95 tysięcy złotych za magazyn, mój debiut w CD-Action i przegląd poziomów do Dooma. Sprawdzamy drugi numer CDA w historii (02/1996)

95 tysięcy złotych za magazyn, mój debiut w CD-Action i przegląd poziomów do Dooma. Sprawdzamy drugi numer CDA w historii (02/1996)
Skoro w 2026 obchodzimy trzydziestolecie, powspominajmy sobie stare czasy i archiwalne edycje CD-Action. Co miesiąc będę więc sięgał po kolejne CDA sprzed 30 lat. Jako że mamy czerwiec, na tapet biorę drugi w naszej historii numer – z czerwca 1996 właśnie.

Sam rok 1996 obfitował w rozmaite wydarzenia, których nie będę ponownie omawiał, gdyż zrobiłem to tutaj. Skoncentrujemy się wyłącznie na piśmie.

To zaś nadal kosztuje zawrotne 95 tysięcy zł – albo 9,50 zł(*), jak wolicie – za 52 strony, acz w krótkim wstępniaku obiecane jest, że kolejny numer będzie o paręnaście stron grubszy. Do tego pojawi się już w lipcu, bo zmieniamy się w miesięcznik. Decyzja ta spowodowana została premierą magazynu PC Gamer Po Polsku, której – jakbyście nie wiedzieli – wydawcy mocno się wystraszyli. Tymczasem niepotrzebnie, bo – jak pamiętacie może z cyklu „Czasopisma zapomniane” – magazyn ten nigdy nie cieszył się przesadną popularnością i dość szybko zakończył żywot.

Z okładki szczerzy się Duke. Ze stopki redakcyjnej znam tylko Janka Jankowskiego, wtedy naczelnego PC Shareware. Cała reszta to nadal zewnętrzni współpracownicy, tworzący wspomniany periodyk. W ekipie nie ma jeszcze ani Yabola, ani Czarnego Iwana czy kogokolwiek o znajomej ksywce bądź nazwisku. Zawartość pisma nie odbiega od premierowego numeru – CDA 02/96 przedstawia software, który legalnie można było kupić w Polsce, w tym także gry. Zaczyna się od programu do zarządzania pamięcią PC – za blisko 350 zł. Przypomnijmy, że średnia pensja (netto) wynosiła wtedy coś około 715 zł.

…I nagle bez żadnego ostrzeżenia czy zmiany layoutu przechodzimy do recenzji gier. Zajmują aż 28 stron. Z tych bardziej znanych i pamiętanych tytułów wspomnijmy Descenta 2 czy Hexena (za 180 zł!), Wing Commandera IV i Duke Nukema 3D. No cóż, jakoś nikomu nie przeszkadzały wtedy recenzje premier sprzed pół roku. Wysokie ceny gier też specjalnie ludzi nie irytowały, bo ogromna większość jechała na pirackich wersjach. Nie zapominajmy oczywiście o polskich produkcjach, które reprezentują: przygodówka Skaut Kwatermaster za umiarkowane 37 zł, Polanie za 49 zł oraz Speedway firmy „Tecghland” (taki tam babol) i shmup Tyrian zapisany w spisie treści jako… Train 1.5. 🙂 To na T, tamto też, można się pomylić, kurna. No cóż, korekta była dopiero pieśnią przyszłości…

Recka Tyriana jest ostatnią w tym numerze. Dalej mamy coś w rodzaju nieformalnego działu poradnikowo-sprzętowego. Jednostronicowy przegląd archiwizatorów, test głośników do PC na dwie strony… i tyle.

A następny jednostronicowy artykuł wspominam z sentymentem, bo to mój pierwszy wkład w CDA, swoją drogą poświęcony scenie komputerowej. W sumie w tym numerze są dwa moje teksty na ten temat, gdyż przeprowadziłem też krótki wywiad z Adamem „Scorpkiem” Skorupą, znanym na demoscenie muzykiem, który zaczynał właśnie – mając 21 lat – karierę zawodową jako kompozytor. I do tego w zasadzie ogranicza się mój udział w drugim numerze CDA. Nawet do stopki redakcyjnej się nie załapałem, ale przepraszano mnie, że to wskutek pośpiechu.

Na samym końcu jest jeszcze stroniczka opisów programów shareware, warunki prenumeraty, tipsy (jako „Tipsomania”) oraz – dość niespodziewanie – przegląd poziomów do Dooma stworzonych przez graczy (a konkretnie całych trzech). Reklam też występuje w tym numerze raptem ze trzy czy cztery strony, wliczając w to okładkę robiącą za papierowy billboard sklepu HMS (należącego do wydawców CDA), opolskiej hurtowni sprzętu i software’u Arwal (zaprzyjaźnionej wówczas z redakcją) oraz firmy Exe, prowadzonej przez męża jednej z księgowych. Nikt poważny w CDA jeszcze reklamować się nie miał chęci.

A co na CD? Cóż, sporo dem i – nowość!!! – menu, z poziomu którego można było uruchamiać wszelkie programy. Zmieniono je zresztą już w kolejnym numerze, bo zbyt wyrafinowane nie było. Oględnie mówiąc. Powspominajmy!

O jakości tekstów nie zamierzam się wypowiadać, bo – jak to mówią – „zły to ptak, co własne gniazdo kala”. Powiem więc tylko, że te wczesne roczniki staram się przeglądać, ale nie czytać – w trosce o swoje oczy i psychikę. 🙂 Layout prezentuje się tak jak na screenach, sami widzicie. No cóż, najwyraźniej 30 lat temu ludziom wystarczało to do szczęścia, gdyż numer rozszedł się w satysfakcjonujących wydawcę ilościach, czyli w bodaj 18 tysiącach egzemplarzy.

(*) Dzisiaj ta dyszka nie robi większego wrażenia, ale zestawiając cenę owego CDA z ówczesną średnią pensją i przenosząc niniejszą relację do współczesności, wychodzi mi, że dawaliście za nie wtedy równowartość ok. 80–90 obecnych złociszy. Czyli więcej jak za moją książkę. Wow!

Skomentuj