„Latarnie” nie wskoczyły na poziom „Detektywa”, ale nie pozostały też na superbohaterskich mieliznach [RECENZJA]

„Latarnie” nie wskoczyły na poziom „Detektywa”, ale nie pozostały też na superbohaterskich mieliznach [RECENZJA]
Pierwszemu, legendarnemu sezonowi kryminału Nica Pizzolatto „Lanterns” nie dorównują, ale też nie stoją aż tak daleko jakościowo, potrafiąc przy tym błysnąć oryginalnością. Nie tylko w kolorze zieleni.

„True Detective” to już dzieło kultowe. Ileż to już pojawiło się serii, które miały być niemal tak dobre albo i dorównać zmaganiom Rusta Cohle’a i Marty’ego Harta z tajemniczym mordercą. W szranki stawały takie bulteriery na streamingowych sterydach jak kapitalny „Mindhunter” czy „Fargo”. Ceniono te seriale, chwalono, ale nikt nie potrafił złapać do butelki pioruna uderzającego z taką mocą jak „Detektyw” w 2014 roku.

Tamten klimat, chemia między aktorami, dziwaczny, ale i hipnotyzujący scenariusz (zyskujący notabene na aktualności) – tego nie umiał odtworzyć nawet Nic Pizzolatto (ani zastępująca go Issa López). „Latarnie” ze stajni DC zaskakująco zbliżają się do konwencji, struktury i feelingu wspomnianego dzieła. Nie są aż tak dobre, ale osiągają przyjemne podobieństwo, i to mimo wplecenia w fabułę kosmicznej fantazji o facetach z magicznymi pierścieniami.

„Latarnie” nie wskoczyły na poziom „Detektywa”, ale nie pozostały też na superbohaterskich mieliznach [RECENZJA]

Prawdziwe Latarnie

Pewną zbieżność z „True Detective’em” widać już na pierwszy rzut oka – zdjęcia, klimat, długie przejazdy samochodem, podczas których po mistrzowsku zagrane „gadające głowy” wymieniają się uprzejmościami, ścierają filozoficznie i próbują jakimś cudem porozumieć. No jest to, wypisz wymaluj, każde możliwe hard-boiled z wiadomym serialem Nica Pizzolatto na czele. Tyle że „Lanterns” robią to naprawdę przyzwoicie, a chwilami wręcz rewelacyjnie. Wszystko dzięki trzymaniu fabularnego łba relatywnie blisko ziemi – zwłaszcza biorąc pod uwagę, do jakiej skali potrafią wystrzelić historie o Zielonych Latarniach.

Fabuła nie zadziałaby się bez pierwiastka superbohaterskiego i fantastycznego, ale z natury to przede wszystkim neo-noirowy dramat kryminalny, w którym intryga zapędza większych niż życie bohaterów na koniec wielkiego amerykańskiego nigdzie – a tam nic nie jest takie, jakie się wydaje. W dodatku obserwujemy żonglowanie kilkoma płaszczyznami czasowymi – jak wtedy, gdy oglądaliśmy przeboje Rusta i Marty’ego.

fot. HBO Max

Brzmi jak szkielet fabularny ogryziony z oryginalności do czysta, który cóż… dalej raźno maszeruje przez osiem odcinków, wodzi nas za nos, intryguje. Wszystko za sprawą tego, że scenarzyści przyłożyli się do detali i wytyczyli szlak bardzo konsekwentnie, a całość pociągnęli świetnie zagrani bohaterowie. Między duetem Hal Jordan (Kyle Chandler) i John Stewart (Aaron Pierre) aż iskrzy. Panom tym wymyślono bardzo intensywną relację – mają jednocześnie razem pracować przy śledztwie, a z drugiej strony spierać się o sukcesję do tytułu Zielonej Latarni.

Hal się na emeryturę nie wybiera, choć to stary wiarus, a John ma ewidentnie parcie na szkło. Jednocześnie swoje dążenia muszą pogodzić ze śledztwem – tropią bowiem groźną istotę pozaziemską, przebywającego incognito Łowcę Ludzi (nie mylić z przynależącym do Ligi Sprawiedliwości Martian Manhunterem). Na miejscu też spotkają całkiem charyzmatyczną i zróżnicowaną zgraję lokalsów, którzy mają sporo do ukrycia.

Zielony kryminał

Za każdym z bohaterów stoi przemyślana historia. Opowieść zogniskowano wokół tematów dziedzictwa, wychowania i tego, co jest naszym wyborem, a co nam wdrukowano. Fabuła czasami za bardzo meandruje, ale ostatecznie zawsze dociera do celu i pozostaje spójna – tak z charakterami postaci, jak i z zamierzonym wydźwiękiem. Widać, że ktoś tu się napracował, by intencja, teza, zagadka i zwroty akcji grały do jednej bramki. Konstrukcja oparta na trzech liniach czasowych, owszem, pudruje serial na „True Detective’a”, ale przede wszystkim – wspiera wydźwięk. Pozwala lepiej poznać bohaterów, prześledzić ich ewolucję, dziwactwa rodziców oraz błogosławieństwa i przekleństwa, które odziedziczyli w spadku – albo które dzieciakom wkodowano.

fot. HBO Max

Wszystko to zapakowano w całkiem kompetentnie pomyślane śledztwo, pozwalające też barwnie pospierać się zarówno naszemu głównemu duetowi, jak i wszystkim postronnym. Panowie wywołują silne reakcje. Chandler bawi się aurą podstarzałego kowboja, który w swej wrodzonej nieznośności nie składa broni na przekór wszystkiemu, a Pierre ładnie, konsekwentnie i z narastającym rozpędem rozwija postać Stewarta. Ich interakcje to bardzo wysoka liga i dostarczają mnóstwa zabawy. Oraz – być może – kilka okazji do przemyśleń.

Na spokojnie

A skoro przy zabawie jesteśmy – chylę przed autorami czoła za sprytne żonglowanie pierwiastkiem fantastycznym. Z jednej strony wszelkie aspekty kosmiczne i superbohaterskie napędzają tę historię i bohaterów, z drugiej rozegrano je zręcznie – nigdy nie spychają człowieka w kąt, a przy tym wtapiają się w estetykę małomiasteczkowego neo-noir. To duża sztuka, bo nie takie produkcje zapadały się pod ciężarem „przebajerzonych” dekoracji („Gotham” – pamiętacie?). Tutaj jednak przede wszystkim liczą się ludzkie i nadludzkie emocje.

Jasne, zdarzają się nieco zbyt gwałtowne skoki między motywami, i to zaraz po tym, jak pozostaliśmy z niektórymi bohaterami zbyt długo, generalnie jednak fabuła trzyma i tempo, i formę. Zwłaszcza tę ostatnią. „Latarnie” pokazują świat w bardzo podobny sposób do tego, co znamy z „Mindhuntera” czy „Detektywa”. Brudniejszy, bliżej człowieka, choć często w zamaszystych kadrach. Całość wspiera przyzwoita, acz nie jakaś powalająca muzyka – i tak oto powstaje bardzo spójna audiowizualna kompozycja z czytelnymi, niespiesznymi ujęciami, w których można się rozgościć – a jednocześnie napięcie w nich buzuje. Tak jak i w bohaterach, zdolnych zarówno do przemocy czy podłości, jak i do ostatecznych aktów człowieczeństwa oraz po prostu ciepła. Ta mieszanka przykuwa do ekranu.

Gdyby nie to, że widmo Chambersa i „Króla w żółci” oraz wiwisekcję toksycznej męskości zastąpiono mitologią DC i tematyką dziedzictwa, ten serial byłby po prostu porządnym kryminałem z ładnymi zdjęciami. Na szczęście twórcy póki co prowadzą wątki finezyjnie i zamykają je pomysłowo, w zupełnie inny sposób niż u Pizzolatto – ale równie intensywnie i kameralnie jednocześnie. Mam przy tym nadzieję, że serial nie zostanie złożony na ołtarzu filmowego uniwersum i będzie mógł oddychać pełną piersią. Bo pod względem założeń może to i dzieło odtwórcze, ale też zrealizowane na medal i ze sporą dozą serducha. Tylko tyle i aż tyle.

„Latarnie” – ocena i podsumowanie

OCENA: 7+

PODSUMOWANIE: „Latarnie” może za często ściągają z „Detektywa”, ale robią to tak, żeby się facetka nie kapnęła – zadbano o świetną chemię między postaciami, pomysłową, bardzo ludzką intrygę i stonowane, ale pełne wyobraźni wykorzystanie mocy superbohaterskich, gdy te już się pojawiają.

Dołącz do dyskusji