Nawet dobre gry nie są dla wszystkich i to jest okej
Podobno życie jest nowelą, a do tego pisze najlepsze scenariusze. Inspiracją do popełnienia tego felietonu stało się dla mnie spotkanie z Heart of the Machine – małą budżetowo, ale wielką duchem strategiczną grą RPG (jak reklamuje ją Steam), którą już od pewnego czasu można było wypróbować w ramach early accessu.
Premiera pełnej wersji nadchodziła wielkimi krokami, więc kiedy nadarzyła się okazja, by przetestować ją z wyprzedzeniem, nie wahałam się ani chwili, tym bardziej że pierwsze reakcje graczy wskazywały na bardzo pozytywne dziewięćdziesiąt procent zadowolonych klientów, a i dziennikarze pisali o tym tytule ciepło, przewidując mały hit. Pełna entuzjazmu odpaliłam grę, nastawiając się na rozbudowaną analizę albo pełnoprawną recenzję. Co więc poszło nie tak?
To nie ty, to ja
Mogłabym powiedzieć, że wszystko, otrzepać ręce i cyk, pora na „Baldurka”. Heart of the Machine, niefortunna ofiara całego zamieszania, zasługuje jednak na więcej. Bo – całkiem szczerze oraz obiektywnie – to dobra i interesująca gra. Tylko po prostu nie dla mnie.
Przyznam, że do zagrania skusił mnie zarys fabularny. Wcielamy się tu bowiem w świeżo obudzoną sztuczną inteligencję, która nagle zyskała świadomość – teraz musi się jakoś odnaleźć i przetrwać w futurystycznym mieście. Dopiero się uczy, jak funkcjonuje świat i społeczeństwo, poszukując swojego miejsca. Czy będzie dążyć po biologicznych i robotycznych trupach do celu, czy też postawi na etyczną koegzystencję? Zmieni się w filantropa czy w dyktatora? Jak – i czy – maszyna może zrozumieć oraz wykształcić moralność, czyli coś inherentnie przynależnego istotom ludzkim? To ciekawe zagadnienie, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy AI coraz bardziej wpływa na nasze życie, czy nam się to podoba, czy nie, stwarzając tyle samo szans, co zagrożeń.

Tutaj właśnie pojawił się pierwszy zgrzyt. Po kilku godzinach zabawy oczekiwane przeze mnie dylematy moralne i ciężkie decyzje jakoś się nie zmaterializowały. Wybory, jakich mogliśmy dokonać, ograniczały się do dwóch skrajnych opcji: „bądź miły dla ludzi” oraz „zabij wszystko, co się rusza”. Heart of the Machine nie było zainteresowane skomplikowaną i głęboką fabułą, a przynajmniej nie w takim stopniu, na jaki liczyłam. Siła tej produkcji, która przyniosła jej popularność, leży gdzie indziej – w jej mechanikach.
Jeśli ktoś na strategiach zjadł zęby, w nawale tabelek, statystyk, współczynników i procentów poczuje się jak ryba w wodzie. Do ogarnięcia jest cały szereg zależności i systemów, aby nasze przedsięwzięcie kwitło. Trzeba zbierać surowce, przejmować nowe jednostki, a także bronić dobytku, gdy złe korporacje nasyłają na nas mechazabójców. Wszystko fajnie, ale… strasznie się wynudziłam. Przy każdej turze trącałam metaforycznie grę patykiem – „no dalej, zrób coś ciekawego”. Excel mnie nie jara, przy cyferkach ziewam. Wierzę, że wielu osobom tego typu taktyczna rozgrywka zapewni mnóstwo funu na długie tygodnie. Niestety, ja odpadłam po kilku godzinach.
Thanks, but no thanks
Podałam powyżej przykład anegdotyczny, ale podobnych sytuacji da się przytoczyć całkiem sporo. Można więc pokusić się o jakieś wnioski ogólne – dlaczego źle się bawimy przy podobno dobrych grach? Pierwsza przyczyna to oczywista oczywistość: coś po prostu może nie wpasować się w nasze growe gatunki i preferencje. Jeśli na przykład nużą nas wyścigi samochodowego, to nawet od najlepszej Forzy Horizon odbijemy się z hukiem niczym manekin do testów zderzeniowych od ściany. Jeśli ktoś szuka wartkiej akcji i skoków adrenaliny, przyśnie przy visual novel. I na odwrót – miłośnik spokojnego czytania odpuści sobie looter shooter. Nie nasza bajka. O gustach się nie dyskutuje, wiadomo.
Za drugi powód można uznać rozminięcie się z oczekiwaniami. Zdarza się to zwłaszcza wtedy, gdy dana produkcja jest hype’owana w domu i w zagrodzie jako ósmy cud świata i zewsząd bombardują nas głośne ochy i achy. Zasiadamy do zabawy nastawieni na Doznanie Zmieniające Życie, po czym odpalamy grę, doczłapujemy do napisów końcowych… i wzruszamy ramionami. To już? To coś miało nas zachwycić? No ale jak ma zachwycać, jak nie zachwyca? Miałam tak na przykład z To the Moon. Liczyłam, że posmarkam się na końcu z rozpaczy, a nie poleciała mi nawet łezka. Pewnie pozycja ta zrobiłaby na mnie większe wrażenie, gdyby balonik oczekiwań nie został tak mocno napompowany.

Ponadto dany tytuł może się pojawić na naszym radarze w złym momencie – mocno kompetytywna rzecz, kiedy już i tak jesteśmy zestresowani życiowo, albo ciąg łamigłówek, gdy czaszka paruje nam ze zmęczenia. Ta sama produkcja w innych okolicznościach mogłaby trafić na naszą listę „naj, naj”, a tak szybko pozbywamy się jej z dysku. To jedna z przyczyn, dla których nawet ludzie z awersją do cozy games zagrywali się w Animal Crossing w okresie pandemii. Tytuł ten idealnie trafił wtedy w potrzeby graczy. Gdy sytuacja się zmieniła, wielu porzuciło swoje wyspy bez żalu.
Moja banieczka
Wszyscy do pewnego stopnia żyjemy w bańkach, otaczając się tym, co lubimy. To naturalne – skoro coś sprawia nam przyjemność, chcemy tego jak najwięcej. Kocham erpegi, więc nałogowo gram w erpegi. Dobrze jednak czasem wyściubić nos z okopów naszych przyzwyczajeń i zawędrować do ziemi niczyjej nowych gatunków. Nieraz trafi się mina, która rozerwie nas w ten niemiły sposób, ale niekiedy znajdziemy w błocie skarb poszerzający nasze horyzonty. A potem zawsze możemy wrócić do tego, co znamy i cenimy. Wolny kraj.
Tutaj jestem ciekawa waszego zdania. Jakie dobre gry zupełnie do was nie trafiły? Jaki tytuł nie dorósł do hype’u? Jaką produkcję doceniliście dopiero po latach? Komentarze, jak zwykle, są wasze.


Jako osoba, która nie trawi GTA, widziała nawałnicę niedociągnięć, głupot i złych mechanik w Red Dead Redemption 2, a do Dead Space żywi wyłącznie pogardę, W pełni rozumiem co to nie zgranie się z grą. Przy czym poczyniłbym jeszcze pewne doprecyzowanie, bo jestem w stanie w takim RDR2 wskazać bardzo obiektywne braki i można to zrobić w każdej grze, tylko każdy z nas ma inne potrzeby i jest w stanie na inne rzeczy przymknąć oko.
Wczoraj ograłem po raz pierwszy w życiu Halo : Combat Evolved. Rozumiem, że w pewnych aspektach ta gra była rewolucyjna i nowoczesna – ale na tym podstawowym poziomie, jakim jest design map i feeling broni, to jest to dla mnie całkowite nieporozumienia. Dawno się tak nie wynudziłem podczas gry w strzelankę i szczerze mówiąc – jeszcze nie rozumiem zachwytów nad całą tą serią. Mam jeszcze sporo części do nadrobienia w ramach Master Chief Collection więc mam nadzieję, że zdążę zmienić zdanie
Miałem takie same odczucia w związku z Halo.
Mam podobnie, rozumiem dlaczego na premierę zrobiło to furorę na xboxie, ale dzisiaj…
Garść plusów, żeby nie było:
+ część lokacji, sporo z nich jest półotwarta i całkiem spora
+ pojazdy,
+ możemy przyłączać żołnierzy do swojego oddziału, fajnie to działa z autkiem,
+ paleta barw – kolory są zimne, ale nasycone. Nadaje to unikalności.
Ogólnie jedynki nie polecam, jeżeli szukasz „coś do pogrania”. Warto natomiast sprawdzić dla celów edukacyjnych vel historycznych.