Przed chwilą

„Cyberpunk: Edgerunners 2” to intensywna psychodelia z przebłyskami geniuszu. Tylko, że pierwszy sezon uderzał mocniej [RECENZJA]

„Cyberpunk: Edgerunners 2” to intensywna psychodelia z przebłyskami geniuszu. Tylko, że pierwszy sezon uderzał mocniej [RECENZJA]
Jeśli pierwszy sezon „Edgerunners” był piękną i zwartą chromerockową balladą, to seria druga przypomina nieco pogubiony debiut metalowca z zadatkami na wirtuoza. Bywa chaotycznie, ale trzyma przed ekranem do końca.

Jedno trzeba przyznać drugiemu sezonowi – zdobył się na niezłą odwagę. Oczywistym było, że nie zobaczymy bezpośredniej kontynuacji losów Davida Martineza czy kogoś z jego ekipy, ale Bartosz Sztybor i spółka mogli pójść na łatwiznę, kopiując sposób narracji z pierwszej serii. Nic takiego nie nastąpiło, scenariusz pogalopował innym rytmem. Mniej równym, bardziej zmiennym, chwilami chaotycznym, bo związanym z większym ryzykiem. I potknięcia faktycznie da się tu wyłapać – jednocześnie i tak ciężko się oderwać.  

Z kamerą wśród biegaczy

Trochę się pozmieniało w Night City od czasu przygody Davida, który rzucił wyzwanie Goliatowi, czyli Arasace. Zmieniło się też tempo i skala opowieści. Pierwsi „Edgerunnersi” skupiali się na kameralnej w gruncie rzeczy akcji i zmaganiach paru rebelianckich najemników z walcem systemu. Tym razem zamachnięto się na nieco inny typ opowieści. W zasadzie to nie mamy tu jednego głównego bohatera otoczonego charyzmatyczną drużyną tylko całą czwórkę. 

Całą opowieść spaja perspektywa Romana, młodziutkiego kamerzysty – ten w ramach zlecenia i wyzwania próbuje nagrywać gang Maelstrom przy pracy, a konkretnie drugą bohaterkę, młodą, nafaszerowaną chromem Talię. Gdzieś z boku powoli gramoli się były edgerunner, Weak King, który stracił sens życia po ataku cyberpsychozy, a z trzeciej nadciąga jeszcze tajemniczy, pałający żądzą zemsty D, przypadkiem zyskujący potężne, ale trudne do okiełznania narzędzie. 

fot. Netflix

Los i machinacje wielkich graczy wpychają naszych antybohaterów na arenę zdarzeń z różnych stron. Jedno trzeba przyznać – intryga okazuje się w tym wszystkim spójna i pozwala zabrnąć większości dramatis personae na środek morza szarości oraz potaplać się w falach pytań moralnych. I choć drugi sezon nie jest aż tak okrutny dla protagonistów, nikt nie pozostanie niewinnym. Na pierwszy rzut oka wydają się bardziej stonowani, jakby odrobinę bardziej „poszatkowani” i uproszczeni na poziomie motywacji niż ekipa Martineza – ostatecznie nie ustępują poprzednikom złożonością. Może nawet pod pewnymi względami ich przebijają, tylko robią to w bardziej subtelny sposób, a ich końcowy los może nas zostawić z różnymi refleksjami, a przede wszystkim z emocjami. Bo to wciąż gorzka, bezpośrednio wyłożona historia, w której ostatecznie wygrywa ekosystem Night City. 

Night City odkrywa nieco więcej kart

Serial opowiada o tym o granicach poświęcenia i zemsty (niby banał, a jednak wciąż aktualny), niepełnosprawnościach oraz o tym, jak daleko może pójść bratanie się z AI. Przy tym wszystkim żongluje cytatami z klasyki kina (ot, choćby „Fight Clubu”), ale też w pas kłania się „animcom” tak kultowym (choćby „Akira”) jak i zapomnianym („Genocyber”, baaaardzo specyficzna produkcja, nie dla każdego i daleka od ideału).

„Cyberpunk: Edgerunners 2” to intensywna psychodelia z przebłyskami geniuszu. Tylko, że pierwszy sezon uderzał mocniej [RECENZJA]

Jeśli po liście składników zaczynacie się zastanawiać, czy czeka Was dzika jazda pełna szalonych pomysłów, to dobrze kombinujecie. Tym razem skala wydarzeń, a przynajmniej spektakl z nich wynikający, osiąga większe rozmiary, zwłaszcza w końcowej fazie. Przy tym finałowe akcje rozgrywają się w świetle dnia, a i tak miewają w sobie coś niepokojącego. I trzymają w napięciu, bo nauczeni doświadczeniem – do ostatniej sceny nie będziemy pewni losu bohaterów, których losem się przejmujemy (a o to, by nam zależało, twórcy zadbali). Po ostatniej scenie zresztą też nie będziemy pewni.  

Cyberpunk bez równowagi…

„Edgerunners” w drugim sezonie lubią bowiem bawić się niejednoznacznościami niemniej niż poprzednio – może nawet bardziej, bo kilka kluczowych kwestii pozostawia otwartych. Przy tym wszystkim, nie wiem, czy nie odpowiedziano o sezon za wcześnie na pytania o szczególną naturę i przeznaczenie Davida Martineza i jemu podobnych (w tym niektórych postaci pojawiających się tutaj). No, chyba, że i ten aspekt ma drugie dno i jeszcze nie powiedziano nam wszystkiego – na to, muszę przyznać, liczę. Poznane odpowiedzi wiodą do całkiem emocjonalnych scen, jednocześnie jednak nie są tak sycące jak mogłyby być. Cała nadzieja w dalszej rozbudowie pod kątem światotwórczym.

Przy tym wszystkim fabuła nieźle się zaczyna, a bohaterów, których, jeśli nawet się nie lubi, to śledzi z zaintrygowaniem, wiedzie do intrygującego finału, ale w środku akcji rytm narracji gubi się parę razy i opowieść bywa nieco ociężała. Nie na tyle, by się znudzić czy odejść od ekranu, ale jednak okazjonalnie czujemy zagubienie nie mniejsze niż postaci na ekranie. A także, że coś mogłoby być lepsze niż jest. Na szczęście ostatecznie wszystko to się zgrabnie spina, a finał pozostawia z ciekawym osadem emocjonalnym.

fot. Netflix

… ale za to z przytupem!

Trzeba też przyznać, że zadbano o dynamiczną realizację, kadrowanie i spektakularne sekwencje, zapewniające konkretne, cyberpunkowe widowisko z nutką psychodelii i szaleństwa, ale… głównie w drugiej połowie. W pierwszej takie elementy też się pojawiają i cieszą oko, jednak z rytmu częściej wybijają niezgrabne cięcia i statyczne ujęcia skupione na detalu, które ewidentnie przeciągnięto, by zamknąć budżet. Ostatecznie jednak dynamiczny i pomysłowy styl pełen szalonych wizualizacji i popisówek zwycięża – po prostu nie od razu i nie bez potknięć. Szkoda, że nie można tego powiedzieć o muzyce. Daje radę, ale tylko tyle. Nie znajdziecie tu wiercących dziury w uszach i serduchu wyciskaczy łez jak „I Really Want to Stay At Your House”.

I tak jest z całym serialem – nie wszystko wyszło, ale zostawia z ogólnie pozytywnymi wrażeniami i mnóstwem odniesień, tak estetycznych, jak i worldbuildingowychh, także w odniesieniu do słynnego RPG Redów. Wstydu nie ma, absolutnej rewelacji też nie – ale przebłyski geniuszu i dobrą zabawę tu znajdziecie. Czyli otrzymujecie więcej niż to, na co mogliby liczyć mieszkańcy Night City.

„cyberpunk: edgerunners 2” – ocena i podsumowanie

OCENA: 7

PODSUMOWANIE: „Cyberpunk: Edgerunners 2” wymaga trochę więcej uwagi i częściej gubi rytm niż poprzednik, ale wynagradza za cierpliwość i dostarcza kolejną przejmującą opowieść z Night City.

Dołącz do dyskusji