Slay the Spire 2, czyli jak przestałem się martwić i olałem review bombing

Slay the Spire 2, czyli jak przestałem się martwić i olałem review bombing
W listopadzie minie 9 lat od wydania przez studio Mega Crit pierwszej części Slay the Spire – małej karcianki, której niewiarygodny sukces dał podwaliny całemu gatunkowi rougelike’owych deck builderów, stając się jego odpowiednikiem wzorca metra z Sèvres.

Proste zasady, cztery klasy z unikalnym stylem gry każda, setki możliwych kombinacji efektów kart oraz reliktów, a także nieprzewidywalne losowe spotkania i niezliczone trudne decyzje – tutaj nawet dodanie (albo usunięcie) jednej karty może przechylić szalę na stronę sromotnej porażki. A potem, bez względu na wynik, zaczynasz raz jeszcze, aby znów spróbować poskromić tę przeklętą iglicę. 

Nieskończona grywalność wydaje się zbyt słabym określeniem tego, co oferuje graczom Slay the Spire. To substancja uzależniająca w cyfrowej formie. Ale tak samo jak stop platyny i irydu, służący przez dekady światu jako wzorzec długości 100 cm, STS został zastąpiony czymś doskonalszym. Sequelem, który – choć wciąż znajduje się w fazie wczesnego dostępu – już teraz pod wieloma względami deklasuje oryginał.

Lepsze jest wrogiem dobrego

Nie od razu było to dla mnie oczywiste. Grając w Slay the Spire 2, przez dłuższy czas miałem wrażenie, że to tak naprawdę „jedynka” w wersji 1.5, którą to wartość bezczelnie zaokrąglono w tytule do cyfry 2 z powodów marketingowych. Jasne, jest tu więcej klas postaci, więcej kart, więcej reliktów, nowi wrogowie i losowe eventy, niemniej sam gameplay prawie nie uległ zmianie. Ale im intensywniej grałem, tym bardziej docierało do mnie, że zamiast próbować poprawiać perfekcję, „dwójka” dokłada do niej kolejne warstwy. 

Pozycja, którą znałem na wylot, znów stała się świeża, nieprzewidywalna i jeszcze bardziej wciągająca – chociażby poprzez tryb multiplayer, którego w „jedynce” mogliśmy zakosztować tylko za pomocą nieoficjalnych modów. Skrzykujemy od jednego do trzech kumpli, wybieramy dowolną kombinację klas postaci (czterech Ironcladów to przerażająca, choć mało subtelna potęga), odpalamy grę, a przypakowani i atakujący całą naszą grupę naraz wrogowie albo wymuszą ścisłą współpracę, albo zaserwują prędki zgon. Sporo w tym frajdy, ale im więcej osób mamy zespole, tym więcej czasu zabiera planowanie – każdy gracz dysponuje własnymi kartami, ale też reliktami i napojami, a optymalne ich wykorzystanie rzadko kiedy jest oczywiste. 

Przyznam się bez bicia, że choć fajny, multiplayer jest moim najmniej ulubionym trybem. Głównie dlatego, że nie mam przyjaciół wolę skupić się na planowaniu własnych zagrywek, niż debatować kilka minut nad każdą rundą. Może to tylko mój instynkt samotnego wilka, ale przegrana, bo kumpel znowu pomylił kolejność kart, jest nieskończenie bardziej frustrująca niż samozaoranie przez własne gapiostwo. Solo czy w drużynie – gra okazuje się świetna i absolutnie każdy, bez względu na doświadczenie z karciankami, spędzi z nią wiele przyjemnych chwil. I to widać w liczbach.

Rekord na akord

Gdy 5 marca ruszył early access, w STS 2 na Steamie pykało sobie w szczycie ponad 574 tysiące osób naraz, co w porównaniu 57 tysiącami w przypadku „jedynki” daje DZIESIĘCIOKROTNY wzrost liczby jednocześnie grających. Wzrost ten jest nieco pozorny, gdyż pierwsza odsłona serii miała całe lata, aby skusić, rozsmakować w sobie, a nawet znudzić się setkom tysięcy graczy, zaś na „dwójkę” większość z nich rzuciła się od razu. Doszły też nowe osoby zwabione przez samonapędzający się hype, gdyż duże liczby mają zwyczaj przyciągać więcej ludzi, a efekt kuli śnieżnej zrobił swoje. 

Takie samo zjawisko „przyćmiewania” oryginałów przez sequele zaobserwujemy, gdy przyjrzymy się, jak na tle swoich poprzedników radzą sobie Silksong i Subnautica 2. Niemniej – mimo całego tego pozytywnego szumu i przekroczenia jeszcze w kwietniu magicznej liczby 5 milionów (!!!) sprzedanych kopii – gdy piszę te słowa, Slay the Spire 2 ma tylko 56% pozytywnych ocen na Steamie i to przy prawie 190 tysiącach recenzji, a przez ostatnie 30 dni zaledwie 39% z 44 tysięcy oceniających dało kciuk w górę. To iście tragiczna statystyka, jednak nie ma ona nic wspólnego z jakością samej gry. Ta stała się bowiem jedną z największych ofiar zjawiska review bombingu w historii, które uderzyło nie w jednej, nie w dwóch, ale w aż trzech falach.

Karcianka w sosie pekińskim

O co poszło? W marcu problemem był patch wzmacniający Doormakera, jednego z finalnych bossów (nieco później został on całkowicie usunięty i zastąpiony innym), znerfiono też odrobinkę klasę Silent (moim nieskromnym zdaniem nadal pozostaje najsilniejsza w grze). W ciągu paru dni przybyło kilkanaście tysięcy negatywnych recenzji, głównie z Chin. W kwietniu kolejny patch skupił się na utrudnieniu dostępu do nieskończonych kombosów (kilkakrotnie przypadkiem zmajstrował je nawet taki leszcz jak ja), za pomocą których można było pokonać większość wrogów, w tym bossów, jeszcze w pierwszej turze walki.

I znów poleciały tysiące kciuków w dół, ponownie niemal wyłącznie z Chin. Parę chwil spędzonych z internetowym tłumaczem naświetliło nieco sprawę: część Chińczyków jest rozgoryczona, że zabrano im względnie łatwą drogę do wygranej. Inni (ci lepiej się wysławiający) piszą referaty o tym, że dotychczasowe balansowanie za bardzo równa do najniższego wspólnego mianownika i osłabia popularne wybory (kart czy reliktów), zamiast wzmacniać te mniej przez graczy lubiane, a przecież każdy chce czuć się w grze mocarzem, a nie w kółko przegrywać.

Postulują zatem, aby wprowadzić więcej potężnych interakcji – buffy zamiast nerfów. A czemu po prostu nie odpalą sobie trybu dowolnego i nie skonfigurują go tak, aby bez wysiłku wdeptać w ziemię każdy problem i przeżyć swoje wymarzone ekstremalne karciane power fantasy? Nie wiem, ale ewidentnie nie lubią, gdy odbiera im się wrażenie wszechmocy. 

Steam a sprawa chińska

Statystyki są bezlitosne: więcej niż jedna na trzy oceny STS 2 na Steamie pochodzi z Chin oraz jest negatywna, co oznacza, że plus minus 70% wszystkich niepochlebnych opinii wystawili mieszkańcy ChRL. Sama skala nie powinna dziwić, bo w zeszłym roku osoby używające chińskiego stały się najliczniejszą grupą na Steamie (prawie 34% wszystkich aktywnych kont) i od tego czasu coraz bardziej zostawiają w tyle graczy anglojęzycznych. 

Da się tu zauważyć pewną tendencję: gdy dobrze przyjętą i popularną grę zalewa tsunami negatywów, odpowiedzialni za to są prawie zawsze gracze z Państwa Środka. Było tak, gdy Silksong dostał niezadowalające ich tłumaczenie. Było tak, gdy Warframe zlikwidował exploit ułatwiający grę ulubionym kombinezonem chińskich graczy – Wukongiem. I stało się tak wtedy, gdy studio Mega Crit zaczęło mocno balansować STS 2, co jest przecież naturalnym etapem rozwoju gry we wczesnym dostępie. 

Ale Chińczycy nie za takie rzeczy potrafili zaniżać różnym produkcjom oceny: brak dostępności ich języka czy nieotrzymanie darmowych egzemplarzy gier przez ulubionych influencerów (jak w przypadku serii Total War: Warhammer) to tylko bardziej popularne tego przykłady. Zjawisko mandaryńskiego bombardowania negatywami stało się na tyle powszechne, że Steam dla przejrzystości umożliwił filtrowanie recenzji według języków: stąd wiadomo, że aż 86% osób posługujących się mową Szekspira jest z nowego Slay the Spire bardzo zadowolonych. 

Co więc jest nie tak z Chińczykami? W zasadzie… nic. Problem okazuje się bowiem systemowy. Ze względu na totalną reżimową cenzurę internetu obywatele ChRL mają niewiele miejsc, w których mogą otwarcie wyrażać swoje zdanie, a jeszcze mniej takich umożliwiających tym opiniom dotarcie na Zachód. W steamowych recenzjach chińscy gracze mogą przynajmniej otwarcie napisać, z „oczywistymi” zdroworozsądkowymi ograniczeniami (Komunistyczna Partia Chin zawsze patrzy i nie zniesie krytyki), co im się w grze podoba lub nie. 

Review bombing stał się więc jedyną formą ekspresji i wywierania wpływu na twórców gier dostępną dla ponad jednej trzeciej wszystkich użytkowników Steama. Jeśli nie uderzą mocno i masowo, skąd zachodni developer dowie się, że w ogóle chcą, aby coś w grze poprawić? W tym kontekście zjawisko review bombingu nie jest tylko karą dla gry i jej twórców, okazuje się bowiem także rzadkim przejawem wolności dla milionów ludzi żyjących pod butem autorytarnego systemu.

Gdzie diabeł nie może…

W sumie Mega Crit miał sporo szczęścia. Prace nad grą tego studia trwają, sprzedało więcej kopii, niż mogło sobie wymarzyć, i nic wizerunkowo gorszego od chińskiej inwazji już go nie spotka, prawda? Czyż nie może być zatem tylko lepiej? No nie. Wspomniałem bowiem dopiero o dwóch z zapowiedzianych trzech nalotów bombowych. Gdy piszę te słowa, ten ostatni wciąż trwa. Tym razem, dla odmiany, to wcale nie wina Chińczyków. Ot, błahostka: ktoś dopatrzył się na liście twórców STS 2 nazwiska Anity Sarkeesian, która pracowała przy grze jako konsultantka. Część z czytających pewnie właśnie przewróciła oczami, ale idę o zakład, że wielu (szczególnie tych, którzy nie są nieustannie online) zadało arcyważne pytanie: „Kogo?”.

Otóż Anita Sarkeesian to feministyczna działaczka. Wybiła się, tworząc w 2013 roku „Tropes vs Women in Video Games”, cykl filmów na YouTubie traktujących o tym, jak w grach prezentowane i reprezentowane są kobiety. Graczom i twórcom gier mocno oberwało się za seksizm (nie zawsze słusznie), co przysporzyło autorce całej armii oponentów, która do dziś, ilekroć nazwisko Sarkeesian gdziekolwiek wypłynie, daje wyraz swojej niechęci. Tym razem w formie zalewania Slay the Spire 2 negatywnymi ocenami. 

Niektórzy powołują się na nierzetelność Anity, bo gdy krytycznie spojrzeć na jej słynną serię, faktycznie nie brak w niej naginania faktów, ignorowania kontekstu i nadinterpretacji. Ale czego by pani Sarkeesian nie zarzucić, nie można powiedzieć, by groziła komuś śmiercią – zaś jej grożono, i to wielokrotnie. Wśród osób z pasją hejtujących Anitę (a przy okazji STS 2, którego twórcy mieli czelność ją zatrudnić) znajdują się także emocjonalni smarkacze i najgorsi szowiniści, wylewający galonami na nią jad, bo ośmieliła się maczać palce w ich głównym źródle dopaminy i eskapizmu. Nie zauważają oczywiście ironii, że piana, którą w swej furii toczą, aż nadto usprawiedliwia feministyczną działalność pani Sarkeesian.

A najgłupsze jest to, że nikt tak naprawdę nie wie, na co ona w ogóle miała lub ma w tej karciance wpływ, a negatywy i tak się sypią. Tak dla zasady. Na szczęście cała ta żenada nie wpłynęła znacząco na ocenę STS 2, bo to ledwie procenty różnicy w anglojęzycznych opiniach na Steamie (przy włączonym filtrze recenzji nie na temat, chwała Valve za tę funkcję), tycia kropla w morzu przy wcześniejszych mandaryńskich szturmach. 

W kraterze po bombie

Mogłoby się wydawać, że zjawisko review bombingu jest z natury czymś złym, ale nie zawsze. Wystarczy wspomnieć burzę sprzed 2 lat, gdy Sony nagle narzuciło konieczność zalogowania się do PSN, aby odpalić Helldivers 2 na PC, co zablokowało możliwość grania niewyobrażalnej liczbie osób w krajach, gdzie usługa ta nie jest aktywna. Stanowczy protest w postaci 100 tysięcy negatywnych ocen na Steamie sprawił, że wymóg został wycofany tak szybko, jak się pojawił, a hasło „we dive together, or not at all!” zjednoczyło społeczność jak nigdy przedtem (ani później).

Filtr recenzji nie na temat.

Niestety przekształcenie recenzji w amunicję nie rozwiązało wszystkich problemów, bo pomimo usunięcia przymusu posiadania konta PSN do grania, Helldivers 2 zostało wyłączone ze sprzedaży w ponad 100 państwach, gdzie nie można rzeczonego konta założyć. Obecnie tytuł ten znowu jest bombardowany negatywami, głównie ze względu na dyskusyjne modyfikacje w balansie rozgrywki, choć na nieporównywalnie mniejszą skalę – i raczej nie należy oczekiwać od developerów natychmiastowych zmian.

Czy jest zatem sens przejmować się całym tym review bombingiem? Moim zdaniem: nie. Steam nie bez powodu posiada narzędzia, które umożliwiają filtrację źródła ocen według języków gracza oraz systemy automatycznego reagowania, które ukrywają aktywność nie na temat. Co jednak kluczowe, takie recenzje nie są usuwane. Każdy użytkownik ma prawo je zobaczyć (choć pewnie będzie żałował), aby samodzielnie podjąć decyzję o zakupie gry. 

To co teraz będzie ze Slay the Spire 2? A nic. Tej iglicy nie poskromi ani nienawiść do kobiety o niewygodnych poglądach, ani armia rozczarowanych nerfami Chińczyków. Gra już teraz jest fantastyczna, wciąż staje się lepsza i po prostu broni się sama. Dajmy jej czas, a średnia ocen znów – zasłużenie – poszybuje w górę. Bo choć review bombing jest widowiskowy, jego długofalowy wpływ zwykle przypomina raczej petardę niż prawdziwą bombę.

Skomentuj