Jak 16 lat temu zostałem psychofanem Mass Effecta

Jak 16 lat temu zostałem psychofanem Mass Effecta
Wiecie, początkowo zamierzałem po prostu przygotować kolejne RetroKalendarium. Bo mamy już rok 2026, więc nasza umowna granica, gdzie zaczyna się retro, też się przesunęła. I tym samym można teraz napisać, co ciekawego zdarzyło się w branży w styczniu 2011. Tak sobie ambitnie zaplanowałem.

A potem mina mi coraz bardziej rzedła. Bo wiecie co? W styczniu 2011 nie zdarzyło się NIC. To znaczy NIC istotnego dla branży, nic, co sprawiłoby, że będziemy ten czas pamiętać. Serio. Absolutnie nijaki miesiąc. Aż wierzyć mi się nie chciało – ale jednak. Kurna, pomyślałem, to może chociaż wspomnę o ciekawych premierach gier z tego okresu?

I cóż, znów z każdym kolejnym sprawdzonym dniem moja mina robiła się coraz smętniejsza, bo żaden z tytułów nie zdawał mi się warty uwagi. W sumie w pierwszym miesiącu 2011 ukazały się tylko dwie głośniejsze produkcje: Little Big Planet (19 stycznia)… no i Mass Effect 2 (18 stycznia). Co prawda ME2 wyszedł wtedy wyłącznie na PS3, bo na PC i Xboksie debiutował rok wcześniej, ale… każdy powód, by powrócić do ME, jest dla mnie dobry. Zatem powspominajmy tę grę!

Niepozorne początki

Do momentu debiutu „dwójki” nie byłem fanem Mass Effecta. Jasne, zaliczyłem „jedynkę”, uznałem za całkiem fajną, odłożyłem na półkę i tyle. O grze zapomniałem do tego stopnia, że informację o powstającej kontynuacji puściłem mimo uszu. Ba, nawet jakimś cudem – dziś w sumie nie wiem, jak to się stało – nie obejrzałem żadnego trailera czy teasera. A gdy sequel pojawił się w redakcji, dałem go bez większych emocji Allorowi do recenzji. Ten przyleciał po trzech dniach z bananem na twarzy: „Dycha! Dla mnie dycha!”.

Mhm, pewnie, jasne, pomyślałem. Niemniej skoro jest nominacja do dyszki, to potrzeba dwóch innych redaktorów, którzy tę ocenę podtrzymają albo uznają, że nie, nie warto. Zatem wziąłem od Aleksa produkcję i zacząłem ją ogrywać. I wiecie co? Niemal do samego końca uważałem: „Eee, lekka przesada, 9+ to i owszem, ale żeby dycha…?”. A potem doszedłem do finału. I nie miałem już wątpliwości, że najwyższa nota się temu tytułowi po prostu należy. Tak zostałem psychofanem Mass Effecta i do dziś nic się nie zmieniło.

Swoją drogą, w recenzji z CDA 02/2010 (przyjrzycie się Mirandzie na okładce, zrobiliśmy jej subtelny lifting twarzy, bo jakoś ta na arcie zdała się nam nie za piękna) Allor stale nazywa „dwójkę” FPS-em, czego ani ja, ani Maciek Kuc nie wychwyciliśmy, i tak już poszło. Potem Alex się mętnie tłumaczył, że w trybie snajperki to przecież jak nic first-person shooter. 🙂 …I tak oto action RPG zostało pierwszoosobową strzelanką. Choć w sumie to już raczej był shooter TPP z elementami erpega. Bo o ile „jedynka” dość kulawo, ale jednak mieściła się w kanonie RPG, o tyle „dwójka” zdecydowanie poszła w kierunku gier akcji, z mocno liniową fabułą i takoż liniowymi misjami na pierwszym planie.

Okładka CD-Action 02/2010.

Unikat

W sumie to chyba jedna z nielicznych gier (z okolic) RPG, w których fabuła jako taka praktycznie nie istniała, tzn. właściwie ograniczała się do zdania: „Przed wyruszeniem na samobójczą misję musisz skompletować drużynę (w cyklu questów lojalnościowych)”. To zresztą były podstawowe zarzuty przeciwników „dwójki”: odejście od standardów gatunku, liniowość, brak wyraźnie zaznaczonego głównego wątku. Dodawano do tego, że ME2 praktycznie nic nie wnosi do fabuły całej trylogii. Narzekano też na nudne skanowanie planet i męczące, bo zbyt często powtarzane, minigry.

Nie zamierzam twierdzić, że to zarzuty całkiem bezpodstawne, choć dla mnie akurat mało ważne. Ja tam skanowanie lubię. (Mam tipa: grając z angielską wersją językową, polećcie do Układu Słonecznego i przeskanujcie Uran; nie jest to co prawda wyrafinowany żart, ale mnie tam bawi). Szczególnie że dzięki niemu możecie dostać parę ukrytych krótkich misji. Minigier – owszem, męczących na dłuższą metę – pozbyłem się modami. A skoncentrowanie się na „lojalkach” związanych z postaciami z drużyny sprawia, że nawiązujemy z nimi głęboką więź, dzięki czemu niektóre epizody z ME3 (Tuchanka, Rannoch) wyciskają łzy z oczu nawet największych twardzieli.

Dodajcie do tego najza***y „otwieracz”, jaki pamiętam z gier (komu na początku nie opadła szczęka?), który wszelako zostaje i tak przebity niesamowitą końcówką. Plus muzyka. Temat główny, misja finałowa… I choć uważam, że jako całość soundtrack ME3 jest lepszy, to te nuty stale wywołują u mnie ciary. No i ME2 ma w sobie coś, czego nie mają pozostałe części i co rzadko widzę w innych produkcjach – nasze decyzje prowadzą tu do widocznych i znaczących konsekwencji. Historia może zakończyć się totalnym happy endem albo kompletną klęską (z masą stanów pośrednich) wskutek tego, co zrobiliśmy (albo czego nie zrobiliśmy) przez całą grę. Ba, nawet wybory podejmowane w trakcie samej ostatniej misji wymiernie wpływają na to, jak dobrze ta opowieść się skończy. I to daje naprawdę sporą satysfakcję.

W każdym razie ciągle mam dylemat: Lepszy Mass Effect 2 czy Mass Effect 3? Serce mówi ME2, rozum – że ME3, jako zwieńczenie całości i „zamykacz” wątków. W marcu będę tradycyjnie ogrywał trylogię, już po raz piętnasty, więc może wtedy podejmę tę decyzję. 🙂 A jeśli ktoś nigdy w Mass Effecta nie grał – zachęcam i zazdroszczę straszliwie, że to dopiero przed wami.

PS Screeny pochodzą z wersji na PS3; gra na PC, w Legendary Edition, jest sporo ładniejsza.

9 odpowiedzi do “Jak 16 lat temu zostałem psychofanem Mass Effecta”

  1. ME1 swego czasu zupełnie nie trawiłem. Nawet w ramach wyboistego pod tym względem kanonu Bioware wypadało zauważalnie prymitywnie jako cRPG. Dla mnie zbyt. Sama gra wyraźnie niedokończona, lokacje rażąco kopiuj-wklej, budowanie świata (za które ME1 jest dziś chwalone i często preferowane jeśli zestawić jedynkę z sequelami) prowadzone na ćwierć wobec realnych potrzeb gwizdka.
    Resztę zupełnie zignorowałem.

    Po latach usiadłem do LE jak do nieco udawanego CYOA i bardzo mi się jako taka liniowa fabułka trylogia ME spodobała. Droga od całkowitego sceptycyzmu do podciągania się na drążku w ME3 z wypiekami, edge of my seat stuff.

    W ramach drobnego PS: wpływ Citadel DLC czuć nawet w BG3. Profetyczne rozszerzenie, bardziej wpływowe dla gier niż ME jako całość.

    • Generalnie w ME 1 to sie gra dla fabuly, ta sie nadal broni. Cala reszta juz zdecydowanie retro 🙂

      • Ten gameplay to był skansen to już w momencie premiery. Ogólnie rzecz biorąc próby wejścia w „akcyjny” gameplay w wydaniu Bioware odbieram jako outsider art. Gdyby do Edmonton zawitał kosmita, i gdyby oddano mu w pieczę combat design w tych grach naprędce tłumacząc co to „gra-komputerowa” to mniej więcej tak wyobrażałbym sobie implementację. Słodkie są za to pierwsze minuty ME2 i ME3 kiedy zdajesz sobie sprawę, że naprawione/usprawnione zostało to czy tamto. Minuty, bo walka jest jednak wciąż dość nędzna, a człowiek szybko się przyzwyczaja do lepszego. Na etapie ME3 jest już dość bliska przeciętności, i należy oddać, że kosmita się wyrobił.

        Jeszcze temacie fabuły zgodziłbym się z zarzutami, że sumarycznie szkodzi ME brak zaplanowania. ME1 w ME2 jest niemalże zignorowane, a na barkach ME3 leży wszystko, co już ME2 zrobić powinno w ramach fundamentu, a czego – często z korzyścią dla samego ME2 – nie robi.

        A jednak ME bardzo lubię, coś w sobie to wszystko ma, czuć jeszcze, że komuś tam zależało – nawet kiedy EA już czyhało i dyszało.

  2. Z ME2 zawsze miałem ogromny problem. Mianowicie, od samego początku wiadomo było, że jest wersja „happy end” i wystarczy zrobić wszystkie misje poboczne. Strasznie mi to psuło immersję. Do całej trylogii podchodzę bardziej jak to interaktywnej książki niż do gry pseudo-RPG, ale sam system walki od początku był dość przyjemny.
    Ograłem LE krótko po jej wejściu do XGP i nie wiem czy to starość, czy fakt, że znałem już fabułę (chociaż sporo z niej zapomniałem na ten czas), ale w zasadzie nie przejmowałem się losami bohaterów, a dywagacje moralne np. ws. tego co zrobiono Kroganom, etc. nie robiły na mnie już wrażenia. No i nie miałem już kompletnie tego uczucia przytłoczenia i nieuchronnego końca jakie towarzyszyło ME3…

    Podsumowując, wspominam przyjemnie, ale czegoś mi tam brakuje. Może gdyby decyzje w 2 części nie polegały w zasadzie wyłącznie na robieniu questów pobocznych towarzyszy? A może np. gdyby zrobienie questa dla jednego eliminowałoby questa drugiego, to lepiej bym tę grę przyjął i pamiętał?

  3. Ja tam jestem #teamME3, zwłaszcza za kapitalną końcówkę, i to sprzed poprawek wymuszonych gównoburzą. Oryginalne zwieńczenie całej trylogii było dla mnie obezwładniające i monumentalne. Właśnie przez to, że do pewnego stopnia odebrano nam sprawczość. Że nie wszystko musi być tak jak to sobie gracz zaplanował i jakich wyborów dokonał. Że czasem rządzi czysty przypadek. Jak leciały napisy końcowe (swoją drogą: ME 3 ma najlepszą wg mnie ścieżkę dźwiękową z całej serii, za którą odpowiadał Clint Mansell, czyli etatowy kompozytor filmów Darrena Aronofsky’ego), czułem bezsilność pomieszaną z satysfakcją. Ale to było dobre! Od tamtego czasu (czyli okolic premiery ME3) nie wróciłem do trylogii. Jakoś nie chcę sobie psuć wspomnień.

    • Oryginalne zakonczenie – czerwone na minimalnych assetach skopalo mi dupe. Juz sam dolot Tygla byl duzo efektowniejszy i dramatyczniejszy. Potem smierc Garrusa i Liary (tu nie bylo zadnej bezsensownej ewakucji) plus final ze spaleniem Ziemi przez energię Tygla. Siedzialem, patrzylem i myslalem „k***, tak wyglada zwyciestwo?! Warto sie bylo szarpac przez trzy gry by zobaczyc jak ludzkosc ginie, Ziemia ginie…” A potem epilog (nie wiedzialem ze bedzie ale twardo trwalem przez cale napisy, bo on dopiero po napisach byl, liczac ze go dostane) i jednak okazuje sie, ze bylo warto. Oj, pociekla lezka. Jedna. Ale to byl jedyny raz w mojej karierze gdy tak peklem emocjonalnie w grze.

  4. Nadal moja ulubiona część z całej trylogii. Najbardziej dopracowana i wiedząca czym chcę być, gra akcji z fantastycznymi postaciami i pięknymi lokacjami. Fabuła to sztampa, ale dobrze poprowadzona, system strzelania jeden z najlepszych w grach akcji w jakie miałem okazje zagrać, świetna i elektryzująca muzyka, ładna grafika, jak na swoje czasy, sporo humoru i dramatów. Tęsknie za czasami gdzie mogłem się wciągnąć tak mocno w jakiś tytuł. To już nie wróci a człowiek młody nigdy nie będzie, pewna część mnie nadal nie może uwierzyć, że tyle czasu minęło od premiery dwójki i było to przed 2010 rokiem.. a zdawałoby się jakby to było wczoraj.

    Fantastyczny tytuł.

  5. ME2 najlepsze, najpotężniejsze. Do dziś mam soundtrack na telefonie, szczególnie kawałki „Normandy Reborn”, „Suicide Mission” i „End Run” dają czadu. ME1 było niezłe, szczególnie jeśli się grało Game+ i nie trzeba było za dużo myśleć nad kwestiami sprzętu i doświadczenia. Trójka mimo wszystko słabsza niż dwójka, niestety, wg. mnie głównie z winy zmuszenia do grania multiplayera. ME: Andromeda w sumie nie był tragiczny, ale grałem jak już zrobili patch 1.8 czy 1.9, więc większość syfu było poprawione. Mam nadzieję, że ME5 będzie dobrym tytułem i BioWare wyjdzie na prostą po średnio udanych Dragonach i bardzo nieudanym Anthem.

Skomentuj DUST DEVIL Anuluj pisanie odpowiedzi