Diablo 4 stało nad przepaścią, ale zrobiło duży krok naprzód
Hack’n’slashe się zmieniają. A seria Diablo na przestrzeni lat pokazuje kierunek, w którym ten bękart erpegów i narkotykowego tripa zmierza. To już nie jest singlowa przygoda i prywatna sesja poszukiwacza złomu w stosach trupów ani szaleńcza chęć przepalania kolejnych godzin, by zmienić jedną cyferkę na inną, nieco wyższą.
To sezonowa pętla czasu, w której – uwięzieni z własnej woli – staramy się, by inni gracze zazdrościli nam kozacko wyglądającego napierśnika, a nasz build skutecznie utrudniał postronnym obserwatorom pojęcie tego, co dzieje się na ekranie. To gonitwa za nagrodami, skórkami, kolejnymi dawkami dopaminy z battle passa.
Diablo 4 na Switchu 2 mogłoby wspomnianą gonitwę wynieść na kolejny poziom. Ba! Miało do tego pełne prawo, może nawet obowiązek, ale ktoś ważny w amerykańsko-japońskim projekcie najzwyczajniej pokpił sprawę. Może to i dobrze…

Diablo, Diablo, pokaż rogi
Nigdy nie lubiłem Diablo 4. Po jednokrotnym przejściu fabuły w okolicach premiery rzuciłem grę w kąt, a w głowie kołatało mi się gorzkie: „Piekło zamarzło”. Śledziłem jednak rozwój tego tytułu i – chcąc nie chcąc – wracałem z każdym nowym dodatkiem.
Mój stosunek do gry nieco się zmienił dopiero przy okazji drugiego DLC, zapraszającego do uniwersum zdeprawowanego Akarata vel Mefista. Uraza związana z zaprzepaszczeniem dorobku serii przerodziła się w ostrożną sympatię, gdy w moje ręce oddano paladyna, a chmura młotów mogła w końcu bez krępacji fruwać po całym ekranie. Warto wspomnieć też o znacznie poprawionej itemizacji i (nareszcie!) nieco głębszym niż kałuża systemie rozwoju postaci. Na ratunek Sanktuarium przybył też Tyrael, porządkując chaotyczny endgame, który tym razem nie zrzucał na gracza odpowiedzialności za organizowanie sobie rozgrywki.

Trwało to trzy lata. Trzy długie lata gra próbowała zebrać się w garść i przekonać mnie do siebie, mając w zanadrzu jedynie moją niegdysiejszą miłość do tej serii i partacząc wszystko inne. Po premierze Lord of Hatred Diablo wciąż nie było produkcją doskonałą, a rodzynki (czytaj: inni gracze) w serniku mojej singlowej duszy wciąż psuły mi smak życia, niemniej – dało się dostrzec pewien progres. Dziś wiem, że oczyszczanie Sanktuarium z demonicznego tałatajstwa najlepiej smakuje na Switchu 2.
W piekle są lustra
Zacznijmy od tego, że nowa stara siekanina Blizzarda to faktycznie dobry port. To doświadczenie z pecetów czy innych konsol przeniesione jeden do jednego, niewzbudzające żadnych wątpliwości co do sensu crossplaya i możliwości skutecznej rywalizacji z osobami grającymi na mocniejszym sprzęcie.
Jeśli dla kogoś będzie to pierwszy kontakt z Lilith i spółką – nie straci nic z tego, co oferują konkurencyjne platformy. To również jedna z najładniejszych produkcji, jakie możemy podziwiać na Switchu 2. Nawet w trybie wydajności, który znosi ograniczenie 30 klatek na rzecz okolic 40 (bądźmy realistami, to chyba jedyna słuszna opcja w grze tego typu). Na małym ekranie świat wykreowany przez amerykańskich devów prezentuje się ślicznie, na moim 65-calowym telewizorze OLED już nieco mniej efektownie, ale wciąż robi wrażenie. A co najważniejsze – działa bardzo płynnie. Czasami okupione jest to animacjami wrażych kreatur zakrawającymi na poklatkowość, ale nie sprawia to, że obserwowane wydarzenia stają się nieczytelne.
Sterowanie nie różni się szczególnie od tego, co znamy z innych konsol – jest bardzo wygodne, nawet w gąszczu okien i okienek stale rozrastających się mechanizmów gameplayowych i pierdyliarda zasobów czy części. Do nawigowania wśród tego wszystkiego można też wykorzystywać ekran dotykowy, co wydaje się przydatne, choć w praktyce stanowi raczej ciekawostkę. Joy-conowej myszy za to tu nie uświadczymy – gra się jej wyrzeka, stawiając na domyślne wyposażenie naszej konsoli.

Nierozerwalne więzy
Diablo 4 na Switchu 2 sprawia, że żądza mordu jest tłoczona w nasze żyły jeszcze skuteczniej, bo przy odpowiedniej determinacji – niemal nieustannie. Po odejściu od PC czy konsoli możemy podłączyć się do krwawej kroplówki na balkonie, w toalecie czy łóżku. Tak, zapisy są współdzielone przez Battle.net.
Nie jest jednak tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać, bo już w parku, na plaży albo w dowolnych kazamatach pozbawionych Wi-Fi raczej nie pogramy. Jak wspomniałem na wstępie – decydenci z Blizzarda mogli sprawić, że Diablo towarzyszyłoby nam wszędzie. Niestety – gra wymaga stałego połączenia z siecią…
Tego typu ograniczenie na handheldzie to doskonały sposób, by zasłużyć sobie na niechęć graczy, szczególnie że pozbawia to Switcha jednej z jego największych zalet – możliwości uśpienia i powrotu do zabawy w dowolnym momencie. W omawianym przypadku gra wywala nas z serwera bez pardonu po kilkunastu minutach nieobecności. Za czynnik łagodzący można uznać fakt, że Diablo 4 uruchamia się i wczytuje zadziwiająco sprawnie (dotyczy to też ekranów ładowania po teleportacji itp.).

Switchowy port przynosi jednak jedną zaskakującą zmianę w stosunku do znanej mi pecetowej wersji czwartego „Diaboła”. Ku mojej niezmiernej radości, bez wątpienia zupełnie nieintencjonalnie, Blizzard zapewnił mi doświadczenie singlowe, o jakim marzyłem od momentu powołania do życia Sanktuarium w wersji „otwartoświatowej”.
Do multi na Switchu 2 potrzeba abonamentu Nintendo Switch Online – bez niego nie pogracie z innymi inaczej niż w kanapowym co-opie. Ale jeśli jesteście niepoprawnymi singlowcami, tak jak ja, możecie uznać wspomnianą restrykcję za gamechanger w stosunku do tego, co pamiętamy chociażby z pecetów. Gra poza nintendowym paywallem działa bowiem jak pełnoprawny singiel i żadna niechciana ludzka istota nie jest w stanie uprzykrzyć nam życia ani w mieście, ani podczas, powiedzmy, Krwawych Przypływów. Czekałem na to od premiery!
Diablo na horyzoncie
Chęć jeszcze jednego runa stała się dla mnie czymś namacalnym. Ponadto nowy sezon, który dość intensywnie i – przyznać trzeba – z niezłym skutkiem wykorzystuje naszą nostalgię do wcześniejszych odsłon Diablo, przypadł mi do gustu. Szczeliny przenoszące do pałacu Beliala, Twierdzy Pandemonium, na szczyt góry Arreat czy do Zapomnianej Wieży Hrabiny to – jak na standardy innych tego typu wydarzeń – naprawdę świetny pomysł, a i realizacja niczego sobie (odświeżone lokacje, motywy muzyczne, przeciwnicy i bossowie).
Aż chciałoby się pozostać w grze na dłużej, odpocząć, zamieniając krzesło przy biurku na wygodną kanapę czy łóżko, i wbić jeszcze kilka poziomów mistrzowskich. Szkoda tylko, że na horyzoncie majaczy już katastrofa, która – jak wywnioskować możemy po pierwszym teaserze Diablo 5 – zmieni Sanktuarium w ruinę i plac zabaw dla popleczników Pana Grozy. Wszystko wskazuje na to, że ta niszczycielska siła nie oszczędzi również powstającego z kolan Diablo 4. Na pewno nie oszczędziła mojego zapału do dalszego śledzenia jego losów.

