Kiedy w Excelu się nie zgadza, dzwoni się do Michaela Baya. Seria „Transformers” znowu w rękach mistrza wybuchów
Gdy korporacyjne cyferki w Excelu przestają się zgadzać, z odsieczą przychodzi sprawdzony przepis na wybuchowy sukces. David Ellison ściąga Michaela Baya z powrotem za stery serii „Transformers”.

Decyzja o ponownym przekazaniu reżyserskiego stołka Bayowi opiera się na banalnej wręcz matematyce. Pięć filmów z serii „Transformers” zrealizowanych przez niego w latach 2007–2017 przyniosło globalnie zawrotną kwotę 4,38 miliarda dolarów. Dla Davida Ellisona to wystarczający powód, by puścić w niepamięć wszelkie miażdżące recenzje, jakimi krytycy raczyli kolejne odsłony cyklu.
Jedynym punktem spornym w negocjacjach pozostaje kwestia ostatecznego montażu, którego bezwzględnie żąda reżyser. Znając jednak determinację studia, Bay niemal na pewno dopnie swego. Jak donosi serwis Deadline, dodatkowym ruchem mającym uspokoić nastroje jest ponowne zaangażowanie Stevena Spielberga, który objął stanowisko głównego producenta kreatywnego i ma nadzorować całą markę.
Zabawny jest fakt, że sam Michael Bay zaraz po premierze filmu „Transformers: Ostatni rycerz” zarzekał się w wywiadzie dla magazynu Rolling Stone, że na dobre kończy z marką z powodu wypalenia. Studio spróbowało więc eksperymentów: Travis Knight nakręcił całkiem urokliwego „Bumblebee” (2018), a Steven Caple Jr. zaserwował „Transformers: Przebudzenie bestii” (2023), o którym mało kto dziś pamięta.
Po kinowej klapie filmu „Ambulans” (2022) oraz niedawnym, głośnym odejściu z projektu „Fast & Loose” z powodu konfliktu z Willem Smithem, reżyser wyraźnie potrzebuje bezpiecznej przystani. A studio – sprawdzonej maszyny do robienia pieniędzy.
Trudno jednak oczekiwać powrotu dawnej obsady. Megan Fox wyleciała z cyklu po porównaniu Baya do Hitlera przed realizacją „Transformers 3”, Shia LaBeouf od dawna żyje we własnej alternatywnej rzeczywistości, a na placu boju pozostaje ewentualnie Mark Wahlberg. Ten ostatni zagrał zresztą u Baya w jego mocno niedocenionym dziele – „Sztanga i cash” (2013), gdzie stworzył genialnie przerysowany duet z Dwayne'em Johnsonem.
Czy powrót eksplozji na tle zachodzącego słońca i wirującej kamery uratuje serię przed artystycznym niebytem? Dla hollywoodzkich księgowych odpowiedź jest oczywista: liczy się tylko to, by licznik w box offisie znów zaczął szybować w górę.