4
20.10.2022, 11:01Lektura na 8 minut

New Tales from the Borderlands – recenzja. Kolorowy, bezsensowny bałagan

W życiu pismaka występują trzy rodzaje gier. Są hity, o których recenzje trzeba toczyć boje. Bywają też drobiazgi kierowane od razu do właściwych osób. Zdarza się jednak, że po pytaniu o chętnych zapada martwa cisza i zaczyna się polowanie na frajera. Taaa… no cześć.


Paweł „Cursian” Raban

Wiecie, naprawdę lubiłem pierwsze Tales from the Borderlands. Mimo typowych dla dzieł Telltale wad była to bardzo dobra, sympatyczna produkcja pełna niewymuszonego humoru, ciekawych postaci i okazjonalnych dramatów. Przez lata marudziłem – także na łamach CDA – że chętnie pograłbym w kontynuację, ale jak na złość nic się w jej sprawie nie działo. Kiedy karta wreszcie się odwróciła i pokazano zwiastun „dwójki”… ręce mi opadły. Jakaś część mnie łudziła się jeszcze, że króciutki filmik nie musi świadczyć o całości i… no cóż, obawiałem się, iż będzie gorzej. Co wcale nie znaczy, że jest dobrze, bo New Tales from the Borderlands to w większości wciąż potworny niewypał. Zawiera jednak kilka przyjemnych udogodnień, które – miejmy nadzieję – zostaną kiedyś użyte w czymś wartościowszym. Innymi słowy: to trochę jak sądzić, że za chwilę zginie się w wypadku, by skończyć „tylko” z urwanymi nogami i przetrąconym kręgosłupem. Szampana nikt by raczej w takiej sytuacji nie otworzył.

New Tales from the Borderlands
New Tales from the Borderlands

No i proszę – tęsknię za Rhysem

Jedną z największych zalet pierwszej części okazał się dla mnie duet głównych bohaterów. Pierdołowaty, roztrzepany Rhys, służący za pożałowania godny trybik w korporacyjnej machinie, świetnie uzupełniał się z przebiegłą złodziejką Fioną. Ich rozmowy były pełne osobliwego uroku i wieloznaczności, autentyczne i wiarygodne. „Dwójka” niestety gdzieś tę subtelność posiała, stawiając na klimat rodem z taniego kabaretu. Anu to nadpobudliwa, znerwicowana specjalistka od broni pracująca w Atlasie. To o tyle dziwne, że jest zadeklarowaną pacyfistką oraz miłośniczką wszystkiego, co naturalne i puchate. Jej brat Octavio to z kolei „wyluzowany chłopak” ze slumsów, drobny złodziejaszek marzący o wielkiej karierze. No i jest jeszcze Fran – latająca na wózku inwalidzkim właścicielka sklepu z mrożonym jogurtem.

Dwoje pierwszych nie budziło u mnie w zasadzie nic poza irytacją, głównie ze względu na przesadzoną, slapstickową gestykulację i nieustanny potok lejących się z ich ust nonsensów pogrążanych dodatkowo głupawym słowotwórstwem. Fran również nie jest w tej kwestii święta, ale przynajmniej zainteresowała mnie swą nietypowością. Może i wygląda jak zaniedbana, nudna gospodyni domowa, ale ma spore problemy z kontrolowaniem agresji oraz… innych popędów. Dość rzec, że potrafi zachowywać się wręcz niewymownie obleśnie, a niesmak i lekkie zmieszanie odczuwali nie tylko jej towarzysze. Nie żebym był jej fanem – podkreślam jedynie, że wywoływała we mnie coś więcej niż złość.

New Tales from the Borderlands
New Tales from the Borderlands

Zwariowane melodie

W moich wspomnieniach pierwsza część Tales from the Borderlands była niezłą, trzymającą w napięciu „grą akcji” – w rozumieniu scenariuszowym, rzecz jasna. Angażowała, budziła emocje i cechowała się przede wszystkim dramatyzmem. Porąbany, charakterystyczny dla serii humor stanowił zaś ledwie dodatek. „Dwójka” to niestety istny cyrk na kółkach. Główny wątek jest dość mglisty, mało logiczny i absolutnie nieciekawy. Atlas tonie w długach ze względu na biznesowy antytalent swojego nowego prezesa. Sytuację postanawia wykorzystać Tediore, robi się bajzel, kule świszczą, a nasze trio nieudaczników ma wreszcie okazję, by się wzbogacić. Nie dość, że punkt wyjścia nie odznacza się przesadną oryginalnością, to jeszcze poprowadzono to wszystko wyjątkowo nieudolnie. Na pierwszy moment, w którym poczułem się choć troszeczkę zaintrygowany, musiałem czekać do końcówki przedostatniego rozdziału, co w poprzedniej grze byłoby nie do pomyślenia. Nie to jednak boli mnie najbardziej.

New Tales from the Borderlands
New Tales from the Borderlands

New Tales from the Borderlands jest obezwładniająco infantylne, pełne humoru bazującego na głupawych motywach z kreskówek dla najmłodszych. Ktoś idiotycznie zatańczy, kto inny zacznie przedrzeźniać współrozmówcę, coś gdzieś wybuchnie, zagra „śmieszna” muzyczka – strasznie to wszystko chaotyczne, przypadkowe i niekoniecznie dążące do nakreślenia jakiejś szerszej wizji. Zupełnie jakby znudzeni scenarzyści siedzieli przy kawie, tarli zaspane oczy i prowadzili rozmowy w stylu: – Dave, od dwóch minut nie mieliśmy dowcipu, weź coś wymyśl, tylko pamiętaj, masz nikogo nie urazić! – No to może niech ktoś się potknie? – Znowu?! – A masz lepszy pomysł? Doprawdy boki zrywać.

W Wonderlands cały ten jednorożcowy, różowo-pluszowy, doprawiony odrobiną groteski zamtuz był na miejscu, bo mieliśmy przecież do czynienia z sesją papierowego erpega prowadzoną przez niezrównoważoną psychicznie miłośniczkę wybuchów. Wyciąganie motywów z kapelusza stanowiło więc nieodłączną częścią stylizacji. Pozbawione tej otoczki New Tales from the Borderlands sprawia zaś wrażenie po prostu kretyńskiego i wyluzowanego na siłę. Jak na mój gust, grubo przesadzono z liczbą gagów i utopiono w nich cały scenariusz. Jest nawet gorzej niż w nowym Saints Row. Serio, grając w dzieło Gearbox Software, momentami czułem się, jakbym robił coś wstydliwego, nieprzystającego do mojego wieku. Jakbym… nie wiem, oglądał „Teletubisie”. Takie z juchą tu i ówdzie, ale wciąż „Teletubisie”. Tylko słodziutkiego, uśmiechniętego słoneczka brakowało. Czy to znaczy, że nie było tu nic, co by mi się podobało? Niekoniecznie – pojedyncze sceny dawały radę, lecz to raczej wyjątki od reguły. Ta gra jest po prostu jak owinięty kiełbasą klaun wymachujący piankowym młotkiem: niedorzeczna i żenująca, choć raz na jakiś czas jednak rozbawi.

New Tales from the Borderlands
New Tales from the Borderlands

Do diabła z QTE

Mimo że za „dwójkę” nie odpowiada już Telltale, pod względem rozgrywki niewiele się w serii zmieniło. Zabawa wciąż polega więc na nieustannym oglądaniu filmików i podejmowaniu pozornie ważnych wyborów. Przykładowo można zdecydować, który z kumpli wykończy danego wroga lub czy będzie dla kogoś miły, czy wręcz przeciwnie. Niekiedy pojawiają się też pomniejsze rozbieżności wynikające ze stanu relacji w drużynie. Wszystko to jednak raczej drobnostki o marginalnym wpływie na główny wątek. Wyjątkiem jest końcówka, w której faktycznie da się uzyskać różne rezultaty, a w skrajnym przypadku doświadczyć nawet kilkunastu minut zupełnie innych wydarzeń. Sęk w tym, że w moim pierwszym podejściu coś chyba poszło nie tak, bo ostatni filmik sugerował, iż jedną z postaci spotkał los nijak niewynikający z tego, co widziałem kilka sekund wcześniej. Może i dobrze się stało, bo dzięki temu przeszedłem końcowy rozdział powtórnie, uzyskując o wiele bardziej satysfakcjonujące rezultaty, i nawet – o zgrozo – przez chwilę poczułem odrobinę frajdy. Nie można tak było cały czas, zamiast bawić się w przedszkole?

New Tales from the Borderlands
New Tales from the Borderlands

Mechanika ponownie opiera się na QTE, a trzeba wam wiedzieć, że to coś, czego nienawidzę z całego serca. O dziwo tutaj nie jest wcale tak źle. Na domyślnych ustawieniach gra ostrzega, że za moment zacznie się „aktywna” sekwencja, a w dodatku z wyprzedzeniem daje znać co do jej natury – wiadomo więc choćby, czy za chwilę będzie trzeba ruszyć gałką, czy wcisnąć jakiś przycisk. Dopiero na następnym etapie wyświetla się konkretne polecenie, przykładowo naduszenia „B”. Przyznam, że bardzo mnie to cieszy, bo zamiast ciągle skupiać się na wypatrywaniu wyskakujących z zaskoczenia guziczków, mogę po prostu śledzić wydarzenia na ekranie. Co ważne, ten aspekt jest wysoce modyfikowalny – można grać jak dawniej, bez ostrzeżeń, zmienić rytmiczne klikanie w przytrzymywanie bądź odwrotnie, a nawet w ogóle przerzucić się na automat i potraktować grę jak film. Świetny patent, jak dla mnie, bo każdy może dostosować zabawę do swoich preferencji czy możliwości.


Przynajmniej jest na co popatrzeć

Pochwalić muszę też grafikę, bo postęp względem „jedynki” jest niesamowity. Głównie dlatego, że pierwsza część była po prostu szpetna, ale tak czy inaczej Gearbox spisał się w tej kwestii na medal. Nie natrafiłem też na żadne problemy techniczne. Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to wyłącznie do faktu, że na monitorze ultrapanoramicznym musiałem grać z czarnymi pasami po bokach.

New Tales from the Borderlands
New Tales from the Borderlands

New Tales from the Borderlands kosztuje na Steamie 170 złotych, co w obecnych porąbanych czasach stanowi połowę ceny dużego hitu i gdzieniegdzie uchodzi pewnie za okazję. Problem w tym, że moim zdaniem gra nie jest tyle warta. Wygląda ślicznie i zmyślnie podchodzi do QTE, ale co z tego, skoro najważniejszy w tym wszystkim scenariusz z rzadka budzi coś innego niż zażenowanie. Zaryzykować mogą wyłącznie najwierniejsi fani Borderlandsów, ale i oni powinni się pięć razy zastanowić przed zakupem. Tutejszy humor jest po prostu tak natarczywy i idiotyczny, że aż mi się Zulu Gula przypomniał. Nie googlujcie, jeśli nie wiecie, o kim mowa. Dobrze radzę. Ja mam traumę od 30 lat.

W New Tales from the Borderlands graliśmy na PC.

Ocena

New Tales from the Borderlands imponuje grafiką i cieszy wieloma opcjami dotyczącymi QTE, w tym możliwością całkowitego ich wyłączenia. Szkoda tylko, że nie odziedziczyło po „jedynce” ujmującego scenariusza i przez większość czasu żenuje infantylnym humorem zawstydzającym nawet najnowsze Saints Row.

4+
Ocena końcowa

Plusy

  • kiedy NA SEKUNDĘ przestaje się wydurniać, wykazuje minimum potencjału
  • atrakcyjna grafika
  • możliwość modyfikacji i wyłączenia QTE
  • w końcówce faktycznie sporo zależy od wyboru gracza

Minusy

  • nudny, bezpłciowy scenariusz
  • infantylny, natarczywy humor rodem z kreskówek 
  • przez 90% gry wybory moralne wciąż są iluzoryczne
  • trwa jakieś 9-10 godzin (czyli tyle, co „jedynka”), ale i tak potwornie się dłuży
  • tradycyjnie dla Borderlandsów: brak wersji PL

Redaktor
Paweł „Cursian” Raban

Jestem wielbicielem turówek i wszelkiej maści erpegów: zarówno klasycznych, jak i współczesnych. Do tego zdeklarowanym zwolennikiem tytułów dla jednego gracza, przy czym od tej zasady istnieje jeden poważny wyjątek – World of Warcraft. W Azeroth przesiedziałem więcej godzin, niż chciałbym przyznać, raz ciesząc się każdą chwilą, kiedy indziej zrzędząc na czym świat stoi. Nie wyobrażam sobie dnia bez książki (niemal zawsze fantastyki), za to spokojnie obyłbym się bez kina i seriali. Z CDA związany jestem od 2011 roku.

Profil
Wpisów3203

Obserwujących5

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane