2
4.09.2022, 08:00Lektura na 7 minut

Call of the Wild: The Angler – recenzja. Wirtualne moczenie kija

Mieszkam we Wrocławiu, a jako że ostatnio ryby z Odry można wybierać tonami – wystarczy się tylko schylić – to nie pozostało mi nic innego, jak schować szpej do szafy i zabrać się za wędkowanie na ekranie komputera. Muszę przyznać, że z The Angler czasem bawiłem się nieźle, ale uważam, że na premierę było zdecydowanie za wcześnie.


Grzegorz „Krigor” Karaś

To rozrywka polegająca na wędkowaniu w otwartym świecie. Włóczymy się po gigantycznym terenie (jak w grach myśliwskich, np. niedawnym Way of the Hunter), wybieramy miejscówkę i… zarzucamy wędkę. Okazuje się jednak, że nawet tak prostą koncepcję można położyć.

Call of the Wild: The Angler
To nie VR rodem z Facebooka – choć i tu czasem postaci nie mają nóg.

W pogoni za rybą i gotówką

Eksplorowanie świata oraz wynajdywanie miejscówek i punktów szybkiej podróży grają tutaj ważną rolę – choćby z tego względu, że… pozwalają szybko kupić lepszy sprzęt. Nie ma się co oszukiwać: akcesoria, które mamy na początku, są gorsze nawet od mojej pierwszej wędki, a dostałem ją jeszcze w podstawówce. W prawdziwym życiu wyposażenie się – przynajmniej dla dorosłego, zarabiającego już człowieka – większym problemem nie jest. Tu zaś zaczynasz z lichym paździerzem, który trzeba jak najszybciej wymienić, bo nawet kilogramowa ryba sprawia duży kłopot.

Call of the Wild: The Angler
Woda w tej grze jest na ogół po prostu paskudna.

By zarobić na coś lepszego, wystarczy wsiąść w samochód i pozwiedzać okolicę. Tak czy inaczej będziemy musieli to zrobić, żeby odblokować punkty szybkiej podróży w postaci kolejnych wież obserwacyjnych, posterunków i stacji samochodowych. Po drodze możemy władzom parku zgłaszać zainfekowane drzewa i stanowiska inwazyjnych roślin, szukać atrakcji dla turystów czy nawet odczytywać dane ze stacji meteorologicznych – wszystko to powoduje, że dostajemy hajs, za który się ekwipujemy. A potem… cóż, ruszamy nad wodę.

Grając w Call of the Wild: The Angler, możemy albo po prostu łowić, albo wykonywać kolejne, już ściśle związane z rybami misje. Dzięki tym ostatnim poznajemy mapę oraz dostępne w grze gatunki zwierząt, uczymy się nowych technik i zapewniamy sobie dodatkową gotówkę. Ta jednak, podobnie jak doświadczenie, wpływa na nasze konto przede wszystkim za wyciąganie z wody kolejnych okazów.

Call of the Wild: The Angler
Interfejs raczej ładny nie jest. Ale za to czasami jest niefunkcjonalny.

Do siaty to!

Mamy do wyboru całkiem sporo szpeju (wędki, kołowrotki, przynęty, linki, haczyki itd.), aczkolwiek twórcy ograniczyli się do tych „aktywnych” metod wędkowania, ze spławikiem i bardzo szeroko pojmowanym spinningiem na czele. Kupimy wędziska spinningowe, castingowe i odległościówki. Do dyspozycji mamy jigi, obrotówki, różnej maści woblery, floatery, przy spławiku możemy zaś skorzystać z naturalnych i żywych przynęt zakładanych na hak. Generalnie więc nie ma tu niczego statycznego – czegoś, co sprawdza się nad prawdziwą wodą, ale na ekranie komputera już powodowałoby nudę.

Call of the Wild: The Angler
Irytująca sprzedawczyni w sklepie z wędkarskim szpejem.

Ryby? Gra oferuje 12 gatunków. O ile jednak sama walka ze sztuką na haczyku jest przyjemna, a system holowania zrobiono dobrze, o tyle już zachowanie zwierząt podczas brania zostało uproszczone. Albo skubną dwa razy i dopiero zaatakują, albo „rzucą się” na przynętę od razu. Napisałem to w cudzysłowie, gdyż nawet drapieżniki w The Angler nie tyle szarżują, co raczej powolutku, spokojnie podpływają do zestawu i – jeśli nie zrobimy czegoś głupiego – się wpinają, a my zacinamy (swoją drogą, zacinanie jest zabugowane, czasem nie można tego zrobić…). Owszem, takie leniwe branie i odprowadzanie przynęty czasem się zdarza, ale na ogół to rzadki scenariusz. Brakuje mi w grze większego zaczepienia w rzeczywistości oraz zróżnicowania – wszystko to, co dzieje się od zarzucenia zestawu do zacięcia, jest tutaj niestety bardzo schematyczne i nudne.


Ta gra powinna trafić do wczesnego dostępu...


Wyciągania ryb z wody po ich przyciągnięciu do brzegu lub łodzi zaś… nie ma w ogóle. Ot, ekran się przyciemnia, po czym widzimy brzydką planszę z podsumowaniem. Tyle. Szczęście, że chociaż brania są zależne od pory dnia i – chyba – pogody. Jednoznacznie tego ostatniego nie da się stwierdzić, ale takie wrażenie odnoszę.

Call of the Wild: The Angler
Interakcje z innymi graczami ograniczają się do tego, że można skorzystać z ich łodzi.

Z innymi w sieci

W The Angler da się grać samemu lub – po przestawieniu odpowiedniej wajchy w menu – w towarzystwie innych wędkarzy. Ta druga opcja jest świetnym pomysłem dlatego, że możemy korzystać z mądrości stadnej i patrzeć, gdzie pozostali moczą kija. Istnieje przecież szansa, że samą swoją obecnością losowo dobrani gracze zdradzą nam, dokąd warto się udać. Niestety jak na razie… w zasadzie na nic innego sobie nie pozwolimy. Szczytem wspólnej aktywności jest wejście razem do łódki i łowienie tam, gdzie popłynie sternik. Nie ma tu rankingów (w takiej grze?! No chyba kogoś tu zdrowo pogrzało…), nie ma możliwości zagadywania, komunikowania się pisemnie czy przekazywania informacji gestami, nie można nawet przejrzeć cudzego profilu, żeby zobaczyć, co przed chwilą ktoś złowił. Nic. Po prostu widzimy innych i co najwyżej się za nimi włóczymy. W sumie żenada – ale i tak nie przebija to… wody.

Call of the Wild: The Angler
Teren gry jest potężny z wieloma mniejszymi lub większymi miejscówkami do łowienia.

To niesamowite: robisz grę o wędkowaniu i sprawiasz, że woda w niej… jest wręcz paskudna. Bez kitu, lustra zbiorników i cieków wodnych wypadają tu na ogół fatalnie. Wyjątkami są oczywiście poranki i wieczory – no ale wtedy to dobrze wygląda niemal wszystko, zresztą nawet wówczas da się zauważyć, że odbicia straszą brzydotą, a całość często przypomina jakieś rozmyte i szaleńczo połyskliwe tworzywo. Również postacie graczy nie prezentują się dobrze. Ogółem, choć grafika ma swoje momenty, całość wygląda co najwyżej jak z poprzedniej generacji.

Call of the Wild: The Angler
Niekiedy grafika wygląda atrakcyjnie. Oczywiście pod warunkiem, że za bardzo nie patrzycie na wodę.
Call of the Wild: The Angler
A tak z boku wygląda prezentacja trofeum po złowieniu ryby. :)

Niestety na tym etapie The Angler jest grą, która bardziej przypomina wczesny dostęp, dlatego odnoszę wrażenie, że to tam powinna trafić. Braki rzucają się w oczy, błędów nie brakuje, ogółem zaś gra cierpi z powodu szeregu uproszczeń mogących zniesmaczyć nawet niedzielnego wędkarza. Szkoda. Pozostaje liczyć na to, że twórcy będą ten tytuł rozwijać tak, jak to się dzieje z Call of the Wild.

W Call of the Wild: The Angler graliśmy na PC.

Ocena

Call of the Wild: The Angler to miejscami przyjemna gra, która oddaje do dyspozycji gracza olbrzymie, zróżnicowane tereny oraz sporo sprzętu, ale – siłą rzeczy – w porównaniu do prawdziwego wędkowania jest uproszczona i pozbawiona subtelności. Nie zmienia to jednak faktu, że można się tu nieźle bawić, i to nawet pomimo kilku mniej lub bardziej istotnych wad czy multi, które zostało żenująco ograniczone. To poziom nie na premierę, a raczej na wczesny dostęp – wypuszczając grę w tym stanie, twórcy przeholowali. Bynajmniej nie rybę.

5+
Ocena końcowa

Plusy

  • gigantyczny i zróżnicowany teren do wędkowania
  • spory wybór sprzętu i akcesoriów
  • nie licząc początkowej i łatwej do obejścia biedy, na brak gotówki nie można tu raczej narzekać
  • szukanie nowych miejscówek i pogoń za największymi okazami przynosi sporo frajdy
  • dużo nienarzucających się i pozwalających poznać teren misji oraz aktywności
  • ogólnie – przyjemna walka z rybą i dobry system z tym związany
  • grafika ma mocne strony…

Minusy

  • …ale woda wygląda tu źle, a wędkarze jeszcze gorzej
  • uproszczony, nudny model zachowania ryb
  • żenująco ubogi w dodatkowe opcje tryb multiplayer
  • gra jest zabugowana
  • miejscami nieintuicyjny i pozbawiony „podpowiadajek” interfejs
  • wyciąganie ryb z wody po ich przyholowaniu zostało w zasadzie pominięte
  • ekrany prezentacji złowionej ryby i przegląd trofeów straszą biedą
  • fa-tal-ny model jazdy samochodem
  • po zarzuceniu zestawu jesteśmy przywiązani na stałe do gruntu – ani kroku w bok

Redaktor
Grzegorz „Krigor” Karaś

Gdyby mnie ktoś zapytał, ile pracuję w CD-Action, to szczerze mówiąc, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Zacząłem na początku studiów i... tak już zostało. Teraz prowadzę działy sprzętowe właśnie w CD-Action oraz w PC Formacie. Poza tym dużo gram: w pracy i dla przyjemności – co cały czas na szczęście sprowadza się do tego samego. Głównie strzelam i cisnę w gry akcji – sieciowo i w singlu. Nie pogardzę też bijatyką, szczególnie jeśli w nazwie ma literki MK, a także rolplejem – czy to tradycyjnym, czy takim bardziej nastawionym na akcję.

Profil
Wpisów222

Obserwujących20

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane