Interaktywna ballada o wchodzeniu w dorosłość. Czy Mixtape to kolejna gra 10/10? [RECENZJA]

Interaktywna ballada o wchodzeniu w dorosłość. Czy Mixtape to kolejna gra 10/10? [RECENZJA]
Wyznam szczerze – jestem chory na nostalgię. Tęsknota za minionymi latami młodości to moja duża słabość, którą opowieści o wchodzeniu w dorosłość brutalnie obierają sobie za cel. Czy Mixtape trafił mnie swoją strzałą?

Zanim odpowiem na to pytanie, kilka słów wyjaśnienia, o czym jest Mixtape. W grze wcielamy się w Stacey Rockford, która wraz z przyjaciółmi, wyluzowanym Slaterem i buntowniczką Cassandrą, próbuje spędzić idealny dzień przed wyjazdem do Nowego Jorku. Dziewczyna przygotowała na tę okazję specjalny mixtape, który ma poprowadzić paczkę kumpli przez kolejne punkty ich ostatniej przygody – śladami wspomnień aż do wieńczącej lato imprezy na plaży. 

Ulotność młodości

Brzmi banalnie, ale ta historia działa na tylu poziomach, że trudno z nią nie rezonować. Chociaż osadzona jest na styku mileniów i gdzieś na amerykańskich przedmieściach, porusza uniwersalne dla wielu młodych ludzi tematy dotyczące natury przyjaźni, lęku przed miłością czy niepewności przyszłości. Znowu – trochę klisze, jednak poprowadzone bardzo sprawnie dzięki paru rzeczom. Po pierwsze w dialogach nie brakuje nienatrętnego humoru, młodzieńczej buty oraz charakteru. Między bohaterami występuje sporo naturalnej chemii, którą czuć również dzięki doskonałym rolom aktorów i aktorek głosowych, a także ich energii i bezpretensjonalności.   

Po drugie ton produkcji nie wpada w ramy jednego gatunku. To nie jest tylko dramat ani tylko komedia, a obecność wątków onirycznych czy też z pogranicza realizmu magicznego dokłada kolejne warstwy do pewnej banalności nastoletniego życia. Uprzedzam, że całość wypada bardziej słodko niż gorzko, więc nie spodziewajcie się łamiącej serce tragedii (chociaż mnie łezka poleciała przy jednej z ostatnich scen). Po trzecie gra została cholernie sprawnie wyreżyserowana. Kamera nie boi się różnych perspektyw, dając przestrzeń tam, gdzie konieczny jest oddech, zbliżając się, kiedy potrzeba intymności, czy wyczyniając cuda, gdy postacie robią jakieś szalone rzeczy. Kolejne przejścia między scenami i ich rytm okazują się precyzyjne, przemyślane i doskonale pasujące do tego, w jakim kierunku aktualnie zmierza scenariusz.

Ze słuchawkami na uszach

I po czwarte wszystko – co nie powinno dziwić, patrząc na sam tytuł – odbywa się tu pod dyktando muzyki. Playlista Stacey wyznacza kolejne emocjonalne bity, buduje klimat, rozwija fabułę i właściwie definiuje podróż przyjaciół – zarówno od strony fabularnej, jak i tonalnej. A co leci z discmana głównej bohaterki? Między innymi Portishead, Joy Division, The Smashing Pumpkins oraz Iggy Pop… ale też Lush, Harpers Bizarre czy Rainbow. Jest eklektycznie, ale uwierzcie, absolutnie każdy kawałek sprawdza się tu znakomicie. Bo pomyślcie sobie, czy nie dzieje się tak, że muzyka często nabiera znaczenia dzięki związanemu z nią ładunkowi emocjonalnemu? Konkretne utwory przywołują konkretne momenty i twórcy Mixtape’a świetnie tym motywem zagrali.

No dobrze, a jak w zasadzie wygląda rozgrywka? Bardzo często mam tak, że w przypadku pozycji typu walking simulator, interaktywnych filmów czy narracyjnych przygodówek zadaję sobie pytanie: czy tytuł ten coś by stracił, gdyby był po prostu filmem lub serialem? W przypadku Mixtape’a początkowo myślałem, że raczej nie, ale szybko zmieniłem zdanie. Bo tak, w produkcji studia Beethoven & Dinosaur interaktywności jest stosunkowo mało. Nie sugerujcie się więc porównaniami chociażby do Life is Strange – mimo wspólnej tematyki te gry różni ton, a także rozgrywka. Mixtape to krótka (ok. 3 godz.), liniowa, w większości oskryptowana przygoda, bez możliwości porażki i bez konkretnego gameplay loopu. Co więc w niej robimy? Ot, jeździmy na deskorolce, malujemy drzwi, słuchamy dialogów (nie ma opcji do wyboru), przewijamy kasetę magnetofonową, obrzucamy dom dyrektora papierem toaletowym, ale też… fruniemy przez łąkę, uciekamy w wózku sklepowym po autostradzie czy detonujemy samochody, pokazując im środkowy palec. Wracając na chwilę do opowieści o Max i Chloe – tam gdzie Life is Strange buduje napięcie wokół wyborów i konsekwencji, Mixtape skupia się na samym doświadczaniu chwili.

Tu i teraz

No ale właśnie. To doświadczanie działa dzięki temu, że gra miesza banalność i rutynę z wyidealizowanymi, wyolbrzymionymi sytuacjami. Nie daje poczucia sprawczości, tylko osadza nas w danym momencie, w konkretnych emocjach, podkreśla te wszystkie drobne chwile, zarówno realistyczne, jak i surrealistyczne, które składają się na wspomnienia nastoletniości. Możliwość wciśnięcia kilku przycisków tu i tam sprawia, że nie śledzimy tylko czyjejś nostalgii, ale też pomagamy ją budować. Chociaż na parę minut możemy sobie przypomnieć, jak to jest puszczać kaczki nad stawem czy… ekhem… Może jednak pominę scenę pocałunku z uwagi na co wrażliwsze osoby. 

Graficznie mamy tutaj do czynienia z mocno stylizowaną oprawą, przywołującą na myśl Into the Spider-Verse, oraz z rwaną animacją, przypominającą poklatkowy film. Wyraziste kontury spotykają miękkie światło, kolory oddają ducha nostalgii, a różne filtry (od ujęć kamery po czarno białe) świetnie pomagają budować klimat późnych lat 90. Dzięki doskonałej reżyserii i obecnej niemal non stop muzyce czasami można się poczuć, jakbyśmy uczestniczyli w teledysku z epoki, który „chodzi” w rytm kolejnych kawałków, czarując oniryzmem i grając na czułych nutach wspomnień widzianych przez różowe okulary. 

Idealna składanka nie istnieje

Żeby jednak nie było zbyt pięknie – mam kilka uwag. Niektóre wątki zostały potraktowane nieco po macoszemu i zamknięte zbyt szybko – ot, byleby zdążyć przed finałem gry. Nie wszystkie postacie, szczególnie drugoplanowe, dostały też odpowiednio dużo czasu ekranowego; często sprowadza się jej do roli kukieł w tle, które zapełniają świat przedstawiony, mają jedną cechę i jedną rolę do odegrania – a szkoda, bo był potencjał na więcej. Spodziewałem się też trochę bardziej wybuchowego epilogu, ale może i lepiej, że gra kończy się tak, a nie inaczej. No i chociaż osobiście łykam cały ten klimat i otoczkę jak wygłodniały pelikan, zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy lubią tego typu historie. Co więcej, przez względnie małą interaktywność produkcja ta z pewnością odrzuci osoby, które oczekują więcej… „gry w grze”. 

Dla mnie była to jednak piękna podróż. Mixtape doskonale radzi sobie z ciężarem opowieści o nostalgii, pamięci i wchodzeniu w dorosłość, traktując ją jednocześnie poważnie, ale też z dużą lekkością, humorem i świadomością gatunkowych klisz. Dzięki doskonałej reżyserii, napędzającej całość muzyce oraz pięknie wkomponowanemu realizmowi magicznemu bawiłem się przy tym tytule naprawdę nieźle. Całość działa trochę jak rozbudowana pocztówka z ostatniego dnia lata – może i chciałoby się więcej, ale z drugiej strony wszystko, co dobre, szybko się kończy i nie zawsze jest takie, jak sobie wymarzyliśmy.

W Mixtape graliśmy na PC.

Mixtape – ocena i podsumowanie

OCENA: 8+

PODSUMOWANIE: Mixtape to krótka, ale też niezwykle stylowa i emocjonalna podróż przez wspomnienia młodości. Dzięki świetnej reżyserii, fenomenalnej muzyce i ograniczonej, ale dobrze osadzającej w emocjach interaktywności gra zmienia banalne chwile w nostalgiczne, melancholijne doświadczenie, które powinno rezonować z każdym, kto tęskni na okresem wchodzenia w dorosłość.

PLUSY:

  • gra doskonale wyreżyserowana i zmontowana;
  • perfekcyjnie dobrana muzyka, która buduje klimat i emocje;
  • naturalna chemia między bohaterami;
  • lekkość narracji i niezły, młodzieżowy humor;
  • historia pięknie oniryczna…

MINUSY:

  • …choć trochę krótka i momentami zbyt pośpiesznie prowadzona;
  • finał mógłby wybrzmieć mocniej;
  • liniowa struktura i mała interaktywność mogą niektórych zawieść.

Skomentuj