„Mściwy Franek”, „Betonowa dżungla”, Mr Jedi z recenzjami. Sprawdzamy CD-Action 04/1996

„Mściwy Franek”, „Betonowa dżungla”, Mr Jedi z recenzjami. Sprawdzamy CD-Action 04/1996
W tym cyklu przypominamy numery CDA dokładnie sprzed 30 lat. Pora zatem wybrać się do kiosku Ruchu z dziesięciozłotowym banknotem w ręku, by po wakacyjnej przerwie nabyć CDA 04/1996.

Pismo liczy teraz 64 strony i jest to już w końcu prawdziwie „comiesięczny miesięcznik” (przynajmniej do wakacji w 1997, gdzie znów – i po raz ostatni – przygotujemy letni numer łączony). :) Zdobi go artystyczna (ekhem) okładka w stylu „naćpanizmu postmodernistycznego”, a na to jeszcze nadrukowane tytuły gier (ale za to tak, by były dość nieczytelne) i (niewiele czytelniejsze) nazwy programów użytkowych. I to właśnie takowy „użyt” jest główną atrakcją tego numeru, gdyby sądzić na podstawie okładki. A konkretnie to program graficzny Imagine 3.0, którego pełną wersję wrzuciliśmy w tym numerze na CD. Ponoć wartą 640 dolarów wedle tego, co pisze w także mało czytelnym wstępniaku naczelny. (Dlaczego do cholery wydrukowano to kursywą?) Jak widać, tradycja pełnych wersji na CD w CDA jest starsza, niż myśleliście!

Sprawdź też poprzednie analizy archiwalnych wydań CD-Action:

„Mściwy Franek”, „Betonowa dżungla”, Mr Jedi z recenzjami. Sprawdzamy CD-Action 04/1996

Pora na spis treści. Tematy lecą ciurkiem bez jakichkolwiek podziałów, do tego oczywiście zamiast nazw gier czy programów mamy enigmatyczne tytuły recenzji: „Bunt robotów”, „Mistrzowski nokaut”, „Betonowa dżungla” itd. Domyśl się! Na pewno można było to zrobić jeszcze gorzej, choć pewnie już tylko niewiele gorzej. :)

CDA zaczyna się tradycyjnie od opisów użytków – Lingua Land, czyli „Młody poliglota”... Kurczę patrzę na ten tekst i cierpię. Zdecydowanie za długi i nudny lead pisany do tego kursywą. Tekst niesformatowany do krawędzi, co wygląda niechlujnie. Tytuł walnięty fontem, który mógłby znaleźć się na wystawie „Wszystko, co było najgorsze w designie lat 90. XX wieku”. I ta stopka w stylu „nagrobek”... Oglądając ten numer z perspektywy 30 lat, naprawdę się zastanawiam, jak to pismo mogło przetrwać i się ludziom podobać.

I że nas samych wtedy to jakoś nie raziło? Swoją drogą ów program był do wzięcia za marne 250 zł. W czasach, gdy dostając 1000 zł na rękę, czułeś się jak panisko. Wiem, bo jak mnie przyjęto w styczniu 1997 na etat, to dostałem 1100 zł netto i czułem się jak panisko. Żona zarabiała wtedy bodaj ze 400–450 zł. (Jeśli uważacie, że 250 zł to drogo, parę stron dalej mamy podobny program – Europlus+ – za 429 zł).

Imagine, Deadline, Z

Potem Paweł Musiałowski robi krótki przegląd screensaverów i już przechodzimy do clou numeru, czyli wspomnianego Imagine. Recenzja na całą stronę. Hmmm… Ale znak jakości CDA jest. No dobra, potem parę stron zajmuje krótki kurs obsługi. I na koniec informacja, że jak wersja 3.0 się wam spodoba, to możecie zrobić jej upgrade do 4.0 za marne 100 dolców. Generalnie w tym numerze omówiliśmy sporo programów graficznych, a także narzędzie dla detepowców, co w sumie też da się podciągnąć pod tego typu aplikację.

Od 17. strony w końcu zaczynają się artykuły o grach. Pierwsza to Deadline firmy Psygnosis, recenzowana przez Pawła „Mr Jedi” Musiałowskiego. Nawet tania – 119 zł. Produkcji tej pewnie już nie pamiętacie, ale firmę powinniście. A po symulatorze helikoptera A.T.F. (recenzja zatytułowana „Zafunduj sobie odlot”) wskakuje tekst pod tytułem „Z” – będący recenzją gry Z i napisany przez niejakiego Mac Abrę. Tego prostego RTS-a nawet nieźle wspominam. Z lekką obawą przeczytałem swoje wypociny sprzed trzech dekad. No cóż, nie jest to coś, czym się będę chwalił, ale wstydu też nie ma. Bije z tego taka świeża, naiwna radość początkującego dziennikarza, co to pisze sercem, a nie rozumem... i nie chce mu się nad tekstem bardziej przysiąść, by go doszlifować i poukładać. Napisane? Napisane. No to leci do DTP. ...Korekta? A po co?! :)

Dalej Powerslave, czyli taki Hexen w Egipcie (też mój tekst, ale tej gry i recenzji w ogóle po latach nie pamiętałem, dopiero zerkając na podpis, się zdziwiłem: „Ej, to przecież moje!”). Lord Yabol rozkminia RPG Albion. Po nim mamy Megarace 2, Euro 96 i Virtua Fightera. Robiliśmy sobie w pracy turnieje w tę ostatnią grę.

...O, jest jakaś reklama. Sklepu HMS, czyli ludzi będących współwłaścicielami wydawnictwa Silver Shark. Nigdy nie zobaczyłem żadnego z nich. Ceny gier w przedziale od ok. 50 zł (polskie) do 189 zł (Eurofighter 2 i mieszczący się na 4 CD Silent Steel).

Franko, Pray for Death, Wipeout

Następnie mamy tekst zatytułowany „Mściwy Franek” – oczywiście o kultowym Franko (za marne 39 zł). I kolejny mój na temat bijatyki Pray for Death, który znów czytałem jak napisany przez kogoś zupełnie obcego, cierpiąc przy frazach typu „czadowe melodie” i uśmiechając się przy zachwytach nad bardzo szczegółowymi modelami postaci wyglądających może nieco lepiej niż pierwsza Lara Croft. Dalej Paweł recenzuje Wipeouta (chyba lubił twórczość Psygnosis) – widać subtelną różnicę w oprawie wizualnej na PC i PlayStation… Cóż, bez akceleratorów grafiki takie gry dużo traciły na wyglądzie.

Potem opis kolejnego symulatora helikoptera (Hind) oraz dzieła, które – jak mniemam – dobrze kojarzycie, mowa o Earthworm Jimie. ...Co? Nie kojarzycie? A warto. Kolejny wspomniany tytuł to coś dla ludzi grających... ale na giełdzie, tzn. polski symulator inwestora (Inwestor) rodem ze Seven Stars. Ja – w końcu jako Smuggler :) – na następnych trzech stronach oceniam Urban Runnera, czyli czarny kryminał zrealizowany jako FMV. Pamiętam, jak się z tą grą męczyłem, bo była po angielsku, z którym (bez napisów) wtedy radziłem sobie raczej słabo.

Generalnie coś sporo się w tym numerze udzielam jako recenzent (pamiętając, że byłem wtedy tylko dochodzącym współpracownikiem), bo mam na koncie jeszcze opinię o dwóch tytułach, czyli Lemmings Paintballu (nie podobał mi się) i polskiej przygodówce Eksperyment Delfin (jako Lifter). Ale pewnie to dlatego, że w przeciwieństwie do większości ekipy nie wyjechałem na wakacje i tym samym miałem sporo wolnych gier do wzięcia i wypróbowania.

Szału nie ma, ale jest progres

Kilka ostatnich kartek to tradycyjna mieszanka: jedna strona to przegląd programów shareware, dwie o scenie komputerowej (zgadnijcie czyjego autorstwa), druki prenumeraty… i w sumie koniec pisma. A, może warto jeszcze wspomnieć o dwóch reklamach na tylnej okładce. Pierwsza dotyczyła gier dystrybuowanych przez Studio Komputerowe Waldiego Czajkowskiego. (Każdy, kto kupował pirackie kastety z pozycjami na C64 i okładkami robionymi na drukarce igłowej, zawierającymi tytuły gier i charakterystyczne krótkie opisy typu „Anglik walczy na moście” – niechaj wie, czyje to dzieło). A druga promuje Gamblera CD. Sto stron z CD za 9,99 zł, czyli niedrogo. Dołączenie CD niestety Gamblerowi za wiele nie pomogło. A szkoda, bo było to dobre pismo, z którym CDA nigdy się nie żarło, nie toczyliśmy żadnych wojen redakcyjnych etc.

Cóż powiedzieć więcej – sumarycznie numer dość nijaki, nie przyciąga tytułami hitowych gier ani tekstami, które się pamięta latami. (Imagine na CD też szału nie zrobił i sprzedaż nie poszła za mocno w górę, na co liczyli wydawcy; najwyraźniej nie czytało nas za wielu grafików. Ale „pełniaki” na CD to był dobry kierunek). CDA nadal w fazie niemowlęcej – acz zerkając na kolejny (październikowy) numer, widzę, że po wydaniu 4/96 zaczęliśmy się w końcu czegoś uczyć, wyciągać wnioski z uwag czytelników i poprawiać w piśmie to i owo. Niedużo, ale zawsze. O czym opowiem wam za miesiąc.

Dołącz do dyskusji