Przed chwilą

Zagraj w Snake’a i deportuj imigrantów. Biały Dom znowu sięga po gry wideo w celach politycznych

Zagraj w Snake’a i deportuj imigrantów. Biały Dom znowu sięga po gry wideo w celach politycznych
Z buciorami w gry wideo.

Polityka to bagno, w którym zapewne nawet nieumarły Shrek nie chciałby się relaksować. Mimo tego światy gier wideo i różnych szczebli władzy się przenikają coraz częściej. U nas była głośna sprawa z podarowaniem ówczesnemu prezydentowi USA kopii Wiedźmina, były sekretarz generalny NATO, Jens Stoltenberg, grywał w Age of Empires, a w ostatnich latach sojusz tronu z padem się rozwija, chociaż nie zawsze w dobrym kierunku.

Przodują Stany Zjednoczone i niestety nie jest to powód do dumy; Biały Dom często sięga po memy lub gry wideo w celu budowania kapitału politycznego. Kilka tygodni temu pisałem o oficjalnych prośbach japońskiego rządu o zaprzestanie wykorzystywania w ten sposób stworzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni produkcji. Niestety, wbrew obiegowym opiniom, najwyraźniej nie da się porozumieć ze wszystkimi, bo amerykańska administracja na tę chwilę po prostu prośby zignorowała. Za to nie omieszkała przejechać się na kilku kolejnych popularnych produkcjach.

Tym razem padło m.in. na Flappy Birda, Tetrisa i właściwie całą Segę. Biały Dom uruchomił stronę, na której możemy zagrać w parę gier. Jedna pozwala polatać orłem nad Waszyngtonem, następna zbudować mur w celu obrony przed hordą, a jeśli wolicie, to można też zbierać uciekinierów chodzących za wciśniętym w garnitur oficjelem i obserwować rosnący licznik deportowanych. Boki zrywać.

Wydźwięk polityczny, jakkolwiek obrzydliwy by nie był, tak tym razem nie ma znaczenia, bo jesteśmy na stronie o grach wideo i nie będę was umoralniał na siłę. Samo sięganie po tego rodzaju „marketing” raczej nie jest niczym złym, z kolei z perspektywy graczy (statystycznie trzydziestokilkulatków, więc ludzi potencjalnie głosujących w wyborach) wypada się cieszyć. Po dekadach oskarżeń i odsądzania tego hobby od czci i wiary staje się bardzo powoli zrozumiałym językiem współczesności.

Problem w tym, że Biały Dom nie pyta nikogo o zdanie i raczej nie zawraca sobie głowy zdobywaniem licencji, pozwoleń lub chociaż milczącej akceptacji. Wnioskując po braku reakcji na sygnały płynące z Japonii, w tym momencie protesty z dowolnej strony też niewiele dadzą, bo Amerykanie je najprawdopodobniej zignorują. Tymczasem do gier wideo już nie raz i nie dwa przyklejały się przeróżne brudy. Jeśli dzisiaj nie będziemy mówić o tym głośno, w przyszłości wystarczy jeden nadgorliwy polityk, by posądzić gry np. o bycie narzędziem agitacji wyborczej.

Dołącz do dyskusji