Kiedyś Blizzard był najlepszą firmą na świecie. Niestety, BlizzCon 2026 potwierdził, że dziś jest w głębokiej dziurze
Są pewne powody i okoliczności, gdy te same rzeczy nas ekscytują lub wywołują wzruszenie, tyle że ramionami. Gdyby 10 lat temu na BlizzConie zaserwowano tyle kalorycznych zapowiedzi, miliony fanów by dosłownie zwariowały. A dziś? Kto z was wrzasnął na cały głos „O RANY, NOWY STARCRAFT!"? Kto przebiera nogami na myśl o Diablo 5?
Zabawne, gdy zestawimy to ze słynnym „beep” w social mediach Cyberpunka 2077. Wystarczyły cztery litery, żeby świat stanął na głowie, a akcje na giełdzie poszybowały w kosmos. Tymczasem Blizzard przygotował półtoragodzinną imprezę, a ziemia się nie poruszyła.
„Blizzard jest najlepszą firmą na świecie”
To szalone, gdy przypomnę sobie hype, jaki towarzyszył marce Blizzard lata temu. Po sukcesie World of Warcraft praktycznie każdy rok był rokiem „Zamieci”. Ekscytowano się dosłownie każdym ruchem tej firmy. Okej, może pokazanie gameplayu do Diablo 3 skonsternowało fanatyków mroku, którzy nadal nie pogodzili się z faktem, że nie powstanie już gra o grobowym klimacie „jedynki”. Ale gdy w końcu wyszła, do zabawy rzuciły się tłumy, w tym ci, co w zasadzie z gamingiem wzięli rozbrat.
A StarCraft 2? Kto pamięta, jak bardzo czekano na tę produkcję? Nie widziałem nigdy żadnych badań ani „hajpometru”, ale z czystej branżowej obserwacji wnioskowałem, że poziom rozdygotania graczy był większy jedynie w przypadku GTA 5. Druga część legendarnej strategii nadchodziła jako mesjasz gatunku, stanowiąc powrót do ukochanej gry dla casuali, pracowników korpo czy młodych rodziców.

Blizzard odpalił symultaniczne nocne premiery w licznych europejskich stolicach – i to takie z przytupem, bo z udziałem twórców, artystów i rozdawaniem okolicznościowych gadżetów. A w Ameryce? Dość powiedzieć, że sieć GameStop zapowiedziała eventy mające się odbyć w kilku tysiącach sklepów stacjonarnych. Do Polski oficjalne wydarzenie nie dotarło, ale równo o północy można było kupić grę w warszawskiej Ultimie. Jako redaktor Playa i Gamezilli poszedłem tam sprawdzić, co się dzieje – zastałem kolejkę na co najmniej 200 osób, a ostatni klienci dostali swoje pudełka o drugiej w nocy.
Pamiętam też, że wtedy myślałem sobie: „Blizzard jest najlepszą firmą na świecie. Wszystko, co zrobi, okazuje się fantastyczne. Może teraz w kółko zapowiadać tylko dodatki i sequele, a i tak wszyscy będą zadowoleni”. Och, Barnabo z 2010 roku, gdybyś tylko wiedział…

Zdeptane uniwersum
Przewińmy taśmę 16 lat później. I zacznijmy od StarCrafta. Spośród masy rzeczy, które Blizzard spektakularnie spieprzył, tę spieprzył najbardziej. Produkcja z 1998 roku to RTS ze wszech miar kultowy i jedna z najlepszych gier, jakie wyszły w latach 90. na PC. Dzieło wysmakowane i dopracowane. Przepiękne designersko, emocjonujące, oferujące fantastycznie napisaną kampanię, prezentujące postacie z krwi i kości, a i okraszające całość doświadczenia genialną ścieżką dźwiękową oraz niezapomnianymi filmowymi przerywnikami.
Czemu wydano tylko dodatek i zarzucono markę? Czemu nie ukazał się StarCraft: Ghost? Czemu nie dostaliśmy kosmicznego MMO? Nie wiem. Ale premiera „dwójki” zdawała się oznajmiać, że na pierwszy plan wysunął się World of Warcraft i odeszliśmy od czasów, gdy nowe gry robiło się w dwa czy trzy lata. Sensowne i zrozumiałe.

StarCraft 2 okazał się zresztą sukcesem, do tego – zgodnie z przewidywaniami – przebojem wdarł się na scenę esportu. Ale od lipca 2010 roku czas zaczął płynąć w kosmosie jakby wolniej, leniwiej. Na pierwszy dodatek, który przecież nie wprowadzał nowej rasy, kazano nam czekać prawie trzy lata. Drugi ukazał się ponad… pięć lat po premierze „podstawki”. Pełen emocji i ciekawych postaci świat gasł na naszych oczach. Mija kolejna dekada, a Blizzard stwierdził, że najlepszą metodą na przywrócenie marki jest… pokazanie cinematic trailera strzelanki.
Emocje na poziomie zera
Nie lubię impertynencji w pisaniu o grach i zwracaniu się do twórców, ale w tym przypadku na klawiaturę ciśnie mi się jedynie, że ktoś tam upadł na głowę. Zacznijmy może od tego, co znaczy dziś w ogóle marka StarCraft. Bo moim zdaniem… niewiele. W 2026 roku serii i tytułów o statusie legendarnych i kultowych mamy dosłownie krocie (napisaliśmy o nich nawet 1600 stron w ramach naszego cyklu książkowego), dlatego nachalnie do głowy puka mi cytat z jednego kawałka: „Jesteś jak każdy, nie jesteś żadną ikoną tej branży”.
„StarCraft” przestał być nazwą powodującą ciarki. Przestał być uniwersum, o którego rozwoju się kiedyś marzyło. Jego status można porównać z dziesiątkami „wielkich powrotów”, co roku oglądanych podczas Opening Night Live czy licznych Future Games Show. To liga awatarów do Fortnite’a, które wywołują sezonowy uśmiech na zasadzie: „O, patrz, synek, kiedyś mieliśmy taką fajną grę, zobacz, jak marine tańczy do utworu Snoop Dogga”.

Ale tak naprawdę nie mam za złe tego, że nie zapowiedziano po prostu StarCrafta 3. Może to już nie czas na strategie czasu rzeczywistego, może sukces Age of Empires 4 to za mała liga dla Blizzarda, który chce grać w ekstraklasie, może właśnie zmiana gatunku to krok w dobrą stronę. Tylko czemu bombastyczny trailer wzbudził we mnie absolutnie zerowe emocje? Przecież tam nie pokazano dosłownie nic. To wysokiej jakości odtwórcze rzemiosło, które dałoby się przykleić jako aktualizację do Helldiversów albo nowego hero shootera. Przedstawia się to absolutnie żenująco i jeśli tak ma wyglądać powrót legendarnej marki, to ja naprawdę wolę skina do sieciówki Epic Games.
Co oznacza zapowiedź Diablo 5?
Skalę dołu, w którym urządził się Blizzard, symbolizuje to, jak istotne marki musiał odpalić. „Nowy StarCraft? To nie koniec! Pokażemy też nowe Diablo!!!”. Ponownie – kiedyś piałbym z zachwytu, dziś się czuję, jakby znajomy na siłę chciał mi czymś zaimponować. Tym bardziej że na usta ciśnie się raczej pytanie: „Już piątka?".
Wygląda to jak kapitulacja firmy w kwestii czwartego Diablo. I to kapitulacja dziwna, bo chociaż gra narobiła sobie wielu wrogów (a jaki tytuł dziś ich nie ma?), finalnie zebrała spore grono aktywnych userów, a w sieci zaczęły pojawiać się oddolne opinie, że po którymś tam dodatku i aktualizacji całość stała się naprawdę fajna. Skoro więc „Diablo 4+” jest OK, dlaczego trzeba robić już Diablo 5? Albo od innej strony – co w takim razie zaoferuje nowa część, żeby gracze chcieli w ogóle czekać na tę produkcję, jeśli nie podoba im się aktualna – a już dobrze oceniana?

Iskierka sympatii na checkliście
Ja sobie mogę narzekać, ale kolejne kolubryny walą. Nowy StarCraft? Zapowiedziany. Nowe Diablo? Też. To co dalej? „Ojej, może czas nadrobić ponoszone wiele lat straty i zadbać, żeby nasze fajne serie dostały swoje seriale?”. Wyznam, że to dość żenujące, iż na bazie fanowskiej mapy do Warcrafta 3 Riot Games zdołało zbudować całe uniwersum i zaserwować światu „Arcane”, jedną z najlepszych animacji w historii. A Blizzard, ten wielki Blizzard, który od połowy lat 90. przesuwał granice jakości cinematic trailerami, który dał życie tabunom charakternych postaci, budzi się w 2026 roku z myślą, że może wypadałoby nadrobić jakieś zaległości.
Co dalej? Wiadomo, stały punkt programu od lat, dodatek do World of Warcraft. Nie znam się, nie oceniam, zgaduję, że będzie fajny. Zgaduję też, że to taki „walet” z rękawa – zawsze się go wyciąga, gdy jest generalnie źle. Ciekawie brzmi też WoW: Forever, bo w dobie „rimejkozy” fajne są te projekty, które chcą eksplorować białe plamy oryginałów. Ponadto w program całej imprezy włączono też współpracę z CD Projektem Red. 10 lat temu byłby to powód do narodowej dumy, a dziś przypomina bardziej próbę ratowania własnego wizerunku rękami Geralta i firmy z pozycją, jaką Blizzard już zdążył stracić.

Po obejrzeniu całej ceremonii otwarcia, patrząc na social media i Discorda redakcji CD-Action, widzę, że nie jestem odosobniony: ani w złości, ani w obojętności, ani w tym, że najbardziej pozytywnym akcentem całej imprezy był shadow drop dodatku do Warcrafta 3. Jedyna rzecz, która jest tu i teraz, nie w 2029 jak Diablo czy w 2030 jak StarCraft (czy my wtedy będziemy jeszcze żyli?), a do tego doczepia się do jednej z najlepszych gier Blizzarda.
Tylko ponownie – to jedynie element checklisty. Bo nie dość, że to rozwiązanie zaskakujące i świeże (dostępni od paru dni Polacy z Age of Empires 3 pozdrawiają), to wydaje się znów trikiem na odbudowę popularności. Do tego pierwsze opinie niestety wskazują, że Forsaken Kingdom to słaby materiał jak na grę strategiczną, bo nadmiarem misji „bohaterskich”, bez budowania, bardziej przypomina produkt skrojony dla fanów gier MOBA czy MMO. Zresztą stanowi też fabularny pomost łączący Warcrafta 3 z WoW-em Forever. Zatem solidny dodatek za 129 zł czy coś, co powinno być darmowym DLC? Chciałbym powrotu wielkiego Blizzarda. Takiego robiącego gry, którymi fani się jarają. BlizzCon 2026 był w najlepszym wypadku obietnicą poprawy. Po tylu latach posuchy to zdecydowanie za mało.
Na StarCraft 2 i Diablo 3 przed premierą to branża czekała bardziej niż na GTA IV i GTA V swego czasu, bardzo dobrze pamiętam jaki był szał na beta testy do StarCraft 2 przed premierą.
Blizzard zawsze mnie frustrował, szczególnie fanatyzm jego fanów. Zrobił dobre rzeczy, a później… włączył taśmę i co kilka lat serwował powtórkę. Nawet jak robił coś nowego, udanego jak Heartstone to ciągle widziałem te same, powtarzane marki i zastanawiałem się – nie chce wam się już wymiotować? Widać w końcu się zachciało. Sam zaliczałem się do miłośników StarCrafta i widziałem co się stało narracyjnie – Blizzard uznał gdzieś w którymś momencie, że wszystko ma być wielkie, podniosłe i piękne, i to dla jego masowej publiki wystarczy. Zamiast więc interesującej i angażującej fabuły jedynki, gdzie byli ci źli, ci mniej źli i ci którzy chcieli być dobrzy, gdzie niektórzy bohaterowie mieli po prostu złe intencje i niemożliwe do pogodzenia racje, dostaliśmy grę, gdzie każdy jest dobry, gdzie każda frakcja ma tych dobrych i tych złych. Z tego co rozumiałem pisarstwo tego rodzaju rozlało się i na WoWa. Jak patrzę na upadek Blizzarda to czuję pewną satysfakcję, szczególnie w erze wiecznej grze na nostalgii i kulinarnych eksperymentów z wczorajszymi kotletami – może upadek tej firmy nauczy część korpo, że gracze chcą nowych marek ci pomysłów, a nie spędzać dwie dekady w tej samej, lekko odświeżanej, grze.