Pioneers of Pagonia pokazuje, że to już nie jest świat dla nowych Settlersów [RECENZJA]

Pioneers of Pagonia pokazuje, że to już nie jest świat dla nowych Settlersów [RECENZJA]
Czy po tych wszystkich latach ubijania The Settlers jest jeszcze choć krztyna entuzjazmu w fanach tej udręczonej serii? Nie odpowiem na to pytanie ze stuprocentową pewnością, lecz z autopsji wiem, że o optymizm coraz trudniej. A może pomysł na rozgrywkę oferowany przez pierwsze trzy części wyczerpał się i ziemia, która wcześniej rodziła obfity plon, dziś wydaje się jałowa?

Odpowiedzi podsuwa duchowy następca Settlersów – Pioneers of Pagonia. Produkcja Volkera Werticha czerpie garściami z dorobku niemieckiego twórcy, który lata temu przyczynił się do powstania kultowej serii gier o osadnikach. Jest on również ojcem ukochanego w kraju nad Wisłą SpellForce’a, w jakim swego czasu pokładał nadzieję na większą bądź mniejszą rewolucję w gatunku RTS-ów. Szkoda, że tym razem nieco zabrakło ambicji. Zresztą nie tylko ambicji.

Miała baba brak

Pioneers of Pagonia nie śmierdzi groszem. Nie zalatuje choćby zwietrzałym aromatem większej gotówki. To woń dalece bardziej przypominająca coś, co od wieków zalegało w czeluściach kieszeni Werticha, skąd wygrzebywał ostatnie drobne, mogące zasilić budżet jego nowego dzieła. Czuć tutaj zbutwiałe mechaniki, gnijące projekty map i postaci, wręcz parszywiejącą oprawę wideo. Serio.

Rozpoczynając zabawę, warto wziąć głębszy oddech, bo widok paskudnej grafiki na ekranie ładowania, paskudnego menu i paskudnego rendera na silniku gry rodzi skojarzenia z czymś, co wymagałoby użycia odświeżacza powietrza. Wisienką na tym zjełczałym torcie jest interfejs przypominający placeholderowy twór dla programistów. Czy nienajlepsze pierwsze wrażenie ustępuje, gdy nieco bardziej zagłębiamy się w fabułę, gameplay, świat przedstawiony? No cóż…

Pioneers of Pagonia

Kredyt zaufania

Z góry zaznaczam, że bardzo chciałem, aby Wertichowi i spółce się udało. Kibicowałem mu. Więcej – czułem się w obowiązku wypróbować twór człowieka, który popełnił dzieło mojego dzieciństwa, SpellForce. W Pioneers od Pagonia odnalazłem go niestety dramatycznie mało. Wspólnym mianownikiem obydwu tytułów jest bez wątpienia fabuła. Świat roztrzaskany na kawałki przez tajemniczą magię i próby ratowania tego, co przetrwało.

23 lata temu ów pomysł został rozwinięty znacznie zręcznej. Historia wykładana przez „Pionierów” w kampanii to niespecjalnie zajmująca i niezbyt dobrze napisana przykrywka dla rozbudowanego samouczka, którym główny wątek tak naprawdę jest. Nawet nie stara się specjalnie, by roztoczyć choćby iluzję naturalnego rozwoju wydarzeń czy naszych bohaterów.

Pioneers of Pagonia

A czy klimat gry się panu udał, panie Wertich? Tutaj prawdopodobnie mogłaby wywiązać się dyskusja, polemika z tym, co o Pioneersach sądzę. Czuć tu w jakimś stopniu lekkość, bajkowość, umowność i bezpretensjonalność pierwszych Settlersów. W dość dużym oddaleniu i z przymrużonymi do granic możliwości oczyma zapewne zobaczymy w tym tworze pozoranta szarpiącego nasze nostalgiczne struny. Wszystko jednak rozbija się o detale sprawiające, że fani serii będą raczej zawiedzeni. Brakuje czegoś nieokreślonego i nienazwanego. Duszy? Pasji? Gra sprawia wrażenie produktu, który wyszedł z rąk rzemieślników, nie artystów.

Winowajcy? Z pewnością m.in. wspomniana już oprawa, animacje, projekty naszych pionierów, którzy pod względem naturalnego uroku są przy osadnikach z The Settlers 1-3 niczym gremliny przy mogwaiach. Ich zachowanie, sposób poruszania czy wykonywania konkretnych czynności to po prostu wizualizacja rosnących cyferek i słupków, nie coś, co w ramach przyjętej konwencji możemy uznać za symulację osady. Wystarczy spojrzeć na mechaniczne kolejki ciągnących gęsiego ludzików, żywo przypominające taśmy produkcyjne, by przekonać się, w czym rzecz.

Pioneers of Pagonia

Straciłem osadnictwo, bolało

Zgodnie z zapisanymi wieki temu zasadami serii Settlers musimy w grze wybrać miejsca dla nowych budowli oraz wyznaczyć drogi, by nasi osadnicy mogli się na te miejsca dostać, rozkopać je, dostarczyć materiały i przystąpić do konstrukcji. Równie ważną kwestią jest ekspansja celem pozyskiwania surowców i działek pod dalszą urbanizację. Za czynność tę odpowiadają strażnicy w jednostkach granicznych, którzy bezceremonialnie przenoszą kamienie graniczne w inne miejsca. Klasyka. Zasady w gruncie rzeczy proste, więc trzeba czegoś więcej niż kopiowania rozgrywki leciwych antenatów, by zaistnieć w segmencie tak chętnie i licznie nawiedzanym przez najróżniejszej maści developerów. Próbę uwspółcześnienia podjęto. To trzeba odnotować.

Niezależnie jednak, czy mamy do czynienia z kampanią, czy piaskownicą (dostępna jest też pokaźna liczba pojedynczych scenariuszy), gameplay zawsze wygląda niemal identycznie. W przypadku tej pierwszej to pospołu wina słabej fabuły oraz, o zgrozo, nudnych mechanizmów ekonomiczno-strategicznych. Każdorazowo po rozpoczęciu gry pojawiają się te same schematy, te same nudne czynności do wykonania, te same surowce do zdobycia i budynki do postawienia, to samo ciągnące się jak flaki z olejem oczekiwanie (nawet na pięciokrotnym przyspieszeniu!) na zmianę jednej cyferki na inną. Wiem, że to chleb powszedni city builderów, jednak w tym przypadku ów chleb był wyjątkowo czerstwy.

Pioneers of Pagonia

Pioneers of Pagonia oferuje niewiele elementów urozmaicających zabawę. Mamy co prawda od groma konstrukcji, surowców, narzędzi, ale stawianie/wytwarzanie ich jest tak potwornie powtarzalne, że czytanie o tym wydaje się bardziej emocjonujące niż faktyczny gameplay. Mamy mechaniki poszerzania terytorium przez budynki graniczne czy odnajdywania surowców przez geologów, są odkrywcy rozpraszający mgłę wojny, blokady, które usunąć mogą jedynie traperzy, ale to tylko kropla kofeiny w morzu usypiającej melisy i rumianku. Łowcy skarbów podczas wykopalisk potrafią nieco przyspieszyć nasze tętno, ale już taki handel uderza w nasze nozdrza najczystszym chloroformem.

Nawet budowanie, sól tego typu gier, zostało zrealizowane w sposób irytujący. Patrząc na stworzony przeze mnie chaos i próby wpasowania kolejnych konstrukcji w ograniczoną, kurczącą się przestrzeń, z rozrzewnieniem wracałem do sztywnej siatki Anno. Osady popełnione przeze mnie wyglądały raczej jak osad. Coś, co przylepiło się do terenu i oszpeciło go swoja eklektyczną brzydotą. A żeby było jeszcze weselej, developerzy nie przewidzieli narzędzia przesuwania obiektów raz postawionych.

Pioneers of Pagonia

Wojna ze snem 

To, co trzyma we względnym uniesieniu nasze powieki opadające co i rusz, to z pewnością działania militarne. Choć dostępnych jednostek znajdziemy raczej niewiele (zwykli żołdacy, leśnicy, nieustraszeni, magowie i tancerze ostrzy – każdy stworzony w odpowiedzi na inny typ zagrożenia), a nasza sprawczość w kierowaniu nimi ogranicza się do wybrania punktu ataku/patrolu, obserwacja potyczek w jakiś sposób mnie satysfakcjonowała. To prawdopodobnie „zasługa” nijakiej całości, na tle której działania militarne zdawały się lśnić.

Opisując wrażenia związane z warstwą militarną gry, zdałem sobie sprawę, jak słabo radzi sobie AI zarówno naszych oddziałów, jak i przeciwnika. Niezwykle nieporęczne było sterowanie poszczególnymi strażnicami/garnizonami, a i bardzo irytowały mnie próby odnalezienia tego jednego żołnierza, który gdzieś się zapodział, a który musi zostać pokonany, by wrogi obóz zniknął z mapy.

Pioneers of Pagonia

unSellForce

O ile szczęk stali o stal działał na mnie pobudzająco z powodów raczej pozytywnych, o tyle dźwięki wydawane przez dyskutujące postacie czy naszych osadników to niezamierzona przez twórców komedia i nieco żenujący minimalizm, będący najpewniej pokłosiem cuchnących kwestii, o których wspominałem wcześniej. Tym większym zaskoczeniem okazał się dość przyjemny soundtrack, co prawda przywodzący na myśl serię The Sims, ale pasujący do konwencji całkiem nieźle.

Jednak co z tego, skoro Envision na innych polach pokpiło sprawę? Proces odtworzenia ducha Settlersów zakończył się porażką, bo i próby były nieudolne. Nie zawiniło tu przepisanie starożytnych mechanik na nowo, ich rozwinięcie czy urozmaicenie – oddać trzeba twórcom sumienność w realizacji podstawowych założeń gry z tego segmentu. Odpowiedzialność ponosi wizja artystyczna, wszechobecna nijakość i nuda. Nie da się jednak ukryć, że współwinnym jest również rozwój branży gier, która nie zawsze, wręcz rzadko, w wyjątkowych przypadkach na myśl o zjadaniu własnego ogona reaguje odruchem wymiotnym.

PODSUMOWANIE: Pan Volker Wertich zyskał mój dozgonny szacunek niegdysiejszymi próbami – udanymi, warto dodać – tchnięcia życia w gatunek gier szeroko zwanych RTS-ami. Miał również kredyt zaufania, z którego jeszcze długo się nie wypłaci, bo jego nowy projekt zadaje kłam obrazowi, jaki uformował się w mojej głowie – przedstawiającemu twórcę odważnego, kreatywnego, ambitnego. Cech owych w Pioneers of Pagonia niestety brak.

Ocena: 6

PLUSY:

  • długa kampania
  • duża liczba pojedynczych scenariuszy
  • mnóstwo zasobów, budynków, narzędzi
  • powidoki blasku starych Settlersów czasami są dostrzegalne
  • kilka niezłych motywów muzycznych

MINUSY:

  • nuda
  • brzydota niemal w każdym aspekcie gry
  • osadnicy są mało sympatyczni, wręcz mechaniczni
  • dźwięki słyszane z głośników to często niesmaczny żart
  • budowanie i obserwacja całego procesu nie daje satysfakcji

14 odpowiedzi do “Pioneers of Pagonia pokazuje, że to już nie jest świat dla nowych Settlersów [RECENZJA]”

  1. Mocno się zdziwiłem, że po tak ostrej recenzji gra dostała aż 6. Pogralem jakiś czas w demo czy jakiśtam ograniczony czasowo wczesny build i przyznam szczerze, że dużo lepiej bawiłem się… przy tych nowych Settlersach od Ubisoftu.

  2. Nie rozumiem co to za przytyk w podtytule że IV część była jakby znacznie gorsza od tych trzech moim zdaniem była prawie tak dobra jak III a w pewnych kwestiach lepsza.

    A co do PoP i podobnie jak w najnowszych Settlersch to już na pierwszych zrzutach było widać że nic z tego nie zachowali co mogło się spodobać miłośnika serii. Aż przykro się patrzy na te bezduszne robociki.

    A pomyśleć tylko że wystarczyło wykupić prawa od Ubisoftu do nazwy, odświeżyć grafikę (ale oczywiście nadal zostawić bajkową, szczegółową dwu wymiarową grafikę) i dodać sensowną fabułę.

    Taki prosty przepis na sukces.

    • Przecież już istnieję wersja Dziesięciolecie które usprawniło i upiększyło drugą część. Przygody z settlersami zaczynałem od tej części i na czwórce poprzestałem.

      • Z serią Settlers jest jak z serią Worms, wejście w jaki kolwiek trójwymiar zabija przyjemność z gry. Mi 10-lecie się średnio podobało na przykład, chociaż są i tak najlepsze settlersy po IV.

        Już pomijam tą wersję online która pomimo że dwuwymiarowa to również nie była dla fanów serii, bo jak wiadomo grafika to nie wszystko.

  3. Spróbowałem tego tytułu i niestety mnie nie zachwycił. Seria The Settlers to był klasyk nad klasyki, a zaczynałem od pierwszej odsłony i na czwartej skończyłem. Oczywiście największy sentyment mam do 1 i 3.
    PoP dla mnie odpada..

  4. Czyli pora wrócić do 2, wersji na dziesięciolecie. Szkoda.

  5. Tyle prób wskrzeszenia Settlersów, a o Alien Nations, Cultures czy Knights and Merchants nikt nie pamięta. 🙁

    • No widać nie miały tego czegoś.

      Jak dla mnie KaM było zbyt toporne, np. Ręcznie budowanie każdego kawałka drogi.

      Dobrym przykładem jest RTW gdzie było wszystko co nie było esencja gry zostało lub mogło być zautomatyzowane, więc grało się świetnie.

      Natomiast Rome 2 był porażką, zabijał przyjemność z gry bo wszystko trzeba było robić ręcznie.

  6. Kurczę, to ja jestem w sprzeczności do innych. Mnie się gra podoba i czuję ducha Settlersów 2, tyle że z większą ilości łańcuchów gospodarczych.
    Scenariusze owszem są długie i wymagają różnego podejścia, więc w pewnym momencie jak już mamy wydolną gospodarkę, dobrze lecieć na przyspieszeniu. Osobiście polecam.

  7. Z tej recenzji od razu bije mocno to, że autor chce grę upokorzyć i zrobić antyreklamę. Chociażby mnogość używania obrzydliwych wyrazów typu zgnilizna skisnąć itd już świadczy o tym że autor zdecydowanie nie jest zainteresowany zrecenzowaniem tego produktu jakkolwiek bezstronnie.
    W settlers grałem jeszcze na Amidze kiedy ten komputer był nowością. Spokojnie można powiedzieć że pioneers of pagonia nawiązuje do klimatu settlers. Gra z pewnością ma sporo wad i rzeczy które dałoby się poprawić chociażby grafika, która mimo utrzymywania kreskówkowego klimatu jest dość brzydka. Interfejs też pewnie dałoby się poprawić tak wiele innych rzeczy. Aczkolwiek ta gra wcale nie jest złą pozycją. Zdecydowanie grałem w pioneers of w pagonia i miałem flashbacki z settlersów.
    Tak więc mam odczucie że autorowi zapłacono za tę recenzję aby napisał o grze jak najgorzej.

    • Niekoniecznie zapłacono, po prostu czuć, że jest obrażony na tę produkcję. Ja grałem tylko krótko w demo i odpuściłem, niekoniecznie to jest wina gry, co po prostu nie jestem w stanie ograć każdej nowej gry która mnie zainteresuje i wolę wrócić do starej, acz wciąż jarej. Tylko mimo wszystko Pionierzy mają na Steamie całkiem dobry współczynnik ocen na poziomie 82% pozytywnych. To nie brzmi jak szrot, mimo wszystko. Może wystarczyło się nie nastawiać? Nadmierne oczekiwania psują zabawę i sam tego często doświadczam.

  8. Coż, to tak jak z Master of Orion II – Było już 3 miliony remake’ów a najelepsza jest i tak oryginalna wersja z 96′ 🙂

  9. Myślałem, że przeczytam recenzję, dostałem wylew żalów. Mam wrażenie, że zanim gra się autorowi załadowała, to miał już przygotowane słowa niczym kule do rewolweru. I strzelał raz za razem, wszystko jest „paskudne”, „cuchnące”, „parszywiejące”. Być może odnoszenie się do zmysłu, którego gry nie stymulują jest odważnym zabiegiem stylistycznym. Ja odniosłem wrażęnie, że to tylko perfumowanie (ha) własnego rozczarowania.

    Zaskakująco ten tekst kończy się oceną 6. Aż strach pomyśleć jakie zapachy recenzent by przywoływał przy tytule ocenionym jeszcze niżej. Po co zatem tyle grzmieć? Może emocję łatwiej sprzedać, niż argumenty. A może autor ostatnio czytywał stare recenzje z „Kaszanka Zone”? Raczej nie, z tamtych tekstów jasno wynikało dlaczego dany tytuł nie był dobry. W tym przypadku, odniosłem wrażenie, że autor po prostu nie lubi strategii pokroju Settlersów, a może i city-builderów w ogóle.

    Oczywiście można nie lubić tej gry. Można napisać, że jest powtarzalna, bo mapy nie zachęcają do różnego planowania miasta. Można narzekać na interfejs, bo jest nie raz niejasne jak zdobyć potrzebne informacje. Można powiedzieć, że tempo ekonomii nudzi, gdyż przeniesienie potrzebnych surowców może zająć długie minuty (zwłaszcza przy źle zaplanowanych magazynach). Niestety, żadnego z tych wymienionych powodów nie było w tekście. A gdy już jakiś konkret się pojawiał, to ton tak konsekwentnie nastawia czytelnika na „to śmierdzi”, że konkret ginął pod warstwą metafor o zbutwieniu i chloroformie.

    W efekcie zamiast oceny produktu dostaliśmy monolog o zawiedzionej nostalgii. A to już bardziej felieton o uczuciach niż recenzja gry.

Skomentuj Abe Anuluj pisanie odpowiedzi