Prawie zapomniany, wciąż niepokonany. Command & Conquer: Renegade

Prawie zapomniany, wciąż niepokonany. Command & Conquer: Renegade
Legendarną już serię Command & Conquer kojarzymy głównie z trzema rzeczami: nieodżałowanym studiem Westwood (RIP), nieco kiczowatymi, ale niezwykle klimatycznymi aktorskimi cutscenkami i rewolucyjnymi, a przy tym rewelacyjnymi RTS-ami, które pomogły zdefiniować gatunek.

Każda gra z cyklu miała to samo megagrywalne(*) DNA, czyli zbieranie zasobów, konstrukcję potężnej bazy, budowę ogromnej armii i zniszczenie wroga za pomocą sprytu oraz przewagi w sile ognia. Jest jednak pewien outsider, czy może raczej renegat, który wyłamał się z szeregu i zamiast obsadzać gracza w roli dowódcy, daje mu do łapy spluwę i rzuca w sam środek pierwszej wojny o tyberium. Mowa o niesprawiedliwie zapomnianym shooterze Command & Conquer: Renegade, który miał szansę stać się dla strzelanek tym, czym inne gry z tego cyklu dla RTS-ów. A to, że mu nie wyszło, wcale nie czyni go mniej wyjątkowym.

(*) Command & Conquer 4: Tiberian Twilight litościwie przemilczmy.

Command & Conquer: Renegade

Co jest grane?

Akcja wydanego w lutym 2002 roku Renegade’a toczy się w tym samym czasie co fabuła oryginalnego Command & Conquer z 1995. Dla przypomnienia: świat podzielony jest na pozostające w opozycji strefy wpływów, którymi sterują dwie ponadpaństwowe potęgi. Jedna z nich to pseudoreligijne i paramilitarne Bractwo Nod, specjalizujące się w dywersji, szantażu i aktach terroru, dowodzone przez samozwańczego proroka Kane’a. Druga to GDI (Global Defense Initiative), które zaczęło jako zbrojne ramię ONZ do walki z terroryzmem, a ostatecznie stało się wpływową i samodzielną organizacją wojskową, działającą niczym globalna policja (tyle że z dywizjami czołgów i działem jonowym na orbicie). 

Iskrą, która rozpaliła konflikt, jest tyberium. Ten niedawno przybyły z kosmosu na meteorze ni to kryształ, ni to roślina namnaża się jak wirus, wysysając z gleby minerały i replikując się bez końca. Stanowi bezcenne źródło rzadkich pierwiastków i potężny zastrzyk dla przemysłu, ale także śmiertelną truciznę dla wszystkiego, co żyje. Obie frakcje walczą o kontrolę nad jego złożami i idącą z nią w parze dominację. 

Command & Conquer: Renegade

Tytułowym renegatem, którym sterujemy w trakcie kampanii single player, jest Havoc, elitarny komandos na usługach GDI – kierowaliśmy nim „od góry” również w niektórych misjach w pierwszym Command & Conquer. To typowy samotny macho rodem z kina akcji przełomu lat 80. i 90. Ignoruje przełożonych i łamie reguły, za co często ląduje na dywaniku, ale wybryki, za które zwykle grozi sąd polowy, zawsze uchodzą mu płazem. Bo zasady zasadami, ale Havoc zna się na swojej robocie jak nikt. To jednoosobowa armia – bez niego całe GDI mogłoby się od razu spakować i zająć sadzeniem marchwi, zatem nasz komandos swobodnie przemierza świat ze spluwą w łapie. A ma w grze co zwiedzać! 

Przeprawa siłami pancernymi przez góry, walki w miastach, desant na tropikalną wyspę, starcie z helikopterem na zboczu wulkanu, odbijanie jeńców z wrogich twierdz, potyczka na pokładzie statku pośrodku oceanu… Lokacje są naprawdę spore i zróżnicowane, a w każdej poza głównym zadaniem dostajemy też kilka pobocznych, których wykonanie potrafi bardzo ułatwić misję. Natrafiamy też na wiele znanych z serii C&C budowli – rafinerie, świątynie Bractwa Nod, elektrownie. Mamy okazję je zwiedzać, dezaktywować czy nawet niszczyć. Wszystko to umożliwia iście niedorzeczny arsenał: pistolety, miniguny, snajperki, granatniki, wyrzutnie rakiet, miotacze ognia, rozpylacze tyberium, lasery, przenośnie działo jonowe… W mierzeniu się z wieżyczkami obronnym i siłami pancernymi Nod wspomagają nas też liczne i łatwo rozpoznawalne pojazdy, w tym prawdziwa ikona Command & Conquer: kultowy czołg mamuci. 

Command & Conquer: Renegade

Niestety, poza rewelacyjnym klimatem i bezwstydnym fanserwisem dla weteranów strategii studia Westwood, zabawa w singlu ma także swoje wady: sztuczna inteligencja wrogów jest tragiczna, a zwiększenie poziomu trudności oznacza jedynie twardszych przeciwników. Czas potrzebny na przejście na wielkiej mapie z punktu A do punktu B bywa niedorzecznie długi, do tego po drodze nieraz brakuje wrogów, których trupami można by nieco ożywić atmosferę. No i grafika… ta nawet w dniu premiery nie robiła wielkiego wrażenia.

Bo do wojny trzeba sześćdziesięciorga czworga

Na szczęście single player stanowi tylko przystawkę. Prawdziwe danie główne, czyli multiplayer, posiada jeden z najciekawszych i najbardziej grywalnych trybów w historii sieciowych strzelanek – wyjątkową hybrydę shootera i RTS-a, nazwaną po prostu Command & Conquer. Po wybraniu jednej z bardzo zróżnicowanych map gracze (maksymalnie 64 naraz) dzielą się na dwie kilkudziesięcioosobowe drużyny, Nod i GDI, których niemal całkowicie odmienne jednostki wymuszają dwa różne style rozgrywki. Każda ze stron ma swoją bazę i musi jej za wszelką cenę bronić, jednocześnie próbując zniszczyć tę przeciwnika.

Command & Conquer: Renegade

Co więcej, utrata każdego budynku mocno utrudnia dalszą rozgrywkę. Brak baraków blokuje dostęp do zaawansowanych klas żołnierzy (jak niewidzialny szpieg Nod czy komandos GDI). Bez fabryki nie wyprodukujemy natomiast absolutnie żadnych pojazdów – Bractwo może zapomnieć o swoich niezwykle skutecznych niewidzialnych czołgach czy helikopterach bojowych, GDI zaś traci artylerię rakietową i potężne siły pancerne. Bez elektrowni nie działa automatyczna obrona bazy, a bez rafinerii nie będzie pasywnego dochodu, dzięki któremu łatwiej za każdą z wymienionych rzeczy zapłacić. Bo poza kilkoma podstawowymi klasami wojaków, jak snajper czy naprawiający budowle i pojazdy inżynier, wszystko tu słono kosztuje. 

Pieniądze na sprzęt zdobywa się także za pomocą zautomatyzowanych żniwiarek tyberium (jeśli takowa nie zostanie zniszczona i powróci do sprawnej rafinerii, zapewni duży zastrzyk funduszy) oraz eliminując wrogów (im lepszy gracz, tym większa nagroda za jego ustrzelenie). Budynki można rozwalać zmasowanym ostrzałem, ładunkami C4 albo podkładając w wyznaczonym miejscu w bazie wroga znacznik dla superbroni (atomówka lub działo jonowe), która zwykle definitywnie kończy zabawę. 

Rozgrywka to ciągła przepychanka, podczas której każdy żołnierz ma znaczenie, każdy pojazd jest cenny, a zbytnia pewność siebie w ataku i zaniedbanie obrony bazy mogą stać się przyczyną porażki. Dobrze zaplanowana kontrofensywa potrafi natomiast odmienić przebieg niejednej bitwy – szczególnie na mapach, gdzie dozwolone są jednostki latające. W ten oto sposób z unikalnego połączenia dwóch teoretycznie niekompatybilnych gatunków powstała niesamowita gra, która powinna zapisać się złotymi zgłoskami w historii sieciowych strzelanek. Nie dostała jednak na to szans.

Command & Conquer: Renegade

Zabójczy cios przyszedł zaledwie kilka miesięcy po premierze, gdy na PC trafiła pozycja mająca stać się początkiem jednej z najważniejszych serii w historii branży: Battlefield 1942. Gracze nie musieli się tu przejmować ekonomią czy bezpieczeństwem baz lub ogarniać reguł asymetrycznej rozgrywki jak w Renegacie, za to staczali równie wielkie bitwy na imponujących rozmiarem „historycznych” mapach. Do dyspozycji również dostali liczne pojazdy i broń, jednak znajome, bo z drugiej wojny światowej. Shooter bez „udziwnień”, w którym od razu było wiadomo, co do czego służy. 

I choć Renegade w wielu aspektach wyprzedził Battlefielda, to ten drugi dużo częściej nazywany był przełomowym. Ostatecznie studio Westwood uznało swe dzieło za rozczarowanie, a planowany sequel został anulowany. Mimo to strzelanka w świecie C&C, a szczególnie jej tryb dla wielu graczy, zdołała zyskać spore grono wiernych fanów, a ci, dostarczając nieoficjalne patche i mody, podtrzymywali ją przy życiu przez prawie dwie i pół dekady. To dzięki ich wysiłkom w lutym tego roku oficjalną premierę wersji 1.0 miał Renegade X, samodzielny i darmowy remake trybu multiplayer, którego dopracowanie zajęło 20 (!!!) lat. 

Renegade X

Oprócz poprawionej grafiki i wielu drobnych ulepszeń rozgrywki wprowadził też m.in. rangi (system doświadczenia podwyższający statystyki graczy na polu walki). Gra pozwala teraz każdej drużynie wybrać przywódcę, który koordynuje działania zespołu i posiada dostęp do elementów wsparcia, takich jak zasłona dymna czy nalot. Renegade X to nie tylko dowód, że produkcja ta wciąż jest uwielbiana, ale także najlepszy sposób, aby każdy samodzielnie mógł się przekonać, dlaczego na to uwielbienie zasługuje.

2 odpowiedzi do “Prawie zapomniany, wciąż niepokonany. Command & Conquer: Renegade”

  1. CYBERTRIBAL 13 maja 2026 o 13:00

    Kampania była całkiem spoko, w multi nie grałem. Chciałem ją sobie niedawno odświeżyć, ale nie wiem, jak ją zmusić do działania na współczesnych systemach.

    • Wersja Steamowa działa bez zarzutu. Dodatkowo można zainstalować do tego Tiberian Technologies patch, który łata bugi i pozwala na łączenie się z serwerami MP.

Skomentuj