26
8.05.2022, 06:00Lektura na 16 minut

Steam Deck – recenzja. Masa grania i tyleż konfigurowania

Po ponad dwóch tygodniach spędzonych ze Steam Deckiem odpowiem wam na pytanie, czy urządzenie faktycznie okazało się rewolucją, na jaką czekaliśmy. Ostrzegam jednak – nie jest to dogłębny test techniczny, raczej wrażenia z codziennego użytkowania.

Gdyby Steam Deck doczekał się hollywoodzkiego zwiastuna, narrator filmiku mógłby dramatycznym głosem przeczytać: „Valve… Twórcy przełomowej serii Half-Life (dum), największego sklepu z grami (dum), ale nie (dramatyczna pauza) podobnie rewolucyjnego sprzętu… Do czasu! (DUM!)”. Ile w tym prawdy?

Za tworzenie własnego sprzętu do grania firma z Seattle brała się od dawna. Ma na koncie niezbyt przemyślany projekt Steam Machines (komputerów zunifikowanych na wzór konsol), nawet niezły model pada, który może też zastąpić mysz, a także bardzo udane próby zrobienia własnego sprzętu VR. I choć nie każda z tych rzeczy okazała się sukcesem, to nie można powiedzieć, że były to projekty daremne. Pozwoliły Valve zdobyć doświadczenie i stały się inspiracją dla Steam Decka – przenośnego sprzętu do grania.


Konsola to czy komputer?

Wygląd Steam Decka sprawił, że w momencie ujawnienia światu urządzenia (lipiec 2021) w internecie zawrzało. W komentarzach porównywano sprzęt do Nintendo Switcha. Nic bardziej mylnego, zresztą Valve od pierwszej zapowiedzi nie ukrywało, że ich maszyna to przenośny komputer przeznaczony do gier. Nie jest to nowa koncepcja, na rynku od lat działają takie firmy jak GPD czy DroiX, które projektują rozmaite urządzenia tego typu. Co sprawiło, że wokół Steam Decka pojawiło się tyle zamieszania?

W porównaniu z konsolką Sony Steam Deck jest zdecydowanie większy.
W porównaniu z konsolką Sony Steam Deck jest zdecydowanie większy.

Najważniejszą cechą sprzętu jest niewątpliwie system operacyjny SteamOS. To dystrybucja Linuksa przeznaczona do gier. Typowy interfejs przykryto nową wersją Steama, podobną do trybu Big Picture. Jednak ważniejsze wydaje się to, jak Linuksa zmieniono pod spodem – wszak większość gier powstaje pod Microsoft Windows i nie da się ich uruchomić na żadnym innym systemie. Za sprawienie, by działały one na SteamOS, odpowiada warstwa zgodności Proton. Jest to mutacja aplikacji Wine używanej od lat – z różnym niestety skutkiem – do uruchamiania windowsowych aplikacji pod Linuksem. Proton został jednak mocno zmodyfikowany przez Valve i CodeWeavers. Specjalność oprogramowania to tłumaczenie informacji, jakie gra wysyła do DirectX (windowsowego „sterownika” dla gier), by rozumiał je jego linuksowy odpowiednik – Vulkan. Nie mówimy tu o emulatorze Windowsa, po prostu tytuły uruchamiane za pośrednictwem steamowego oprogramowania są „oszukiwane” i myślą, że działają pod systemem Microsoftu. Proton funkcjonuje od 2018, ale na razie nie odniósł wielkich sukcesów, bo granie linuksowe to jednak nadal mało popularne zajęcie. Teraz Steam Deck ma szansę rozpowszechnić tę technologię, a za jej sprawą – granie na Linuksie.

Tak prezentuje się teoria i śmiałe plany projektantów z Seattle. A jak wygląda i działa samo urządzenie? Gdy pierwszy raz wziąłem Steam Decka do ręki, pomyślałem…


Ależ on wielki!

Pierwsze wrażenie okazało się zaskakująco pozytywne. Wiedziałem już, że Steam Deck jest większy i cięższy od Switcha, dlatego zaskoczyło mnie… jak wygodnie się go trzyma. Szerokość urządzenia sprawia, że nie muszę zginać rąk ku sobie, a jego grubość – że nie muszę też nadmiernie gimnastykować palców. Jeszcze bardziej zdziwiłem się, gdy uświadomiłem sobie, że z trójcy PS Vita – Nintendo Switch – Steam Deck tego ostatniego trzyma mi się nawet najlepiej (choć po dłuższym czasie pojawia się zmęczenie). Palce sięgają do wszystkich przycisków, może poza gładzikami, które wymagają lekkiej zmiany ułożenia kciuków. Zazwyczaj jednak nie muszę nadmiernie przesuwać dłoni, acz należy dodać, że mam je dość duże.


Ergonomią i solidnością Steam Deck przypomina pady do Xboksa.


Steam Deck jest solidnie spasowaną cegiełką z matowego plastiku (nie licząc przycisków A, B, X, Y i krzyżaka) – nic więc nie skrzypi ani się nie ślizga, nawet gdy dłonie zaczynają się pocić. Ergonomią i solidnością przypomina mi pady do Xboksa One, co pewnie dla wielu będzie sporą rekomendacją. Nawet ciężar ok. 670 gramów, choć wyczuwalny, nie daje o sobie znać, jeśli tylko mam możliwość podparcia łokci.

Z wad, które widać od razu, trzeba wymienić to, iż ekran w zakupionym przeze mnie modelu 256 GB (występujący też w tańszym 64 GB) odbija światło dość mocno, dlatego by grać na dworze, muszę szukać sobie cienia. Dopiero model 512 GB wyróżnia się „wysokiej jakości antyrefleksyjnym szkłem trawionym”, więc może w tym przypadku jest lepiej. Ale też drożej o 600 złotych. A że samą pamięć można rozszerzyć kartą SD (albo wymienić dysk, jak robili niektórzy odważni), to czy to szkło jest tyle warte?

Grając na zewnątrz, lepiej jednak pozostać w cieniu.
Grając na zewnątrz, lepiej jednak pozostać w cieniu.

Słychać go...

Po włączeniu sprzętu miałem, co tu ukrywać, mieszane uczucia. Wentylator jest bardzo wyraźnie słyszalny i wydaje dźwięk o nieprzyjemnym, wysokim tonie. Internet już wyśledził, że w Deckach mogą trafić się dwa różne jego modele i jeden z nich ma ten problem. Podobnie jak (akurat u mnie tylko delikatnie) prawy gładzik, który przez kiepskie spasowanie klika nieco głośniej. Nie są to wielkie wady, ale w urządzeniu tej klasy i w tej cenie nie powinny się pojawiać. A to wszystko prowadzi do wniosku, jaki powinienem przedstawić na początku tekstu: czasami czuć, że Steam Deck, zarówno w warstwie sprzętu, jak i oprogramowania, to wczesna wersja, dlatego jego użytkownicy sami, choć półżartem, określają się betatesterami. Ale ponieważ mamy do czynienia z pecetem, to wiele rzeczy da się załatać takimi czy innymi sposobami, którymi społeczność ochoczo się dzieli.

Valve nie ukrywa też, że uczyniło wnętrze Steam Decka jak najbardziej przyjaznym dla majsterkowiczów. Polecam obejrzenie materiału od znanych sprzętowych dłubaczy z iFixit o tym, jak w omawianym urządzeniu spasowane są części i opisane kable – wiele elementów, np. bateria, gałki, spusty, dysk czy właśnie wentylator, można wymontować niezależnie od reszty. Jeśli więc ktoś w prawdziwie pecetowym duchu zachce grzebać w podzespołach i wymieniać je na inne, to będzie mógł to bez większego problemu zrobić, gdy Valve i pozostałe firmy udostępnią je w sprzedaży. Sam zajrzałem do środka, by upewnić się, czy mam ten bardziej problematyczny model wentylatora, i faktycznie – łatwo jest się we wnętrzu maszynki odnaleźć.

Zastosowane tworzywo sprawia, że Steam Deck dobrze leży w dłoniach i nie wyślizguje się podczas zabawy.
Zastosowane tworzywo sprawia, że Steam Deck dobrze leży w dłoniach i nie wyślizguje się podczas zabawy.

Dodatkowo Decka można ulepszać też od strony oprogramowania. Valve wypuszcza aktualizację za aktualizacją. Od premiery pojawiło się ich kilkanaście, w tym jedna poprawiająca parametry obrotów wentylatora, przez co dźwięk małego odkurzacza pojawia się tylko przy naprawdę wymagających grach. Weźcie to pod uwagę, czytając inne testy sprzętu napisane tuż po jego premierze.


Uruchom i graj? Nie tak prędko

Po menu głównym spodziewałem się lekkiej toporności znanej mi z trybu Big Picture, a tu niespodzianka – zmodyfikowany Steam dobrze sprawdza się jako interfejs do obsługi biblioteki gier, choć czasem miewa opóźnione reakcje na naciśnięcie guzika. Dużym ułatwieniem jest przycisk „Steam”, który pozwala przełączać się między sklepem, biblioteką i innymi działami. Na wstępie widzimy kategorię „Great on Deck” wyświetlającą te gry, które Valve „osobiście” testowało i teoretycznie, jak nazwa wskazuje, działają super na ich nowym sprzęcie. Firma przyznaje produkcjom jedną z czterech ocen: „Zweryfikowana”, „Grywalna”, „Nieobsługiwana” i „Nieznana”. Do sprawdzenia tej klasyfikacji nie potrzeba samego urządzenia, da się to zrobić z poziomu sklepu albo specjalnej podstrony, która filtruje nam bibliotekę.

I można by oczekiwać, że jeśli mówimy o grupie zweryfikowanych gier, wszystko powinno być bliskie konsolowym doświadczeniom: włączam i działa. Ale dlatego napisałem w poprzednim akapicie „teoretycznie działają super”, bo nie do końca wiadomo, jak ten proces weryfikacji przebiega i czy można zawsze na nim polegać. Na przykład Vampire Survivors działa faktycznie świetne, ale na końcowych poziomach gra funduje pokaz slajdów. „Grywalne” Tales from the Borderlands zawieszało się na najnowszej odsłonie Protona, wymagając ręcznej zmiany na wersję starszą, The Secret of Monkey Island: Special Edition ściągało konfigurację z chmury, a jeśli graliśmy na czymś z rozdzielczością wyższą niż 1280 × 800 Steam Decka – tytuł nie chciał działać.


Żeby zagrać, trzeba się czasami trochę pomęczyć.


Ale doświadczamy też przyjemnych niespodzianek. Grywalne Dicey Dungeons nie sprawiało żadnych problemów. „Nieznane” Luftrausers, Jupiter Hell, XCOM: Enemy Unknown i Volgarr the Viking działały jak złoto. Udało mi się też zagrać w teoretycznie nieobsługiwane Sleeping Dogs oraz Star Wars Episode I: Racer. Wszystko płynnie w 30-60 fps-ach ze sprawnym sterowaniem. Być może coś zacznie się krzaczyć na późniejszych etapach, ale póki co – bajka. Jednak najlepszym miernikiem mocy Steam Decka jest to, że tegoroczny hit, Elden Ring, śmiga na nim aż miło w 30 klatkach.

Cudów natomiast nie ma, jeśli chodzi o baterię. Wyniki są tu bardzo różne i zależne od gry. Z obserwacji własnych, lektury dyskusji w internecie i oglądania nagrań z użytkowania sprzętu można wysnuć kilka ogólnych zasad: gry AAA dają od półtorej do trzech godzin rozrywki, indyki – dwie-cztery godziny, miłośnicy retro rozciągną zaś swoją zabawę nawet do pięciu-sześciu godzin (jak ja w Legends of Grimrock). Wszystko bowiem zależy od tego, w jakim stopniu chce się nam mieszać w ustawieniach. Na plus dodam, że urządzenie nie grzeje się bardzo mocno, ale za to słychać ten nieszczęsny wentylator.

Im mniej wymagająca gra, tym dłużej będzie działać na baterii. Steam Deck radzi sobie jednak z całym szeregiem gier o różnych wymaganiach.
Im mniej wymagająca gra, tym dłużej będzie działać na baterii. Steam Deck radzi sobie jednak z całym szeregiem gier o różnych wymaganiach.

CZYTAJ DALEJ NA DRUGIEJ STRONIE

Redaktor
Paweł Kamiński

Za dnia pracownik IT, mąż i tata, nocami gracz i czytelnik komiksów. Wyznawca kościoła Dark Souls. Uzależniony od oglądania esportowych zmagań w LoLa. Lubi gotowanie, koszulki z nadrukami i swojego kota Piksela. Ulubiony superbohater: Daredevil.

Profil
Wpisów4

Obserwujących2

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane