36
8.10.2013, 17:00Lektura na 6 minut

Beyond: Dwie dusze ? recenzja cdaction.pl

Gra znanego twórcy, gwiazdorska obsada, trzy lata prac doświadczonego studia i mechanizmy, które doskonale sprawdziły się w Heavy Rainie – taka mieszanka powinna gwarantować znakomite recenzje, sukces i miliony sprzedanych egzemplarzy. Powinna – ale czy faktycznie gwarantuje? Recenzja cdaction.pl!


Maciej „MQc” Kuc

Beyond: Dwie dusze
Dostępne na: PS3
Wersja językowa: polska (pełna)

Na początek pozwolę sobie na parę słów o sobie. Lubiłem Heavy Raina i nie przeszkadzało mi w ogóle to, że był on jedną, długachną sekwencją QTE. Bardzo lubię też Willema Defoe („Pluton”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”), a Ellen Page („Juno”, „Incepcja”) wręcz uwielbiam. Beyond jednak mnie zawiódł. Po Davidzie Cage’u oczekiwałem czegoś znacznie lepszego – miał ogromny kredyt zaufania po sukcesie Heavy Raina i naprawdę mógł wejść z Beyondem na salony nie tylko growe, ale i filmowe (no, częściowo mu się to udało...). Po cichu miałem nadzieję, że rozdająca Oskary Akademia po zobaczeniu najnowszej gry Quantic Dream stwierdzi, że czas wreszcie przyznawać złotą statuetkę również za takie dzieła. Nic z tego.

Czas przy Beyond upływa miło i bezboleśnie. Historię można śledzić od początku do końca praktycznie bez wstawania sprzed ekranu – te około 8 godzin mijają szybko i bez większych zgrzytów. Kłopoty zaczynają się jednak dopiero po obejrzeniu długich napisów końcowych, które dają okazję, żeby się zastanowić: no dobra, kurde, ale co ja tak naprawdę właśnie zobaczyłem? O co tu chodziło? Czemu relację Jodie z tamtym gościem były takie, a nie inne? Dlaczego te dzieciaki się tak zachowywały? Po co w ogóle była cała sekcja w Navaho? Jak to się stało, że...

Ogromny kłopot przy recenzowaniu gry bazującej wyłącznie na historii polega na tym, że nie da się o niej pisać jednocześnie i punktując głupoty czy nieścisłości fabularne, i unikać spoilerów, tak by ci, którzy jeszcze nie grali, nie wściekli się na Bogu ducha winnego autora. Tu więc muszę się ograniczyć do ogólników.

Historia w Beyond opowiada o Jodie Holmes (w tej roli Ellen Page), dziewczynce obdarzonej dziwną mocą – jest powiązana z tajemniczą siłą, niematerialną istotą, która towarzyszy jej od narodzin. Nazywa go Aiden – to jakby duch, który potrafi wpływać na otoczenie. Umie zbić szybę i przesunąć krzesło, ale też udusić wroga czy przejąć kontrolę nad jego ciałem. Takimi zdolnościami zainteresowane jest oczywiście również CIA i specjalna jednostka powstała tylko po to, żeby badać Jodie, która jest jedynym łącznikiem między naszym światem, a tym, co leży po drugiej stronie (tytułowe beyond).

Fabułę poznajemy niechronologicznie, gra jest zmontowana podobnie jak „Pulp Fiction” – raz Jodie ma 23 lata, po chwili obserwujemy jej narodziny, by zaraz trafić do czasu, kiedy była nastolatką. Nie ma w tym niestety większego sensu i o ile niektóre rzeczy faktycznie zostały umieszczone nieprzypadkowo, to ogólne wrażenie jest takie, że reżyser ma po prostu ADHD i uznaje, że taki sposób przedstawiania historii będzie oryginalny i dynamiczny. Ma rację, szkoda tylko, że to w większości przypadków niczemu nie służy.

ADHD Davida Cage’a objawia się także w tym, w jakie miejsca rzuca on Jodie. Zwiedza ona cały świat: a to jest w Stanach, a to w Afryce, później trafia w tereny podbiegunowe. Jeździ na koniu, strzela z pistoletu, pływa łodzią podwodną – wszystko byłoby na swoim miejscu, gdybyśmy mieli do czynienia z egranizacją Bonda, a nie przygodówką. Tak jest, Beyond jest wciąż przygodówką pełną gębą. I zupełnie nie przeszkadzałby mi jej ogromny rozmach, gdyby pod tym płaszczykiem kryła się głębsza treść. Nie kryje się. Albo ja jej po prostu nie znalazłem.

Duże zastrzeżenia można mieć też do wielowątkowości fabuły. Już w Heavy Rainie irytowały mnie pewne nieścisłości polegające na tym, że postacie odnosiły się do wydarzeń, które nie miały miejsca (bo poszedłem inną fabularną drogą). Wtedy jednak zrzucałem to na karb „pierwszych śliwek robaczywek”, teraz już nie rozumiem, czemu tak się dzieje. Nie przejmujcie się jednak zanadto wyborami – te najważniejsze, faktycznie zmieniające zakończenia, przytrafiają się dopiero pod koniec. Złudzenie ogromnej liczby rozwidleń fabularnych szybko znika przy ponownym przechodzeniu gry, gdy dowiadujemy się, że czasem cokolwiek byśmy nie wybrali, scena zawsze kończy się w ten sam sposób. Sam powtarzałem niektóre fragmenty, żeby zobaczyć w sumie 6 zakończeń, a że składają się one ze zmieniających się klocków, to poznałem ich około 10. Ponoć jest ich w sumie ponad 20, ale powiem brutalnie: oddałbym je wszystkie za jedno, ale naprawdę dobre. Te, które widziałem, były takie, jak cała gra: no dobra, fajnie, ale dlaczego...

Mechanicznie Beyond to Heavy Rain na sterydach. Postaciami poruszamy co prawda sami, ale większość czynności wymaga odpowiednio szybkiego wciskania wskazanego przycisku, ruszania całym padem albo kręcenia młynków gałkami. W sekwencjach akcji nie musimy się o nic martwić. W grze nie da się zginąć, jedyne, co nam grozi, to konieczność powtórzenia jakichś czynności i brak trofika. Peestrójkowe osiągnięcia są jedynym bodźcem zachęcającym nas do bezbłędnego wykonywania QTE. Dzięki takiemu rozwiązaniu również ludzie ze słabszym refleksem ukończą grę z łatwością, a do rozgrywki warto zachęcać też niegraczy. Cage (i za to mu chwała!) pomyślał nawet o tych, którzy boją się pada (czy ktoś już nazwał to schorzenie?). Calutką grę (tak w singlu, jak i biedaco-opie, który jest nudny i którego nie polecam) można ukończyć, sterując smartfonem lub tabletem (aplikacja Beyond Touch). Świetny pomysł i udana realizacja.

Beyond: Dwie dusze był ostatnim exclusive’em na konsolę tej generacji, na który czekałem – i trochę żałuję, że spotkał mnie z jego strony zawód. Na pewno widać go po tych kilkuset napisanych wyrazach, ale już nieco mniej po ocenie, bo w gruncie rzeczy gra jest całkiem dobra. Gdybym po wyłączeniu gry nie zaczął się zastanawiać nad masą nieścisłości i miałkości pewnych rozwiązań fabularnych, byłbym na pewno szczęśliwszy i nastawiony bardziej pozytywnie. Cóż jednak poradzić: im większe ma się oczekiwania, tym upadek bywa boleśniejszy. Na pewno jednak sam nie żałuję tych kilku godzin spędzonych z grą.

Może po prostu jestem za głupi i nie zrozumiałem?

PS W kolejnym numerze CDA będziecie mogli przeczytać obszerniejszą recenzję pióra Papkina. Którego zdanie o grze jest... Nie, nie będę spoilerował. ;)

4-/6

Plusy
- efektowna grafika
- sypie trofeami w tych, którzy sobie dobrze radzą z QTE
- bardzo przystępna
- sterowanie smartfonem czy tabletem działa bardzo dobrze
- czas przed ekranem upływa przyjemnie

Minusy
- historia nie porywa
- mnóstwo zakończeń, ale żadne naprawdę dobre
- wiele wyborów jest tylko pozornych

Redaktor
Maciej „MQc” Kuc

Z CDA związany jestem od czasów, gdy posiadanie napędu CD dawało +5 do szacunku na podwórku. Do 2016 roku byłem naczelnym, dziś gram i piszę już tylko dla przyjemności.

Wpisów131

Obserwujących0

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze