21.06.2023, 07:59Lektura na 8 minut

Recenzja Layers of Fear. Kompilacja, o którą nikt nie prosił

Bloober Team długo walczył o swoje pięć minut i chyba ten czas wreszcie nadszedł. Fani cyfrowej grozy wypatrują na horyzoncie odświeżonego przez krakowski zespół Silent Hilla 2, by natomiast osłodzić to oczekiwanie, rodzimi spece od horrorów we współpracy z Anshar Studios raz jeszcze wracają do marki, od której rozpoczęła się ich przygoda z tym gatunkiem.

Drugi bonusowy epizod to dla odmiany nowość – rozszerzenie, w którym przyjdzie nam wcielić się w trzecią osobę rodzinnego dramatu, czyli żonę zwariowanego malarza. Każdy dodatek to mniej więcej godzinna przygoda – wszystko zależy od tego, jak wnikliwie będziemy przeczesywać otoczenie w poszukiwaniu tropów, przedmiotów i notatek. Epizody te nie grzeszą więc długością, ale są świetnym kontrapunktem dla głównej historii – odpowiadają na niektóre pytania, a przy okazji stawiają kilka nowych. Choć świat gry wydaje się klaustrofobicznie ciasny, sam scenariusz daje nam sporą przestrzeń do interpretacji, a to, jak wiele z niej wyniesiemy, zależy w dużej mierze od nas samych.

Layers of Fear
Layers of Fear

Powtórka z roz(g)rywki

W porównaniu ze zwartą opowieścią z „jedynki” nieco gorzej wypada część druga, serwująca historię cenionego, choć niestabilnego psychicznie aktora, o którego upominają się demony przeszłości. Błąkamy się po kajutach nawiedzonego liniowca transatlantyckiego i trafiamy tam nieprzypadkowo, bo właśnie pokład statku ma posłużyć jako plan filmowy nowego projektu wielce kontrowersyjnego i tajemniczego reżysera. Zmieniło się więc miejsce akcji, ale sztuczki pozostały te same. Gra drwi sobie z ograniczeń narzuconych przez czas i przestrzeń, przekształcając i dostosowując świat do swoich potrzeb. Nie wiemy, w którym miejscu kończy się jawa, a zaczyna sen – może wszystko, już od pierwszych minut, jest jedynie koszmarnym majakiem błądzącego umysłu?

Kontynuacja wydaje się nieco inaczej rozstawiać poszczególne akcenty: mniej tu jump scare’ów, więcej nieoczywistych, surrealistycznych obrazów, a miast klarownej, opartej na czytelnie wyłożonych faktach opowieści otrzymujemy historię budowaną na domysłach i przekombinowanej symbolice. Mimo to Layers of Fear 2 bazuje na bliźniaczo podobnym koncepcie, więc względem poprzedniczki okazuje się trochę zbyt wtórne.

Layers of Fear
Layers of Fear

Po raz kolejny notatki i listy kolekcjonujemy w hurtowych ilościach, a zagadki właściwie tu nie istnieją (a przynajmniej darmo szukać takich wymagających napięcia intelektualnej muskulatury), więc gra przechodzi się sama. Przy rozwiązywaniu części łamigłówek posłużymy się latarką, której w pierwotnej wersji nie było. Ponadto w kilku miejscach trafiamy na przeciwników zmuszających nas do ucieczki. Podobne sceny emocjonują tylko przy pierwszym podejściu – kolejne próby jasno pokazują, że skrajnie liniowy przebieg tych konfrontacji nie daje nam żadnego pola manewru, musimy iść jak po sznurku wedle wytyczonego scenariusza albo karnie wrócimy na linię startu.


Ale to już było…

Pozostaje jeszcze opowieść o pisarce zamkniętej w latarni morskiej. Pełni funkcję klamry fabularnej, która spina powyższe wątki i w poszatkowanej formie przewija się w przerwach między znanymi epizodami. To obok drugiego DLC do części pierwszej kolejny element nowej zawartości, choć zdecydowanie najsłabszy z całego zestawu – jeśli mielibyście wydawać kasę tylko po to, by poznać ten krótki, bo rozpisany na kilkadziesiąt minut wątek, szczerze odradzam.

Layers of Fear
Layers of Fear

Inny powód do sięgnięcia po portfel może stanowić odświeżona oprawa graficzna. Ciasne wnętrza prezentują się momentami naprawdę imponująco – są pełne szczegółów, do tego fantastycznie oświetlone (tradycyjnie już wersję na PS5 odpalimy w trybie jakości bądź wydajności i w każdym z nich gra prezentuje się wyśmienicie). Nie jest to z całą pewnością maksimum możliwości Unreal Engine’u 5, ale całkiem niezły przedsmak tego, co zdolni twórcy wycisną z tego narzędzia. Tylko znów muszę pomarudzić…

Czy potrzebowaliśmy tych zmian, skoro od strony wizualnej wersje premierowe wciąż nieźle się bronią? Szczególnie „dwójka” nadal wygląda bardzo solidnie, a i części pierwszej nie można wiele zarzucić. Podobnie z muzyką – kompozycje Arkadiusza Reikowskiego to jeden z mocniejszych punktów tytułu, ale przecież były nim już kilka lat temu. Dźwięki otoczenia odgrywają zresztą nie mniejszą rolę – już na starcie twórcy sugerują, by skorzystać ze słuchawek, i szczerze polecam posłuchać tej rady.

Layers of Fear
Layers of Fear

To nie jest zły pakiet, ba, uważam wręcz, że został bardzo uczciwie wyceniony. Jednak każdy, kto miał ochotę, już dawno wygodnie się urządził w tym pałacu strachu, a dzięki licznym wyprzedażom nie brakowało okazji do nadrobienia zaległości. Trudno mi więc znaleźć argumenty przemawiające za tym, by do uniwersum Layers of Fear dziś wracać, a nowe wydanie polecić mogę jedynie tym graczom, którym z Blooberami nie było do tej pory po drodze.

W Layers of Fear graliśmy na PlayStation 5.

Ocena

Layers of Fear w nowym wydaniu hołduje tezie inżyniera Mamonia, że lubimy te melodie, które już znamy. To solidnie odświeżona kompilacja tego, co zdążyliśmy ograć przed laty, więc posiadacze wcześniejszych wydań mogą spokojnie odpuścić – ani nowa zawartość, ani uwspółcześniona szata graficzna nie są warte dodatkowych wydatków.

7
Ocena końcowa

Plusy

  • niezły, psychodeliczny klimat
  • świetnie zagospodarowana przestrzeń
  • przyzwoicie odświeżone tytuły
  • dopieszczona grafika na Unreal Enginie 5
  • fantastyczna oprawa muzyczna
  • nowy epizod do „jedynki” trzyma poziom „podstawki”
  • uczciwie wyceniona

Minusy

  • powtarzalna, schematyczna rozgrywka
  • pretekstowe zagadki, które traktują gracza jak idiotę
  • otwieranie stu tysięcy szuflad i miliona drzwi nie jest fajne
  • historia z LoF2 nie porywa tak jak scenariusz „jedynki”
  • spajający wszystko epizod w latarni wypada przeciętnie
  • zbyt mało nowej zawartości, by wracać do tych gier po latach



Czytaj dalej

Redaktor
Eugeniusz Siekiera

Filozof i dziennikarz z wykształcenia, nietzscheanista z powołania, kinoman i nałogowy gracz z wyboru. Na pokładzie okrętu zwanego CDA od 2003 roku. Przygodę z wirtualnym światem zaczynałem w czasach ZX Spectrum, gdy gry wczytywało się z kaset magnetofonowych, a pisanie prostych programów w Basicu było najlepszą receptą na deszczowe popołudnie. Dziś młócę na wszystkim, co wpadnie pod rękę (przeprosiłem się nawet z Nintendo), choć mając wybór, zawsze postawię na peceta.

Profil
Wpisów135

Obserwujących22

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze