciekawostek zza kulis: film miał podobno kosztować 23 mln dolarów i zajął 50 dni zdjęciowych na 67 planach. Reżyser przekonuje, że był doskonale przygotowany do przedprodukcji i przykładał dużą wagę do każdego szczegółu, ale chyba większość widzów i recenzentów nie podziela jego entuzjazmu…
Tym bardziej uderza jego ostatnia wypowiedź, w której zdaje się być wciąż przekonany co do tego, jak doskonale poradził sobie z ekranizacją Silent Hilla 2. Mało tego, ma nadzieję na adaptację kolejnej części serii.
Jeśli tylko będę miał okazję, powrócimy do Silent Hill raz jeszcze. Silent Hill to dla mnie nie tylko świetna gra wideo. To dzieło sztuki współczesnej. Coś naprawdę mrocznego i eksperymentalnego. Zaadaptuję kolejną część, ponieważ niektóre z nich są porażająco dobre i zupełnie inne niż dotychczasowe filmy. Lubię ten świat i widzę, że wiele osób uważa, iż wykonuję całkiem dobrą robotę.
Co do tego ostatniego nie byłbym wcale taki przekonany i tak się składa, że mam nawet konkretne liczby na poparcie takich wniosków. Znamy już bowiem wyniki box office z pierwszego weekendu wyświetlania „Powrotu do Silent Hill” i wygląda na to, że film zarobił w samych Stanach Zjednoczonych zaledwie 3,2 mln dolarów. To grosze w porównaniu do pierwszej ekranizacji Silent Hilla z 2006 roku (która zarobiła w analogicznym czasie ponad 20 mln dolarów), a nawet powszechnie zjechanego sequela (ok. 8 mln dolarów).
Jeśli jesteście ciekawi, jak tym razem wypadły przenosiny Silent Hilla na wielki ekran, stanowczo odradzam seans. Szkoda czasu, nerwów i pieniędzy. Przeczytajcie recenzję Huwera, żeby przekonać się dlaczego.

Jakim trzeba być ślepym, żeby nie widzieć jak tandetnie i plastików to wszystko wygląda.
Toż to stare Power Rangers są mniej plastikowe i bardziej mroczne niż ten jego „horror”, który stworzył chyba dla mentalnych lalusiów co to się własnego cienia boją, niż dla fanów serii.
W zeszły weekend obejrzałem SH z 2006 i kurde.. To mój avatar wyjęty z tego filmu, ma więcej klimatu niż to co on teraz pokazał.