Film, którego nie potrzebowaliśmy. „Krzyk 7” – recenzja

Film, którego nie potrzebowaliśmy. „Krzyk 7” – recenzja
W jednym z dialogów filmu padają słowa o upadłych gwiazdach i nieudanych powrotach. I muszę przyznać, że to najlepszy komentarz podsumowujący najnowszy "Krzyk". Pechowo, że napisał je scenarzysta i z całą pewnością nie były zamierzoną autoironią.

W scenie otwierającej „Krzyk 7” wracamy do miasteczka Woodsboro, prosto do posiadłości Machera, w której rozegrały się dramatyczne wydarzenia w pierwszej części kultowej sagi. Z miejsca zbrodni dziś obiekt stał się osobliwym muzeum, które można wynająć na weekend na całkowitą wyłączność. Brzmi jak potężny fanserwis i tak jest w istocie, bo cały film obudowano masą smaczków i nawiązań do kultowej „jedynki” – od konstrukcji niektórych scen, po wykorzystane utwory muzyczne na ścieżce dźwiękowej.

Starzy znajomi

„Siódemka” bezceremonialnie tapla się w przeszłości, z czym zasadniczo nie miałbym problemu. Gorzej, ze film jednoczenie nie ma na siebie pomysłu, jego twórcy nie potrafią zaserwować czegokolwiek autentycznie świeżego, a jak już powielają stare motywy, robią to kiepsko. Do tego opowieść jest wprost przeładowana kretynizmami pozbawionymi logiki. Mam świadomość, że ten gatunek rządzi się swoimi prawami, ale momentami ta historia przypomina skrypt wypluty przez model AI. Dziwi to tym bardziej, że za kamerą stanął Kevin Williamson, scenarzysta dwóch pierwszych, najlepszych odsłon sagi, a więc facet, który wie, co czyniło „Krzyk” tak wyjątkową franczyzą i był z nią związany od samego początku.

Dowodem cofnięcia się do źródeł jest również znana dobrze obsada – wraca nie tylko jej damski trzon w postaci Sidney Prescott (Neve Campbell) i goniącej za sensacją reporterki Gale Weathers (Courteney Cox), ale nawet jeden z dawnych antagonistów. Co więcej, najsłynniejsza final girl tej serii, czyli wspomniana Sidney, znów jest na świeczniku i tym razem wokół niej kręci się cała historia.

Nasza bohaterka jest aktualnie szczęśliwą żoną kapitana miejscowej policji (Joel McHale) oraz matką dorastającej Tatum (Isabel May), która otrzymała imię po jednej z ofiar Ghostface’a. I choć wydaje się, że młode pokolenie przejmie fabularne stery, a stare wygi będą się tylko krzątać w tle, by zadbać o sentymentalną nutę, ostrze mordercy szybko zmienia kurs, biorąc na celownik Sidney i jej najbliższych. Kobieta początkowo chce uciekać, by uniknąć powtórki z minionych masakr, ale stare demony nie dają za wygraną, dążąc do konfrontacji za wszelką cenę.

Zabili go i uciekł

Co dalej, już pewnie wiecie. Rozpoczyna się krwawa gra w ciuciubabkę z mordercą lub mordercami (jak wiadomo, zgodnie z niepisaną zasadą w filmach z serii „Krzyk”, cytując za mistrzem Yodą: „dwóch ich zawsze jest, mistrz i uczeń”) i zgadywanie, kto tym razem gania nocą po miasteczku w dziwacznym przebraniu, przyjmuje na klatę ilość ciosów, która powaliłaby rozjuszonego tura i nieprawdopodobnym fuksem wymyka się wszystkim, nie wyłączając stróżów prawa.

Krzyk 7, Paramount Pictures

Krew leje się gęsto, tropy się mnożą, a zabójcą może być niemal każdy, choć większość potencjalnych podejrzanych możemy z góry wykluczyć jako zbyt oczywistych kandydatów. Nic jednak nie przygotuje was na zakończenie, w którym maska w końcu spada, a pod nią… Tej tajemnicy rzecz jasna nie zdradzę, ale dla filmu i samych widzów byłoby chyba lepiej, żeby prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego.

Scenariusz pisany na bani

Widzę to tak: kiedy ktoś zawodowo szyje girlandy z wnętrzności swych ofiar, zapewne przyświeca mu jakiś cel i robi to z określonego powodu, mimo że ewidentnie ma nierówno pod kopułą i darmo doszukiwać się w tym wszystkim większej logiki. Chcę przez to powiedzieć, że nawet w bezmyślnym slasherze zabójcą na ogół kierują określone motywy, a odkrycie tożsamości mordercy powinno być nieodłącznie związanie z poznaniem powodów, dlaczego psychopata uwziął się akurat na tego czy innego bohatera.

Do tej pory w „Krzykach” jakoś to działało. Czasem argumentację lepiono na ślinę, a ciąg przyczynowo-skutkowy wiązano trytytkami, ale przy odrobinie dobrej wiary dało się to „łyknąć”. Niestety poziom odklejenia nowego wcielenia Ghostface’a jest niewiarygodnie głupi i abstrakcyjny, a jego tłumaczenia tak boleśnie kretyńskie i naciągane, że pod maską mógłby równie dobrze ukrywać się jakiś przypadkowy gość, którego Sidney minęła na ulicy w pierwszej minucie filmu, nie odpowiadając „dzień dobry”. Serio, do końca wierzyłem w jakiś ostateczny twist, który wszystko postawi na głowie i to żenujące zakończenie wyprowadzi na prostą, ale nic takiego nie nastąpiło. „Siódemka” serwuje definitywnie najgorszy finał w całej historii serii, a przecież poprzeczka, nie licząc części pierwszej, nie była zawieszona szczególnie wysoko.

Krzyk 7, Paramount Pictures

Tym, co wyróżniało serię „Krzyk” na tle innych slasherów, była dekonstrukcja, zabawna żonglerka schematami, z których budowało się w latach 70. podobne horrory. Film Wesa Cravena był przełomowy o tyle, że okazał się nie tylko obrazem sprawnie zrealizowanym, ale też jednocześnie bardzo samoświadomym, który w wyczuciem bawi się gatunkową konwencją. I owszem, najnowsza część podejmuje podobne próby, ale robi to nierówno i niestety bardzo nieudolnie. Zmarnowany potencjał.

PODSUMOWANIE: Jest brutalnie, a jucha wesoło chlupocze w buciorach, ale to za mało, by zawalczyć o uwagę widza. Film wydmuszka, próbujący zbyt często grać kartą sentymentu. „Jedynka” była świetna, ale trzymanie się jej kurczowo trzydzieści lat później to średni pomysł, zwłaszcza, jeśli się nie ma nic nowego do dodania.

OCENA: 4

Skomentuj