Były scenarzysta filmu o Rey opowiedział o swojej wizji. Zdradził, dlaczego wyrzucono go z „Gwiezdnych wojen”
W najbliższy piątek, wraz z premierą filmu „Mandalorian i Grogu”, „Gwiezdne wojny” wreszcie wracają do kin po siedmioletniej przerwie. Nie oznacza to jednak, że droga do tego momentu była usłana różami. Od dłuższego czasu Lucasfilm mierzy się z falą krytyki ze strony fanów za to, że zapowiada liczne projekty, które później na długie lata grzęzną w produkcyjnym piekle. Przykładami są choćby opowieść Jamesa Mangolda o genezie Jedi, tajemniczy film Taiki Waititiego czy (chyba najgłośniejszy z nich wszystkich) spin-off o Rey, roboczo zatytułowany „Star Wars: New Jedi Order”.
Ten ostatni wspomniany projekt ogłoszono w 2023 roku, a na stanowisko reżyserki zatrudniono Sharmeen Obaid-Chinoy („Dziewczyna w rzece: Cena wybaczenia” z 2015 roku). Akcja rozgrywać się miała po wydarzeniach z filmu „Skywalker. Odrodzenie” i skupiać na losach Rey, która próbuje odbudować Zakon Jedi po ostatecznym pokonaniu Najwyższego Porządku i odrodzonego Palpatine’a.

Zanim jeszcze wyszło na jaw, że Disney odrzucił pomysł na spin-off o Kylo Renie (w roli głównej miał powrócić Adam Driver) zatytułowany „The Hunt for Ben Solo”, perspektywa filmu dziejącego się po Epizodzie 9 dawała nadzieję na naprawienie błędów ostatniej trylogii Disneya. Lucasfilm zaangażował do tego zadania Damona Lindelofa, cenionego scenarzystę stojącego za sukcesami takich hitów jak „Pozostawieni”, „Watchmen” czy nadchodzącego serialu HBO „Latarnie”. Został on jednak odsunięty od produkcji, kiedy to była już prezes Lucasfilmu, Kathleen Kennedy, postanowiła całkowicie przebudować projekt. Wówczas nowym scenarzystą został Steven Knight („Peaky Blinders”).
Teraz dowiedzieliśmy się, dlaczego tak się stało. Damon Lindelof gościł ostatnio w podcaście House of R, w którym bez ogródek potwierdził, że został „wylany” przez Lucasfilm po dwóch latach pracy nad scenariuszem:
Zostałem zwolniony ze świata »Gwiezdnych wojen«. Najpierw zapytali mnie: »Jak twoim zdaniem powinien wyglądać film z tej serii?«. Odpowiedziałem: »Oto moja wizja«. Usłyszałem: »Świetnie, przyjmujemy cię«. A dwa lata później dostałem wypowiedzenie. To, co próbowaliśmy zrobić wraz z moimi partnerami, Justinem Britt-Gibsonem i Rayną McClendon, to zawrzeć w tej produkcji pewien dialog. Chcieliśmy pokazać, że potęga nostalgii i potęga rewizjonizmu stoją ze sobą w głębokiej sprzeczności. Planowaliśmy zrobić taką reformację protestancką wewnątrz »Star Wars«. I to nie przeszło. (…) Sam pomysł bardzo im się podobał, po prostu pisanie okazało się cholernie trudne. Wszystko szło jak po grudzie. Trafienie w odpowiedni ton, osadzenie tego w kanonie, połączenie z Epizodem 9… No i fundamentalne pytanie: czy to ma być początek nowej trylogii?
Jego zdaniem trylogia sequeli wyraźnie zdefiniowała Rey, Finna i Poe jako nowe twarze „Gwiezdnych wojen”. Tyle że po premierze Epizodu 9 ten kierunek gdzieś się rozmył:
Kiedy do kin wchodził Epizod 7, wszyscy wiedzieliśmy, o co chodzi. Liczyli się Rey, Finn i Poe. Jasne, potem stopniowo wracaliśmy do korzeni, wprowadzając Luke’a, Leię, Hana, Chewbaccę i całą resztę. Ale mieliśmy poczucie, że gdy ta nowa trylogia dobiegnie końca, to właśnie te świeże postacie poniosą uniwersum dalej. To one stanowiły rdzeń »Star Warsów«. Moje pytanie na dziś brzmi: czy tym nowym rdzeniem »Gwiezdnych wojen« są teraz Mando i Grogu?
Ze słów Lindelofa jasno wynika, że zarówno on, jak i pozostali scenarzyści nie potrafili sprostać wymaganiom, jakich oczekiwali od nich Kennedy i Lucasfilm. Nieco później z projektu zrezygnował również Steven Knight, zostawiając po sobie niedokończony tekst, który ostatecznie przejął George Nolfi („Władcy umysłów”). Od ponad roku nie dostaliśmy jednak o tej produkcji żadnych nowych wieści, a od odejścia Lindelofa studio zdążyło już nakręcić dwa inne filmy z tego uniwersum.
Nie wydaje się jednak, aby „Mandalorian i Grogu” miał wyznaczyć nowy kierunek dla marki Star Wars. Z recenzji krytyków jasno wynika, że są to po prostu dwa zlepione odcinki serialu „The Mandalorian”, a nie produkcja, która na nowo rozbudzi zainteresowanie uniwersum. Bardziej stawiam na to (i też po cichu liczę), że to „Star Wars: Starfighter” z Ryanem Goslingiem wniesie świeżość, na którą czekamy już od dłuższego czasu.