To najlepsza strzelanka tego roku i nie mogę przestać w nią grać. Splatoon Raiders – recenzja
W Splatoon Raiders wcielamy się w Mechanika, który u boku trójki bohaterów znanych ze Splatoona 3 (Shiver, Frye i Big Mana) eksploruje tajemnicze Wyspy Spirhalite w poszukiwaniu skarbów. Największą zmianą względem poprzednich części jest brak klasycznego trybu PvP. Splatoon Raiders stawia wyłącznie na przygodę dla pojedynczego gracza (z opcją kooperacji dla maksymalnie czterech osób) – po kilkunastu godzinach spędzonych z grą mogę powiedzieć, że to jedna z lepszych decyzji, jakie mogło podjąć Nintendo. Dotąd nie byłem wielkim fanem tej serii, ale od tej pozycji wprost nie mogę się oderwać.

Salmon Run urósł do rangi pełnoprawnej gry
Splatoon Raiders to w gruncie rzeczy rozwinięcie Salmon Runa, czyli trybu, w którym zamiast z innymi Inklingami czy Octolingami walczymy z falami stworów zwanych Salmonidami. W miejsce typowej arenowej struktury znanej z poprzednich odsłon cyklu w Raiders wprowadzono system etapów w formie podzielonych na kilka rodzajów dungeonów.
Dostajemy tu klasyczne poziomy polegające na przejściu od punktu A do B, bardziej otwarte lokacje, w których musimy zebrać określoną liczbę Power Eggów, ciasne areny z ciągłym spawnem wrogów oraz minilochy uczące obsługi gadżetów i pozwalające na zbieranie punktów umiejętności. Trzeba też zaznaczyć, że wiele etapów wymyka się ramom serii i ewoluuje w trakcie rozgrywki, co podkręca jeszcze wrażenie świeżości, jakim Raiders atakuje od początku.

W nowej grze powracają niemal wszyscy bossowie i pomniejsi przeciwnicy, a do tego dochodzą kolejne typy oponentów. Wśród nich znajdują się Smokery osłaniające pobliskie Salmonidy gazową bańką redukującą obrażenia, Salty Tongues atakujące zębami z bliska czy niebywale wkurzające Sparky, które eksplodują po zbliżeniu się do gracza. Najciekawsze są jednak moim zdaniem „przyprawione” Salmonidy (Seasoned), czyli dużo mocniejsze warianty starych znajomych, jak np. trzykrotnie wyższy od standardowego Big-Stack Stinger z trzema działkami na wieżyczce.
Statek jako baza wypadowa
Podstawę rozgrywki poza samymi misjami stanowi statek, pełniący funkcję hubu. Mamy za zadanie stopniowo go rozbudowywać i jest to zdecydowanie jeden z sympatyczniejszych elementów pętli gameplayowej. Z każdej wyprawy przynosimy sporo broni oraz kryształów, więc cały czas chce się wypełniać kolejne misje, żeby zobaczyć, co tam jeszcze wypadnie.

Nie trzeba się przy tym kurczowo trzymać jednej broni. Da się bowiem pozyskać naprawdę dużo różnego uzbrojenia, a każde ma swoje wady i zalety, więc eksperymentowanie jest tu nie tylko możliwe, ale wręcz opłacalne. Ja jednak nie polubiłem się ze snajperkami oraz ciężkimi spluwami – okazały się dla mnie za wolne i nie mogłem przekonać się do ich używania podczas najbardziej chaotycznych starć.
Uzbrojenie na każdą okazję
System ulepszania broni, gadżetów i umiejętności należy do najlepszych, jakie widziałem w strzelankach w ostatnim czasie. Gadżety, które zastępują znane z wcześniejszych gier podbronie, są przypisane do konkretnych typów zbiorników na tusz. Nie da się więc dowolnie mieszać wszystkiego ze wszystkim (chociaż w dalszej części gry można trochę te reguły nagiąć), ale i tak liczba dostępnych kombinacji robi wrażenie.
Same gadżety zapewniają kolejne sposoby walczenia z Salmonidami. Niektóre są po prostu dodatkowymi broniami i umożliwiają np. ataki z wyskoku czy potężne cięcia wręcz, a inne pozwalają ustawiać wieżyczki bądź rzucać granaty.

Dzięki różnym zbiornikom, gadżetom i broniom otrzymujemy przynajmniej kilkanaście realnie odmiennych stylów gry, więc każdy znajdzie coś dla siebie niezależnie od tego, czy woli agresywne podejście, wsparcie na polu bitwy, czy też kontrolowanie obszaru. Sterowanie żyroskopowe pozostaje przy tym chyba nadal najlepsze na rynku i naprawdę ułatwia celowanie – szczególnie w szybszych, bardziej chaotycznych starciach.
Fabuła okazuje się wyraźnie pretekstowa i nie próbuje konkurować z tym, co seria oferowała np. w Splatoonie 3 – może to nieco rozczarować, bo w końcu Raiders stawia na zabawę singlową. Nie zmienia to jednak faktu, że przyjemnie ogląda się, jak w kolejnych aktach przygody bohaterowie odkrywają nowe informacje o świecie gry. Dla fanów uniwersum przygotowano też sporo fragmentów lore’u do zebrania, a sama historia daje nieco głębszy wgląd w przeszłość Shiver, Frye i Big Mana, czego wcześniej w tej formie nie było.

Kooperacja to serce tej gry
O ile poprzednie części serii kojarzyły się głównie z PvP, o tyle w Raiders to właśnie kooperacja gra pierwsze skrzypce i wydaje się nawet lepiej pasować do Splatoona. Niemal cały tryb fabularny można przejść wspólnie z innymi, a ukończenie dungeona liczy się jako postęp dla drużyny, nawet jeśli ktoś danego etapu jeszcze nie odblokował samodzielnie.
Multiplayer podbija wyzwanie, jakie stanowią Salmonidy, ale każdy gracz zachowuje przy tym własny, indywidualnie ustawiony poziom trudności, więc nowicjusze i weterani mogą bawić się razem bez kompromisów. Sympatycznym detalem okazuje się też to, że nazwy graczy w co-opie nie są prawdziwe i zawsze w jakiś sposób nawiązują do uniwersum Splatoona.

W trudniejszych misjach przydaje się przycisk „call for help”, pozwalający przywołać innych bawiących się online do pojedynczego rajdu. Ma on jednak cooldown, więc nie można polegać na nim bezkarnie w każdej trudniejszej sytuacji, tylko trzeba korzystać z niego z rozwagą. W trybie dla jednego gracza towarzyszy nam niewielki robot, wspierający ostrzałem oraz podbiciem pozwalającym zyskać wysokościową przewagę nad przeciwnikami. Można też korzystać ze specjalnych umiejętności Shiver, Frye i Big Mana, potrafiących odwrócić losy nawet najcięższych bitew.
Stopień trudności wyważony jak rzadko
Do dyspozycji mamy trzy poziomy trudności, z najwyższym Survivalist na czele, ale najbardziej zaskoczyło mnie to, jak świetnie Splatoon Raiders skaluje się do naszych umiejętności. Można pójść tu na łatwiznę i mimo to dobrze się bawić, ale da się również narzucać sobie coraz większe wyzwania. Jeśli jakiś etap sprawia problem, wystarczy wrócić do wcześniejszych dungeonów, podbić poziom i statystyki, co świetnie zabezpiecza grę przed zniechęceniem nowszych osób, albo zawołać bardziej doświadczonych zawodników z sieci.
Po ukończeniu odpowiedniej liczby etapów odblokowuje się tryb Spicy, pozwalający przechodzić te już zaliczone na podkręconym poziomie trudności (z nowym rozstawieniem i większą liczbą wrogów), dzięki czemu ich powtarzanie nigdy nie staje się nudne. Przyjemne urozmaicenie stanowi też to, że treningowe lochy trzeba odnajdywać samodzielnie na mapie gry za pomocą kompasów, więc eksploracja odgrywa tu ważną rolę.

Switch 2 pokazuje pazur
Pod względem technicznym Splatoon Raiders wypada naprawdę dobrze. W trybie zadokowanym otrzymujemy ostry obraz w okolicach 1440p z antyaliasingiem, rzadkością w grach Nintendo, a w trybie przenośnym rozdzielczość schodzi do 1080p, wciąż prezentując się bardzo czysto. Gra utrzymuje przy tym stabilne 60 klatek na sekundę niezależnie od trybu – w moich testach ani razu nie zauważyłem spadku płynności, nawet gdy na mapie pojawiały się setki Salmonidów naraz.
Projekty wrogów są naprawdę kreatywne – w niektórych momentach śmiało mogłyby uchodzić za coś rodem z Monster Huntera. Na minus muszę zaliczyć jedynie ścieżkę dźwiękową – ta po prostu jest i to w zasadzie tyle. W poprzednich częściach odgrywała istotniejszą rolę i można było nucić wybrane kawałki, tymczasem w Raiders wydała mi się bardzo nijaka i tylko od czasu do czasu jakiś energetyczny utwór podkręcał nieco emocje w trakcie walki.

Ja chcę więcej!
Splatoon Raiders to produkcja, w której każdy znajdzie coś dla siebie niezależnie od tego, ile czasu chce jej poświęcić. Sam wątek fabularny zajmuje kilkanaście godzin, ale dla osób pragnących wycisnąć z gry wszystko przygotowano tu jeszcze całkiem sporo zawartości. Brak klasycznego PvP może rozczarować część fanów serii, jednak w zamian dostajemy jednego z najbardziej różnorodnych i najlepszych Splatoonów w historii marki. Jeśli szukacie dobrego looter shootera na Switcha 2, trudno wskazać dziś coś lepszego.
OCENA: 9
PODSUMOWANIE: Splatoon Raiders rezygnuje z PvP na rzecz zabawy singlowej bądź kooperacyjnej i jest to decyzja zdecydowanie na plus. W lepszą strzelankę w tym roku jeszcze nie grałem!
PLUSY:
- uzależniająca pętla rozgrywki;
- ogromna różnorodność stylów gry dzięki gadżetom, zbiornikom i typom broni;
- świetnie wyważony poziom trudności;
- kooperacja pasująca do Splatoona bardziej niż klasyczne PvP;
- rozbudowany system upgrade’ów uzbrojenia i gadżetów;
- stabilne 60 klatek na sekundę i wysoka rozdzielczość;
- kreatywne projekty wrogów.
MINUSY:
- brak trybu PvP niektórych zapewne rozczaruje;
- fabuła okazuje się wyraźnie pretekstowa;
- soundtrack raczej nikomu nie zapadnie w pamięć.