Mouse: P.I. For Hire – recenzja polskiego boomer shootera. Lepszej gry z myszami nie znajdziecie

Mouse: P.I. For Hire – recenzja polskiego boomer shootera. Lepszej gry z myszami nie znajdziecie
Zwykłem nie śledzić przedpremierowych zapowiedzi, bo wolę podchodzić do nowych produkcji bez oczekiwań i konkretnego nastawienia. No i najzwyczajniej w świecie lubię dać się zaskoczyć, dzięki czemu czasami spotykają mnie tak miłe niespodzianki jak Mouse: P.I. for Hire.

O grze rodzimego studia Fumi Games wiedziałem mniej więcej tyle, ile dało się wydedukować z krótkich zwiastunów oraz kilku(nastu) udostępnionych kadrów. Miałem świadomość, że będzie to oldskulowa strzelanka nawiązująca stylistycznie do filmów animowanych sprzed stu lat, czyli mniej więcej z tego samego okresu, kiedy Myszka Miki zaliczyła udany występ w „Parowcu Williem”. Innymi słowy, spodziewałem się Cupheada ze spluwami i światem obserwowanym z perspektywy pierwszej osoby, za to bez co-opa i prawdopodobnie z mniej wyśrubowanym poziomem trudności. To wystarczyło, by „Mysza” wylądowała na moim radarze, gdyż boomer shootery lubię, a do starych kreskówek mam ogromny sentyment. 

Kryminał w sosie noir

Gra Mouse: P.I. For Hire zaskoczyła mnie na kilku poziomach, nie wyłączając tego podstawowego – okazała się bowiem pozycją dużo bardziej rozbudowaną, niż naiwnie zakładałem. To nie tylko prosty akcyjniak, w którym liczy się prędkość wypluwanych pestek i celne oko. Owszem, wymiana ognia to gwóźdź programu, ale obudowano ją naprawdę imponującą zawartością.

Zacznijmy od fabuły, bo ta wykracza daleko poza normy przyjmowane za standard w tym gatunku. Wcielamy się w Jacka Peppera, mysiego detektywa urzędującego w mieście Mouseburg i w toku przygody mierzącego się z kilkoma ponurymi śledztwami. Te zaś, mimo humorystycznego wydźwięku całej produkcji, zahaczają o trudne i poważne tematy. Bohater, któremu głosu użyczył Troy Baker (tak, dobrze czytacie), konfrontuje się z umoczonymi politykami i skorumpowanymi gliniarzami, a w opowiadanej w grze historii znalazły się wątki porwań, przesiedleń i zabójstw na zlecenie.

Mouse: P.I. For Hire

W ogólnym zarysie Mouse to kryminał noir, w którym roi się od interesujących postaci, sam bohater papla jak najęty, a scenariusz naszpikowano dialogami niczym dobrą kaszę skwarkami. Dodatkowo obficie skropiono go czarnym humorem wspartym sporą ilością popkulturowych nawiązań, zarówno literackich, jak i filmowych, a także inspirowanych innymi grami. Ilość mrugnięć okiem jest doprawdy imponująca, choć rzecz jasna wyłapanie licznych odniesień to sprawa mocno indywidualna – idę o zakład, że sam wiele z nich przeoczyłem.

Detektywistyczna rutyna

Nasza pierwsza sprawa dotyczy zniknięcia znanego magika – pozornie prosta historia szybko zaczyna się komplikować, poszlaki się mnożą, a tropy wiodą do kolejnych miejsc. W miarę postępów dostajemy nowe zlecenia, nierzadko zazębiające się z poprzednimi, odwiedzamy związane z nimi lokacje, gdzie przesłuchujemy spotykanych enpeców i szukamy kolejnych wskazówek.

Mouse: P.I. For Hire

Detektywistycznych obowiązków dopełniamy we własnym biurze – na tablicy korkowej zwanej „ścianą zbrodni” przypinamy zebrane poszlaki, dzięki czemu prowadzone sprawy nabierają klarowności, a Jack drogą dedukcji (bądź dzięki kolejnej rozmowie) domyśla się, dokąd się udać w następnej kolejności. Nie wszystkie zebrane dowody są istotne, ale te priorytetowe pozwalają podjąć trop i rozwinąć akcję. Główny wątek fabularny uzupełniają zlecane przez mieszkańców miasta zadania poboczne, znacznie prostsze i krótsze (polegające najczęściej na znalezieniu jakiegoś przedmiotu albo cyknięciu kilku fotek), które odhaczamy w ramach zaliczania ważniejszych misji.

Szybkie pytania do scenarzystów gry

CD-Action: Jak porównalibyście dotychczasowe doświadczenia z takim projektem jak Mouse?

Mateusz Lechowski: Na pewnym etapie nie jest ważne, czy to visual novel, czy skradanka, czy shooter jak Mouse, grunt, żeby projekt miał w sobie to coś. A Mouse zdecydowanie dał nam przestrzeń na wydobycie tego czegoś.

Joachim Snoch: …I nie chodzi o viralowość. A ja chyba skazany jestem na boomer shootery, bo to już w moim przypadku trzeci. Ale na szczęście Mouse jest tak daleko narracyjnie od klasycznej strzelanki, jak tylko udawało nam się to upchnąć kolanem.

CDA: Co sprawiło wam szczególnie dużo trudności?

ML & JS: Spora ilość tekstu, mała ilość czasu, no i nie ukrywajmy, działy narracji w małych studiach to nie jest wielki writer’s room. Ma to swoje zalety, ale… mieliśmy dużo rzeczy do obsłużenia w bardzo krótkim czasie i udało się tylko dlatego, że wiedzieliśmy, kiedy powiedzieć sobie: „tu robimy na czwórkę, a tu na piątkę”. Niestety, ale przy małym zespole czasem trzeba priorytetyzować zadania. Szczęśliwie nasze wspólne doświadczenia pozwalają tak ustawić pracę, by poporcjować materiał – a to też sztuka.

CDA: W scenariuszu znalazło się sporo nawiązań literackich, filmowych i growych. Macie jakieś ulubione, z którego jesteście szczególnie dumni?

ML: Jest tego tyle, że trudno wybrać, ale jeśli miałbym spośród najbardziej absurdalnych wskazać jedną szczególnie durną rzecz, to byłby to „Ticket Seller” wzorowany na klipie „Potion Seller” Justina Kuritzkesa.

JS: Dla mnie? Abstrahując od durnowatości i „drebinowatości’, to na drugą nóżkę: Remarque i „Na zachodzie bez zmian”. To jeden z trójki moich ulubionych pisarzy (obok Faulknera i Prusa), a tematycznie pasuje jak ulał.

CDA: Czy na waszym horyzoncie majaczy już kolejny projekt?

ML & JS: Pomidor.

Mouse: P.I. For Hire

Czym chata bogata

Strzelamy tu naprawdę sporo i zdradzę, że na samym początku właśnie ten element wzbudzał mój największy niepokój. Wszystko przez to, iż w wymianach ognia brakowało mi mięcha, pistolet nie miał za grosz mocy, a wydawane przezeń dźwięki sugerowały, że ktoś podmienił mi gnata na kapiszonowiec z bazaru. Może to efekt przyjętej konwencji stylistycznej, nie wnikam – sęk w tym, że strzelaniny początkowo wypadały płasko i bez wyrazu.

Na szczęście wraz z postępami zdobywamy nowe klamoty, takie jak laski dynamitu, strzelba i obrzyn, rozpuszczający wrogów wybielacz, karabin maszynowy, wielgachna armata, a i to nie wszystko. Co więcej, na pewnym etapie przygody otwiera się kramik rusznikarza, gdzie za pozyskane schematy (jedna ze znajdziek) można ulepszać wyposażenie, a dzięki zwiększeniu obrażeń, zmniejszeniu odrzutu oraz aktywowaniu alternatywnego trybu strzału nawet najsłabsze spluwy nabierają charakteru. Jedyne, czego nie zmienimy, to odgłosów wystrzałów – te w przypadku pewnej części wyposażenia nadal pozostają totalnie nijakie.

Mouse: P.I. For Hire

Tradycyjną wymianę ognia uzupełniają eliminacje środowiskowe, które odgrywają niemałą rolę. Największe zadymy mają charakter arenowy – lądujemy w miejscu z szeregiem charakterystycznie oznaczonych drzwi, wyłażą z nich kolejni złole, a gra nie puści nas dalej, póki nie padnie ostatni gagatek. I w takich miejscach na ogół wala się sporo beczek, można je więc podnieść i rzucić lub kopnąć w kierunku wroga bądź zdetonować z bezpiecznej odległości. 

Sposób na bossa

Zawartość beczułek potrafi zamrozić przeciwnika, rozpuścić go lub podpalić, zajmując niewielki obszar ogniem. Do tego dochodzą ciężkie przedmioty, które celnym strzałem spuszczamy drabom na łby. Szafa albo kilkutonowe kowadło? Toż to patent rodem z kreskówek, więc i tu sprawdzi się idealnie! W ostrzejszych zadymach pomagają również znajdźki gwarantujące zastrzyk bonusowych obrażeń – przykładowo połknięcie papryczki sprawia, że każda wystrzelona kula staje się pociskiem zapalającym, a wypite espresso zamienia bohatera w Cupheada, który szyje do przeciwników, strzelając z samych palców.

Mouse: P.I. For Hire

O ile starcia z mięsem armatnim pozbawione są większej finezji (kluczowe okazuje się pozostawanie w ciągłym ruchu i korzystanie ze zrywu), tak na ich tle pozytywnie wyróżniają się pojedynki z bossami. Każdy jest unikalny, dysponuje zróżnicowanymi atakami, a czasem wymaga odrobiny sprytu. Przykładowo w jednym przypadku strzelamy nie tyle do wroga, co do kamienicy – waląc z wielkiej armaty w kolejne okna, zamieniamy budynek w kupę gruzu, co ostatecznie pozwala dorwać skorumpowanego dziada. W innej sytuacji trafiamy na ducha, na którym tradycyjna amunicja nie robi żadnego wrażenia. Tu w sukurs przychodzi latarka – przez resztę gry po prostu rozświetlająca ciemności, a w tym konkretnym momencie pozwalająca zranić niematerialny byt. Alan Wake lubi to.

Ciekawość popłaca

Oczywiście nie samą przemocą gryzoń żyje, czasem trzeba – nomen omen – pomyszkować. Jak na staroszkolną strzelankę, Mouse kładzie zaskakująco duży nacisk na eksplorację, z którą bezpośrednio związana jest motoryka postaci. Na starcie możemy wykonywać zryw w dowolnym kierunku, co przydaje się głównie podczas walk, z czasem jednak repertuar ruchów zostaje uzupełniony. Dochodzi podwójny skok, szybowanie (ogon zamienia się w śmigiełko), klasyczna linka z kotwiczką (tu znów posługujemy się ogonem) czy bieganie po ścianach (niestety mocno ograniczone i występujące raptem w kilku miejscach). Niby nic, czego nie widzieliśmy w dziesiątkach innych produkcji, ale fajne jest to, że wszystkie te umiejętności nabywamy naturalnie, bo w jakimś stopniu wynikają z fabuły.

Mouse: P.I. For Hire

Zaskakujące dla mnie było również to, jak bardzo niektóre poziomy okazały się rozbudowane. Pełno w nich ukrytych przejść i sekretnych pomieszczeń, gdzie zawsze natrafimy na coś ciekawego. Czasem na sejf z cenną zawartością (otwieranie ich wiąże się z prostą minigierką), kiedy indziej na jakąś znajdźkę – od pociesznych figurek w stylu tych z Dooma, przez karty bejsbolowe i komiksowe paski, aż po numery Mouseburg Herald, lokalnej gazety, w której przeczytamy artykuły poszerzające wiedzę o świecie gry. 

Do niektórych pomieszczeń można dostawać się na dwa sposoby (stawiając na frontalny atak lub zakradając się szybem wentylacyjnym i zachodząc wroga od tyłu), ponadto na mapach trafiają się liczne skróty do odblokowania. Nie jest to oczywiście kaliber Soulsów, chociaż nieraz mocno się zdziwiłem, gdy nagle otwierałem drzwi prowadzące do miejsca, gdzie buszowałem kwadrans czy nawet pół godziny wcześniej.

Mouse: P.I. For Hire

Bo liczy się styl!

Tym, co w przypadku dzieła studia Fumi Games jako pierwsze rzuca się w oczy, jest oczywiście oprawa graficzna. Nietuzinkowa, charakterna i bardzo stylowa, utrzymana w czerni i bieli. Jako że mamy do czynienia z kreskówkowym światem zamieszkałym przez antropomorficzne zwierzęta (głównie myszy, choć nie tylko), pewna umowność i prostota wykreowanego przez twórców uniwersum nie przeszkadzają. Jak się rzekło, etapy potrafią być bardzo rozległe, co jednak nie zawsze działa na korzyść, bo wiele elementów na danym poziomie lubi się powtarzać. Pochwalić natomiast należy tematyczne zróżnicowanie odwiedzanych miejscówek praktycznie każda kolejna jest inna i wyróżnia się czymś na tle pozostałych. 

Cieszy również, że tekstury są ostre, a wszelkie ruchome obiekty fenomenalnie animowane, malowane ręcznie klatka po klatce. Lufy spluw gibają się w zabawny sposób, jakby były z gumy, co było charakterystyczne dla techniki animacji rubber hose. Jeszcze lepiej prezentują się wszelkiej maści enpece i atakujący nas przeciwnicy; zgony tych ostatnich wyglądają zabawnie i różnią się w zależności od rodzaju zadawanych obrażeń. Inaczej skona mysi gangus potraktowany zwykłą strzelbą, a inaczej taki, którego podpalimy, zamrozimy, wysadzimy w powietrze czy utopimy w wybielaczu. Możliwości jest mnóstwo, każda sprawia sporo frajdy.

Mouse: P.I. For Hire

Wypada dodać, że wszystkie postacie są płaskie, niczym w starych FPS-ach z ery Duke Nukem 3D czy jak w bliższym naszym czasom Forgive Me Father, ale w mig przyzwyczajamy się do takiego rozwiązania. Oczywiście nie twierdzę, że to gra bez wad – przy dłuższych posiedzeniach powtarzalność strzelanin potrafi zmęczyć, a zadania dodatkowe to w gruncie rzeczy niepotrzebne zapychacze, choć nadal zabawne od strony narracyjnej. Wciąż jednak warto dać polskiej produkcji szansę, zaszyć się w zaułkach Mouseburga i przy akompaniamencie nastrojowych jazzowych kawałków pogrzebać w brudach mysiego uniwersum.

W Mouse: P.I For Hire graliśmy na PC.

mouse: p.i. for hire – podsumowanie i ocena

OCENA: 8

PODSUMOWANIE: Debiutancki projekt Fumi Games wziął mnie z zaskoczenia i zapewnił kilkanaście godzin intensywnej akcji wspartej dobrze skrojoną historią, którą śledzi się z niesłabnącym zaangażowaniem. Zapomnijcie o Epic Mickey i Mouse Trapie, P.I. For Hire to nowy król mysich gier!

PLUSY:

  • stylowa grafika i klimatyczna muzyka;
  • fantastyczne animacje;
  • zaskakująco rozbudowana kampania fabularna;
  • dobrze opowiedziana historia i multum popkulturowych smaczków;
  • olbrzymie i mocno zróżnicowane poziomy;
  • szeroki wachlarz spluw;
  • sporo przyjemnej eksploracji. 

MINUSY:

  • przy dłuższych posiedzeniach arenowe potyczki potrafią zmęczyć;
  • średnio interesujące zadania poboczne;
  • płaskie odgłosy wystrzałów.

Skomentuj