Krytyczny sukces! Recenzja Baldur’s Gate 3
Po 96 godzinach moja podróż przez Faerûn dobiegła końca. Wiem, że pędząc ku finałowi, przegapiłem wiele przygód. Wiem, że zaraz po napisaniu recenzji tam wrócę. Bo Baldur’s Gate 3 jest jak siedzący w czaszce i kontrolujący me myśli stwór. Ironiczne, ponieważ sama gra opowiada o zainfekowaniu takim pasożytem.
I tu zaczyna się właściwa gra, a ja muszę wrócić do zapowiadanego motywu przewodniego, mianowicie nieustannego wrażenia uczestniczenia w sesji prawdziwego papierowego RPG. To nie jego komputerowa namiastka ani też produkcja, która erpegowe mechanizmy wykorzystuje instrumentalnie, jak to zazwyczaj bywa w akcyjniakach. Nie, Baldur’s Gate 3 to po prostu najlepsze odwzorowanie wspaniałej sesji poprowadzonej według reguł piątej edycji Dungeons & Dragons.

Faerûn na bogato
Zacznijmy od świata. Stwierdzenie, że odznacza się pięknem i bajkowością, to truizm, zresztą przekonać się o tym może każdy, kto spojrzał na screeny. Rzecz jednak w tym, jak niewiarygodne jest „zagęszczenie” owego świata (wybaczcie, trudno było mi znaleźć inne określenie). Przyzwyczailiśmy się już pewnie do konstrukcji erpegów sandboksowych z określonymi lokacjami działającymi niczym huby questów, jakimiś lochami/jaskiniami/budynkami do spenetrowania, no i przestrzenią pomiędzy nimi, którą trzeba przemierzać, pokonując po drodze drobne niedogodności, jak ubicie paru wilków w Wiedźminie czy wymiana ognia z pustynnymi bandytami w Falloucie. To schemat, do jakiego przywykliśmy – pojedyncze, odległe wysepki wycyzelowanej treści w ogromnym morzu prostej zawartości typu kopiuj-wklej, nieraz zresztą generowanej losowo.

Ale to nie Baldur’s Gate 3. Tu cały świat jest tym rozległym i „zbitym” archipelagiem wysepek, pomiędzy którymi możemy przeskakiwać suchą stopą. Archipelagiem zaprojektowanym z największym pietyzmem. Tu każde starcie czy rozmowa jest częścią większej całości. BG3 unika za wszelką cenę „zapychaczy”, naśladując rozgrywkę z papierowego RPG również pod tym względem, że pozwala nam omijać detale podróży i przemieszczać się szybko z jednej lokacji do drugiej. Chyba że akurat uzna, iż sama podróż ma głębszy sens. Wówczas oczarowuje nas doprawdy spektakularnymi, zazwyczaj nieziemskimi (w swej fantastyczności) widokami i muzyką doskonale podkreślającą uczestniczenie w przygodzie.
Kombinuj, dziewczyno, nim twe czary przeminą
Prawie wszystko, czego doznamy, ma swoją wagę, pozornie błahe wydarzenia z aktu pierwszego zaczną rezonować w akcie trzecim. Zapomnijcie o questach w rodzaju „ubij 10 szczurów, a dostaniesz kijek należący niegdyś do mojego pradziadka”. Większość zadań, które trzeba wykonać, jest wielowątkowa i ciekawa fabularnie, a my mamy multum sposobów na ich rozwiązanie. Prawie każda walka, w jaką się wdamy, będzie autentycznym, solidnie zaprojektowanym wyzwaniem wymagającym przemyślenia kolejnych ruchów (i zazwyczaj późniejszego odpoczynku, by zregenerować siły).

Nie zabraknie też sytuacji, w których z pozoru zwykłe konwersacje, wskutek błędów czy po prostu pecha, doprowadzą do starcia zbrojnego. I – do diaska – jeśli już okaże się, że jakiś quest jest naprawdę prosty i rzeczywiście wymaga ubicia tych nieszczęsnych 10 szczurów w piwnicy, to zaraz wyjdzie na jaw, że postacie w naszej drużynie mają bardzo emocjonalne podejście do problemu gryzoni, a i same „ofiary” elokwentnie przedstawiają argumenty na swoją obronę.
Prawdziwie szokuje poziom interaktywności tego świata. Każde zadanie, zagadka i starcie ma wręcz absurdalną liczbę rozwiązań, a kreatywność jest na ogół mocno wynagradzana. Nieraz pomyślałem sobie, że za chwilę zrobię małego exploita, że zaskoczę twórców wykorzystaniem drugorzędnej umiejętności czy zaklęcia, którego użycia w danym kontekście po prostu nie mogli przewidzieć. Ale to Baldur’s Gate 3 zaskakiwało mnie, reagując tak, jak prawdziwy Mistrz Gry. I może nie dziwiłoby mnie to tak bardzo, gdyby nie rozmiar gry. Gdyby nie to, że zupełnie nieświadomie, pędząc ku zakończeniu, przeskoczyłem co najmniej 25% treści, jakie „trójka” oferowała (szczególnie w akcie pierwszym). A przecież bawiłem się w BG3 przez blisko 100 godzin!

Efekt masy
Ktoś mógłby zakrzyknąć teraz, że to wszystko prawda, ale przecież najwspanialsze w papierowym RPG jest przeżywanie przygód z innymi ludźmi. Zamierzam oponować. Nie tylko dlatego, że ludzie są przereklamowani.
Otóż spragnionym kontaktów z innym człowiekiem Baldur’s Gate 3 oferuje rozgrywkę w co-opie, na dodatek drastycznie inną od tego, czego można się spodziewać po współczesnych tytułach starających się uczynić próg wejścia do tego typu zabawy jak najniższym. W BG3 trzeba się nieco napracować, by zagrać razem, a stworzone przez grupę przyjaciół postacie zostaną powiązane z sejwem hosta. Wspólne granie musi być wspólnym graniem, a nie rozrywką na kwadrans czy dwa. Co oczywiście nie przeszkadza w tym, aby drogi znajomych się rozeszły i by eksplorowali Faerûn na własną rękę.

Ale moim zdaniem tryb kooperacji nie jest wcale potrzebny do stworzenia wrażenia, iż BG3 oferuje prawdziwą sesję RPG. Gra sięga tu po kilka naprawdę sprytnych chwytów, na czele z głosem narratorki pełniącej w kluczowych momentach funkcję Mistrzyni Gry. Przede wszystkim jednak nasi towarzysze, których będziemy werbować do drużyny (jednocześnie możemy kierować własną postacią i trzema innymi – reszta czeka w obozie), to bohaterowie z krwi i kości, o świetnie zarysowanych osobowościach, w dodatku odznaczający się dość daleko posuniętą autonomią.
Czytaj dalej
Wiceprezes Stowarzyszenia Solipsystów Polskich. Zrzęda i maruda. Fan Formuły 1, wielkich strategii Paradoksu i klasycznych FPS-ów. Komputerowiec. Uważa, że postęp technologiczny mógł spokojnie zatrzymać się po stworzeniu Amigi 1200 i nikomu by się z tego powodu krzywda nie stała. Zna łacinę, ale jej nie używa, bo zawsze kończy się to przypadkowym przyzwaniem demonów. Dużo czyta, ale zazwyczaj podczas czytania odpływa w sen na jawie i gubi wątek książki. Uwielbia Kubricka, Lyncha, Lovecrafta, Houellebecqa i Junji Ito. Przeciwnik istnienia deadline'ów na nadsyłanie tekstów. Na stałe w CD-Action od 2018 roku. Kiedyś tę notkę rozszerzy, na razie pisze pod presją Barnaby.