Najlepsza gra na Nintendo Switcha. Recenzja The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać zwolennikom teorii spiskowej dotyczącej istnienia tzw. sekty Nintendo, nowa Zelda na kończącą ten tekst ocenę naprawdę musiała sobie zasłużyć.
Fuse z kolei umożliwia łączenie ze sobą broni, doklejanie do nich kamieni czy nawet podpięcie wybranego Zonai Device bezpośrednio do tarczy. Przykładowo: samą gałęzią to można co najwyżej posmyrać wroga po głowie, ale już po doczepieniu do niej kamienia siła rażenia takiego gadżetu i jego trwałość znacząco rosną. Dzięki mocy możemy też „dołożyć” do broni nowe efekty jej działania – sprawić, by przy każdym ciosie generowała np. odrzucający oponentów wiatr, albo zrobić rakietową tarczę, która po wyciągnięciu wystrzeli Linka kilkadziesiąt metrów w górę. Dzięki nowej zdolności obecna również w Tears of the Kingdom koncepcja niszczącego się oręża ma dużo więcej sensu niż w oryginale.

Modyfikować da się też strzały. Przed puszczeniem cięciwy możemy umieścić na niej dosłownie dowolny przedmiot. Miotanie w przeciwnika księżycowymi grzybami czy stekami nie jest może najrozsądniejszym pomysłem, ale już Fire Fruit podziała niczym strzała zapalająca, a Splash Fruit dodatkowo umyje naszego oponenta. Gra sama zresztą zachęca, by próbować różnych kombinacji. Podobać się może wreszcie Recall, który odwraca bieg czasu dla przedmiotów – spadające z nieba kamienie zamieniają się w windę, a wagoniki kolejowe jadą do tyłu.
Kwestie techniczne
Zbliżając się powoli do podsumowania, dochodzimy wreszcie do tematu wyglądu i słynnych 20 „efpeesów”, w jakich rzekomo nowa Zelda działa. Nie ulega wątpliwości, że recenzowana gra jest tym samym, czym dla każdej generacji nowa produkcja Rockstara – wyciskającym ze sprzętu ostatnie soki sygnałem alarmowym, że pora na kolejną odsłonę konsoli. Tears of the Kingdom wizualnie potrafi zarówno zauroczyć (silnikiem fizycznym wręcz zachwycić), jak i zakłuć w oczy kiepską rozdzielczością. Patrząc jednak na skalę tego wszystkiego, ogromnym osiągnięciem wydaje się to, jak wiele wyciśnięto z sześcioletniego już sprzętu przenośnego o mocy obliczeniowej nijak niemogącej konkurować z dzisiejszym przeciętnym smartfonem.

Wbrew opiniom krążącym po internecie strona techniczna nieszczególnie przeszkadza nam w cieszeniu się tym, co oferuje Tears of the Kingdom. Przez znakomitą większość czasu gra działa w stabilnych 30 fps-ach, co stanowi płynność w pełni akceptowalną, jak na niewymagające szybkiego strzelania czy wielkiej precyzji, skupione na pobudzaniu kreatywności action adventure. To prawda, że niekiedy przez chwilę coś chrupnie, kiedy fruniemy na lotni wysoko nad światem, ale nigdy w stopniu uniemożliwiającym czerpanie pełni radości z grania Chyba że reprezentujecie tę pecetową brać, co to brzydzi się mniej niż 4K i 60 fps-ów, a bez ray tracingu i kompa za miliony nie umie dobrze się bawić. Cóż, wtedy najzwyczajniej w świecie będziecie rozczarowani…
Podsumowanie
Wielkość Tears of the Kingdom polega na tym, że mógłbym o nim pisać jeszcze długo, zamieniając cały tekst w zbiór kolejnych anegdotek. Przytaczać, jak po całych godzinach nerdzenia opowiadaliśmy sobie ze znajomymi, co właśnie zobaczyliśmy, napędzając się do dokonywania kolejnych odkryć (z tego miejsca pozdrawiam m.in. Ranafe). Zelda stała się też tematem dyskusji internetowych. Nowym fenomenem, który będzie grzał społeczność jeszcze przez długie miesiące i z pewnością przyniesie Nintendo fortunę.

Cały ten szał nie jest jednak efektem działania jakiejś sekty, a po prostu faktu, że Nintendo znów przebiło samo siebie. Po wydaniu witającej obecną generację gry – będącej dla wielu nowym ideałem sandboksa, a dla całej branży ogromną inspiracją(***) – kolejną jej częścią pięknie tę generację żegna. I to wcale nie dając nam więcej tego samego, a znajdując jeszcze ogromne pole do poprawy. Breath of the Wild było wybitne, a Tears of the Kingdom okazało się jeszcze o klasę lepsze. Choć częściowo bazuje na tych samych elementach, jest produkcją jedyną w swoim rodzaju i nawet ze swoją skromniejszą liczbą pikseli wciąż prezentuje poziom dla większości growej branży po prostu niedościgniony.
(***) Wystarczy spojrzeć m.in. na Assassiny od czasów Odyssey, Immortals: Fenyx Rising, Genshin Impact czy Elden Ringa.
W The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom graliśmy na Nintendo Switchu.
Ocena
Ocena
Tears of the Kingdom to najlepsza produkcja, jaka ukazała się na Nintendo Switcha. Popis ogromnej kreatywności twórców, odznaczający się odrębną tożsamością. Gra wielka, złożona, przemyślana i intrygująca. Fani świetnej zabawy i piaskownic będą wspominać ją latami.
Plusy
- kompletna zmiana zasad rządzących rozgrywką
- znacząca rozbudowa świata
- nowe moce dają ogrom przyjemności
- bardzo dobra, rozbudowana względem poprzedniej części fabuła
- dungeony absolutnie zachwycają jakością wykonania
- potężne narzędzie do tworzenia własnych konstrukcji
- multum atrakcji i swobody
- nie jest tylko dodatkiem do Breath of the Wild
Minusy
- nieco niedopracowane zapamiętywanie konstrukcji
- na mocniejszej platformie byłaby jeszcze lepsza
Czytaj dalej
Gracz, redaktor, inżynier i podróżnik w jednym. Lubię gry, które po prostu sprawiają przyjemność i nie silą się na udowadnianie, że są sztuką.