To może być moja ulubiona gra piracka roku i wcale nie mówię o remake’u Assassin’s Creed: Black Flag

To może być moja ulubiona gra piracka roku i wcale nie mówię o remake’u Assassin’s Creed: Black Flag
2026 to dobry rok dla nas, fanów piratów. Tu Windrose, tam remake Assassin’s Creed: Black Flag… Ale największa piracka niespodzianka tego roku to dla mnie zdecydowanie Corsair Cove – city builder, w którym leje się rum i powiewa czarna bandera.

Wydawałoby się, że sam pomysł na piracki „miastostawiacz” to jedno wielkie nieporozumienie. Dom pirata jest na statku, a wszelkie trwalsze konstrukcje stanowią dla niego więzienie. Nie ukrywam, że i ja miałam podobne obawy co do Corsair Cove. Jak bowiem stworzyć city builder, który faktycznie odda pirackiego ducha? Szybko przekonałam się jednak, że studio Limbic Entertainment (twórcy Tropico 6, Park Beyond czy kilku części Heroesów) wzorowo poradziło sobie z tym pozornym dysonansem, a ja nie mogłam się oderwać od ekranu.

Coś dla szczurów lądowych…

Zacznijmy od tego, co kojarzy się z grami z tego gatunku – wznoszenia budynków, tworzenia ciągów produkcyjnych i łączenia wszystkiego drogami. Pewnie nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że rozgrywka w Corsair Cove właśnie tak wygląda, choć pojawia się pewien twist. Bezludna wyspa, na której rozpoczynamy zabawę, nie ma wielu płaskich terenów konstrukcyjnych. Jak rozwiązać ten problem? Oczywiście zacząć budować na ścianach, łącząc obiekty mostami.

Corsair Cove

Sprawne stawianie mostów jest właściwe kluczowe dla opanowania gameplayu, z każdego budynku musimy bowiem bezproblemowo dotrzeć do innych, do których dostarczane bądź z których odbierane są zasoby, nie mówiąc o obozie. Dobre planowanie znacznie usprawni wytwarzanie niezbędnych produktów (takich jak np. gorzałka), zaś skomplikowane połączenia utrudnią robotnikom przemieszczanie się. Momenty, gdy udaje się coś poprawić, okazują się niezwykle satysfakcjonujące, więc radośnie patrzymy, jak rosną wskaźniki. Corsair Cove mistrzowsko operuje siecią żyjących własnym życiem systemów symulujących produkcję czy transport, której projektowanie twórcy – co udowodnili już w poprzednich tytułach strategicznych – opanowali do perfekcji.

Nie po to jednak zostaliśmy piratami, żeby siedzieć cały czas na lądzie. Deski, liny i inne materiały nie idą tylko na kolejne bimbrownie. Kotwica w górę – wypływamy!

Corsair Cove

…i coś dla wilków morskich

Rozgrywka na wyspie sprawia szaloną satysfakcję, ale gra od początku sugeruje, że prawdziwa zabawa zaczyna się na morzu. I rzeczywiście, w Corsair Cove możemy budować coraz to lepsze statki, którymi po wyborze kapitana i zwerbowaniu załogi wyruszamy w nieznane, by przywieźć skarby albo nowych rozbitków. Jak to piraci, nie zajdziemy jednak daleko miłymi słówkami i przyjaznym nastawieniem – lepiej więc podszkolić się w bitwach morskich!

Corsair Cove

Jeśli cokolwiek wybijało mnie z rytmu podczas grania (choć nie jakoś przesadnie), były to właśnie starcia. Chwilę zajęło mi, zanim w pełni zrozumiałam, jak działa system walki w formie turowej karcianki. Choć sama ta minigra nie zapadła mi jakoś w pamięć, w żadnym razie nie mogę nazwać całej morskiej eksploracji w Corsair Cove mierną. Posyłanie coraz lepszych, bardziej dopasowanych do konkretnych zadań statków na otwarte morze i łupienie wszystkiego, co wygląda na przydatne w naszym bukanierskim imperium, idealnie dopełnia rozgrywkę. W końcu – jak długo można budować mosty, prawda?

Wysyłanie piratów na wodne ekspedycje miało w sobie element dreszczyku (wszak mogli już nie wrócić), ale nagrody okazały się na tyle atrakcyjne, że zrozumiałam, na czym polega życie przedstawicieli tej niezbyt szlachetnej profesji. Corsair Cove zachęca, by na morzu grać o wszystko – przypłynąć z powrotem na wyspę albo z ładownią pełną łupów, albo wcale.

Czyli coś dla każdego?

Nie lubię mówić, że jakaś gra jest „dla każdego”. Bo to nieprawda. Niemniej fani city builderów, którzy spoglądają przychylnym okiem na pirackie klimaty, w Corsair Cove poczują się jak ryba w wodzie – pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że nie tylko osoby spełniające oba te warunki będą się dobrze bawić. Mistrzostwo, jakie Limbic Entertainment osiągnęło w grach strategicznych opartych na nakładających się na siebie systemach, dostrzeże tu zdecydowana większość graczy.

Corsair Cove

Niemniej w każdej produkcji zdarzają się odstępstwa od ideału – w tym przypadku są to bitwy, które wydają się w porządku, ale zanadto nie imponują. Poziom wersji demonstracyjnej sprawia jednak, że da się wybaczyć wszelkie niedociągnięcia (zwłaszcza że są naprawdę niewielkie). Warto zaznaczyć, że samo Corsair Cove nie wymaga, byśmy traktowali je szczególnie poważnie – to nie Frostpunk. Przygody naszej pirackiej bandy nierzadko śmieszą, a historyczną dokładność twórcy traktują z przymrużeniem oka. I w przypadku tej konkretnej pozycji jest to bardzo dobra decyzja.

Mówiąc wprost: Corsair Cove niesamowicie wciąga, jeśli o mnie chodzi – jeszcze bardziej niż inne city buildery. Jeżeli szukacie gry, z którą można spędzić długie godziny i nie zauważyć nawet, że za oknem ptaki już zaczęły ćwierkać – wypatrujcie na horyzoncie czarnej flagi, i to nie tej Edwarda Kenwaya.

Skomentuj