4
5.05.2022, 15:25Lektura na 6 minut

Wolfenstein 3D, czyli moje piękne, szare dzieciństwo

Różne są doświadczenia formujące. Najczęściej okazywały się nimi nie zaplanowane przez rodziców wyprawy do muzeum w celu spotkania Piękna, lecz biorące nas z całkowitego zaskoczenia eskalacje przemocy i erupcje erotyzmu. W kwestii tych pierwszych wstrząs mózgu gwarantował Wolfenstein 3D.


Barnaba „b-side” Siegel

Kiedy moi świetni koledzy, bracia, mieli Atari, u mnie królował pożyczony Pegasus. Jako siedmioletni szczyl nie rozumiałem różnic sprzętowych, ale podskórnie czułem wyższość dostojnej maszyny od chowanej do szafy szarej skrzynki z podrabianym Famicomem. Nie to, że się wstydziłem, ba, byłem cholernie dumny, że gram na tymże sprzęcie. Ale różnica klas szybko stała się dla mnie jasna, gdy dostrzegłem nawet nie tylko technologiczną różnicę, ale też rzeczy, w które na pececie można grać.

Spędziłem dziesiątki godzin przed telewizorem, cisnąc w Contrę, Super Mario Bros., Bombermana czy Tanki. Przecierałem patrzały ze zdumienia, gdy odpalałem mangową piłkę nożną ze „Złotej czwórki” lub „Żółwie Ninja” (a dokładnie TMNT II), a jednak widok (i dźwięki!) takiego pecetowego Prince of Persia były na początku lat 90. trochę jak włożenie okularów 3D.

Prince of Persia
Prince of Persia

Ale nic nie mogło równać się z przełomem, jakim okazało się zagranie w Wolfensteina 3D.


Do the Revolution

W moich aktualnie 35-letnich oczach krytyka growego Wolfensteina 3D to jeden z najważniejszych obiektów muzealnych w skrzydle ze strzelankami czy – szerzej – grami akcji. Punkt widzenia chłopaczka z wczesnej podstawówki był oczywiście całkowicie inny, nietknięty górnolotnymi spostrzeżeniami, ale oba podejścia do tytułu mają jeden wspólny mianownik – „patrzyło się z oczu”.

Bo perspektywa potrafiła porządnie zryć beret: czy to mówiąc o początkach ogarniania odległości i stosownej do niej wielkości obiektów w czasach na przełomie średniowiecznego i renesansowego malarstwa, czy to wpatrując się w labirynty Mauritsa Cornelisa Eschera (albo grając dziś w inspirowane jego twórczością Monument Valley). Ale przeskok z wszechobecnego i podstawowego, wręcz „bazowego”, rzutu 2D na oglądanie świata w perfekcyjnej wówczas imitacji trójwymiaru (z perspektywy bohatera) był jak wejście do wirtualnej rzeczywistości. „Rewolucja jak z mono do stereo”, cytując klasyków polskiego rapu. Doświadczenie tak potężne, że będzie moją kombatancką opowieścią „z dzieciństwa taty” przekazaną w odpowiednim czasie synowi, jak trzymane w starej skrzynce żołnierzyki i styropianowe samolociki.


Pierwsza krew

Nie mam wątpliwości, że każdy swoje „doświadczenia formujące” wyostrza do granic możliwości, doszukując się we wszystkich aspektach dzieła geniuszu twórców. I tak samo zrobię ja, bo chociaż dziś nie chciałbym spędzić przy Wolfensteinie 3D więcej niż kwadransa, wystarcza nawet taka chwila, żeby dawne emocje uderzyły mnie z siłą dzwonu.

A wspomnienia pochodzą jeszcze sprzed rozpoczęcia gry, gdy koledzy albo któryś z ich ojców wykonywali iście hakerskie triki, tj. przełączali się między folderami w Nortonie lub MS-DOS. Druga opcja była jeszcze bardziej magiczna, a ja z czasem przyswoiłem tępe wklepywanie różnych formułek, by w końcu móc wystukać na klawiaturze jednym palcem „wolf3d.exe”, pacnąć Enter i po chwili chrząkań komputera wiedzieć, że wszystko zaskoczyło.

Wolfenstein 3D
Początek Wolfensteina 3D. Screen: wolfenstein.fandom.com

I jeszcze zanim wzięło się niemiecki pistolet do ręki, ekscytacja sięgała zenitu przy wstępnych menusach czy opcji wyboru trudności (również kosmiczna koncepcja w oczach dzieciaka)… a także oglądając Ten początek. Zamiast łagodnie wprowadzić nas w świat gry, jak to się dziś robi, id Software wjeżdża na grubo jak w ambitnym filmie wojennym. Szare więzienie, szara cela, szary świat i kolorowy trup nazisty skąpany w kałuży krwi.

Podczas gdy w podglądanych tu i ówdzie klasykach „męskiego kina akcji” pokroju „Rambo” trzeba było mocno naczekać się na „pierwszą krew”, w grze dostawaliśmy flakami w twarz na samym starcie. „Chcecie zabijać? Proszę bardzo. Pierwszego gościa załatwiliśmy za was, kolejnych 999 rozwalicie samodzielnie”. A kto grał w Wolfensteina 3D chociaż przez minutę, ten wie, że następny Niemiec padał dosłownie kilka sekund później – o ile tylko opanowaliśmy sztuką celowania przy pomocy klawiatury (diabelsko trudną dla kogoś, kto nigdy nie poruszał się po wirtualnym trójwymiarze).


Szarobura perfekcja

Wolfenstein 3D był wówczas jak festiwal gore, prawdziwy spektakl brutalności konsumowanej w radosnym napięciu, które generowało zarówno obrazy, jak i poczucie, że robi się coś nie do końca legalnego, jak podpijanie piwa w krzakach na podwórku czy słuchanie Liroya. I jakże pięknie to napięcie podtrzymywały wszystkie doznania audiowizualne fundowane przez grę. Głuche walnięcia rozsuwających się automatycznie drzwi. Przesterowane, złowieszcze okrzyki hitlerowców. Zniekształcone szczeknięcia pędzących ku nam owczarków niemieckich…

Ale cały ten arsenał wywołujących dreszcze motywów był też pięknie rozwijany przez iście dziecięcą przygodę, jaką oferowały te wszystkie plansze-labirynty. Może „otwarty świat” wywróciłby mózg do góry nogami „jeszcze bardziej”, ale dziś wydaje mi się, że koncepcja labiryntu oddana tak dosłownie była tym, co idealnie mogło trafić do głowy mojej i moich rówieśników. Labiryntami były proste gry planszowe, labiryntem była „Magia i Miecz” (aka „Talisman”), labirynt był idealnym wzorem do narysowania na kartce papieru, gdy z nudów zaczynało się bazgrać własne pomysły na gry… To perfekcyjna idea, w której mógł się odnaleźć młody poszukiwacz przygód i eksplorator.

Wolfenstein 3D
Wolfenstein 3D

A skoro labirynt, to muszą być skarby. O rany, chyba nigdy w życiu żadna inna gra nie dała mi takich dawek endorfiny przy odkrywaniu sekretów co Wolfenstein 3D (a poszukuję podobnej radości z dziecięcą wręcz swadą po dziś dzień). Ten pierwszy skarb ukryty we wnęce za zbroją, ten kosmiczny dźwięk zgrzytów swoją ośmiobitowością tylko podbijający wrażenia, gdy potężny betonowy blok przesuwał się w głąb planszy. Odgłosy towarzyszące zbieraniu skarbów – chociaż brzmiały jak wyjęte z wesolutkiego platformera – były nie mniej przejmujące i dostarczały pełnej satysfakcji z tak naprawdę pozbawionego sensu nabijania licznika punktów.


Epilog

Ani razu nie przeszedłem Wolfensteina 3D i nigdy tego nie zrobię. Po latach zrozumiałem, że większość rzeczy, za jakie cenię tę grę, to jednocześnie elementy, których nie mogłem w niej polubić. Przykładowo to, że całość stanowiło kilka epizodów składających się z coraz bardziej krętych, ale jednocześnie mocno do siebie podobnych labiryntów. Nawet ta (prawie) trójwymiarowa rewolucja nie była w stanie przekonać mnie do tego, by wytrwać w grze dłużej niż godzinę.

Gdy poznawałem Wolfensteina, na rynku były już nowsze gry. Nie przerabiałem ich chronologicznie, nie czytałem żadnych magazynów, wszystko odbywało się z przypadku. Dooma (czy „jedynkę”, czy „dwójkę” – nie mam pojęcia) widziałem u jakichś dalekich kuzynów za granicą. Doznałem wtedy kolejnego szoku, w który tym razem wprawiły mnie kolory i przedziwne spluwy wyglądające jak realizacja najbardziej mokrych marzeń głowy wypełnionej obrazkami z kreskówek. Tym bardziej trudno było wrócić do płaskich plansz i świata oferującego trzy bronie palne (a w zasadzie to jedną, tylko o różnej szybkostrzelności).

Doom
Doom

Każda produkcja ma swoje miejsce w historii gier. Jednym udało się zrealizować pomysły, które okazały się ponadczasowe, inne rzadziej wyciąga się z muzeum, lecz nadal są w nim żelaznym punktem każdej wycieczki. Ale Wolfenstein 3D nigdy nie będzie dla mnie tylko obiektem w gablocie, dziś wspomnienia z szaroburego bunkra pozostają równie mocne co 30 lat temu.

PS Koniecznie przeczytajcie tekst obszerny tekst "Mac Abry" o historii powstania Wolfensteina 3D!

Redaktor
Barnaba „b-side” Siegel

W CDA od czerwca 2021, jestem szefem działów recenzji i publicystyki. O gierkach piszę od 2002 roku: gazetka szkolna, fansite'y, Play, Komputer Świat Gry, Gamezilla, Gamikaze, Rzeczpospolita, Gazeta.pl, Pixel, gry.wp.pl. Byłem redaktorem naczelnym Polygamii. Poza grami pielęgnuję kolekcję kilku tysięcy CD, winyli i kaset, piszę recenzje do magazynu Jazz Forum i prowadzę muzycznego peja The Seventies.

Profil
Wpisów51

Obserwujących13

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane