Szanuję antywojenny przekaz Godzilli Minus Zero, ale przydałoby się tu mniej gadania, a więcej akcji [RECENZJA]

Szanuję antywojenny przekaz Godzilli Minus Zero, ale przydałoby się tu mniej gadania, a więcej akcji  [RECENZJA]
Czy macie Państwo chwilę, by poczytać o kaijū?
uwaga na spoilery!

W recenzji wspominam o pewnym ważnym wątku, który został pominięty podczas kampanii promocyjnej filmu. Czytacie na własną odpowiedzialność!

Generalnie mógłbym pokusić się o podsumowanie najnowszego dzieła Takashiego Yamazakiego w raptem dwóch czy trzych zdaniach, ale byłoby to skrajnie krzywdzące zarówno dla jego filmu, jak i dla samej widowni. Napisałbym wówczas, iż w GMZ tłuką się ze sobą po prostu dwa wielkie monstra, a na ich walce traci człowiek, lecz paradoksalnie to właśnie on bywa tu największym potworem. Słucham? Mówicie, że brzmi wam to nad wyraz znajomo? Niebywałe.

Odsuńmy jednak żarty na bok. W Godzilli Minus Zero przedstawiono fikcyjne dzieje powojennej Japonii, którą „kształtuje” – i to w sposób poniekąd dosłowny – legendarny, ogromny niczym wieżowiec jaszczur, zionący niszczycielskim promieniem o niebieskim odcieniu. Tak czy siak, azjatycki naród nie dostał szansy, by spróbować dźwignąć się po traumach spowodowanych zbombardowaniem Hiroszimy i Nagasaki, lecz zmuszony do natychmiastowej reakcji sprawnie przechodzi do działania.

Naszym obowiązkiem jest działać

Decydenci próbują nawigować po omacku wśród piętrzącego się chaosu, zdając sobie jednocześnie sprawę z beznadziejności własnego położenia, niemniej w obliczu nieznanego czują się pozostawieni na pastwę losu. Skąd takie wnioski? Otóż tytułowa gadzina ma się zaskakująco dobrze, aczkolwiek tym razem to nie ona równa z ziemią miasta tudzież wioski. Destrukcją na pełen etat zajmuje się teraz bowiem zgoła różne paskudztwo, a konkretniej trzygłowy, połyskujący złotem i dysponujący mocą podnoszenia obiektów siłą woli Król Gidorah. Wszyscy fanatycy kina kaijū pamiętają, iż owa latająca odpowiedź na znaną z greckiej mitologii hydrę od zawsze stanowiła nemezis kultowego Godzilli. Nie dziwi mnie zatem szybkie przedstawienie jej w aktualnym cyklu o przerośniętych potworach.

Godzilla Minus Zero

Minus Zero to zupełnie bezpośrednia kontynuacja poprzedniczki opatrzonej dopiskiem Minus One. Zdecydowanie warto ją przyswoić, ponieważ na ratunek obywatelom rzucają się bohaterowie trzyletniego pierwowzoru, aczkolwiek seans sequela usatysfakcjonuje raczej również osoby z nim niezaznajomione. Uważam tak, ponieważ sam „jedynkę” nadrobiłem dopiero po przedpremierowym pokazie „zerówki”, zorganizowanym w warszawskim Imaksie.

Szczęśliwej drogi już czas

Mimo że sceny z pełnymi rewelacyjnych efektów audiowizualnych bestiami skutecznie wbijają w fotel, nie pozwalając odwrócić wzroku od ekranu nawet na moment, Godzilla Minus Zero kroczy ścieżką obraną przez reżysera już przy odsłonie otwierającej jego autorski cykl. Chodzi z grubsza o zbudowanie fabuły wokół dramatów zwykłych ludzi. 

Wojskowi cierpią, podejmując nietrafione decyzje, bo kosztem ich błędów są ludzkie życia. Dzieci byłych oficjeli trafiają do ledwo zipiejących bidulów i już nigdy nie wyzbędą się traumatycznych wspomnień. Władze po cichu realizują własne, często pozbawione znamion moralności plany. A gdzieś w tle Godzilla próbuje urwać kolejny łeb swemu nieznanemu wcześniej oponentowi.

Godzilla Minus Zero

Jak widać, mimo obecności budzących respekt bestii, pełno tu wielopoziomowego komentarza do tematów politycznych, ekonomicznych i społecznych. Krótko mówiąc, Yamazaki przypomina nam, że na wojnie tracą wszyscy, i to niezależnie od tego, kto prowadzi w starciu. Być może poprzednie zdanie brzmi niczym truizm, aczkolwiek Japończyk w swojej najnowszej produkcji bardzo dobitnie ukazuje niemoc wobec zagrożeń tak przerażających jak chociażby widmo konfliktu nuklearnego. Momentami bywałem zresztą niemalże przerażony.

Dużo gadania, mało nawalania

Nie chcąc wdawać się zbytnio w nakreśloną całkiem zgrabnie historię, przejdę jeszcze do nielicznych bolączek Minus Zero. Mnogość ważnych postaci potrafi przytłoczyć z powodu ich nieraz horrendalnie długich rozmów, odnoszących się do wieloletniej tradycji monster movies. Tradycja tradycją, aczkolwiek z ze 145 minut seansu śmiało można byłoby wyrzucić z kwadrans, wcale nie odczuwając jego braku. Scen z Godzillą i Gidorah nie jest co prawda jak na lekarstwo, lecz takowe wyraźnie tracą na mocy z powodu konieczności nadążania za setkami kwestii dialogowych. Życzyłbym sobie też choć odrobinę więcej wartkiej akcji.

Trochę za dużo tu również nieco zbyt hollywoodzkiej ckliwości, ale na szczęście nie ma mowy o dążeniu do wyciskania z widzów łez. Co za dużo, to mimo wszystko niezdrowo, a w tym przypadku owe niezdrowie jest równe osłabieniu przekazu antywojennego. Taka to chyba ostatnia łyżka dziegciu w tej beczce (gadziego) miodu.

„godzilla minus zero” – ocena i podsumowanie

OCENA: 7

PODSUMOWANIE: „Godzilla Minus Zero” nie odstaje od pierwowzoru — to całkiem udana kontynuacja, lecz zmagająca się z pewnymi drobnymi potknięciami. Liczba dialogów potrafi przytłoczyć, długość seansu zmęczyć, a melodramatyczne wstawki osłabiają ogólny wydźwięk całego obrazu. Kto jednak nie lubi oglądać, jak tłuką się ze sobą dwa ogromne jaszczury?

Dołącz do dyskusji