Recenzja filmu „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”. To najdojrzalszy „Spider-Man” od lat!

Recenzja filmu „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”. To najdojrzalszy „Spider-Man” od lat!
„Brand New Day” to jeden z najgorszych okresów w historii komiksowego Spider-Mana. Interesujący paradoks stanowi zatem fakt, że filmowy „Całkiem nowy dzień” okazuje się jednym z lepszych obrazów o Pajęczaku. A już na pewno wyróżnia się na tle MCU po „Endgamie”…

Rety, to już 20 lat, odkąd komiksowe „One More Day i „Brand New Day” skrzywdziły Spider-Mana kretyńskim paktem z diabłem, który rozwalił małżeństwo z Mary Jayne, a wraz z nim szansę na to, by Pająk mógł uczestniczyć w dojrzałych historiach (choć na szczęście zdarzały się wyjątki, np. rewelacyjny „Grim Hunt”). Tak, właśnie czytacie tekst geeka wychowanego na dziełach J. Michaela Straczynskiego, w związku z czym te dwa tytuły z początku akapitu budzą we mnie od zawsze niesmak.

Na szczęście „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” Destina Daniela Crettona (który zasiadł w fotelu reżysera zamiast Jona Wattsa) przełamuje zły czar rzucony niegdyś przez Mefistofelesa. Nie dość, że film opowiada zdecydowanie lepszą historię od zeszytów sygnowanych tym tytułem, to jeszcze okazuje się jednym z ciekawszych i bardziej wyrazistych obrazów kinowych o Pająku. Do ideału wprawdzie trochę brakuje, niemniej to i tak jeden z najlepszych seansów MCU od lat.

Spider-Man z sąsiedztwa

Niestety – ze względu na rozmaite cameo i ciszę przed burzą związaną z „Avengers: Doomsday” – nadal trudno pozbyć się wrażenia, że obcujemy z kolejnym odcinkiem wielkiego kinowego serialu, a nie konkretną sagą o jednym bohaterze. Tym razem jednak dostaliśmy bardzo filmowy „special”, który zgrabnie przedstawia zaskakująco dojrzałe problemy.

Po wydarzeniach z „Bez drogi do domu Peter Parker (Tom Holland) zostaje sam. Izoluje się od MJ (Zendaya) i Neda Leedsa (Jacob Batalon), którzy i tak magicznie zapomnieli, kim był. Facet żyje już tylko „pracą” Pająka i walczy z zagrożeniami z „sąsiedztwa” przy drobnym wsparciu nowojorskiej policji, a nawet… Punishera (Jon Bernthal). Tymczasem zagadkowa siła opętuje przypadkowych ludzi i próbuje wydrzeć sekrety pewnej organizacji gromadzącej technologie po pokonanych wrogach superbohaterów. Siła, która potrafi niebezpiecznie mocno zbliżyć się do tajemnic Petera. Sam Spider-Man musi też zmierzyć się z zachodzącą w nim przemianą.

Dużo się tu dzieje, ale przez większość czasu Cretton z ekipą panują nad narracją. To bardzo osobista i skupiona na emocjach historia o równowadze pomiędzy byciem „pająkiem” a człowiekiem. Między słowami wybrzmiewa wiele nutek wskazujących na wypieranie pewnych stron swojej osobowości, ale też na nieprzepracowaną żałobę i lęki, które popychają bohatera w stronę samotniczego, pustelniczego wręcz życia. Podobną próbę podjęto niegdyś w „Iron Manie 3”, jednak Cretton ewidentnie ma większe wyczucie niż Shane Black, jeśli chodzi o wiwisekcję superbohaterów. Wyznam, że z jednej strony brakowało mi trochę pajęczych one-linerów, z drugiej ten zawadiacki aspekt za bardzo nie pasował do opowiadanej tu historii, a i tak Tom Holland wycisnął nieco uroku z postaci „trochę” przecież udręczonej. Warto też zauważyć, że sprytnie podobierał dramatis personae pasujące do tezy o wypieraniu części własnego życia – wszak Frank Castle, Hulk, jak i „złoczyńca” na tym się skupiają.

Pająki i ludzie

W kilku momentach film może się wydać odrobinę za długi, ale w sumie dzięki temu sprawnie i w bardzo organiczny sposób buduje powiązania między wszystkimi ważnymi postaciami. Tu, na poziomie emocji, nie usłyszycie fałszywej nuty. Ostatecznie można wręcz odnieść wrażenie, że mimo 2,5-godzinnego seansu „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” jest za krótki – jedną czy dwie kluczowe relacje zawieszono na haku z etykietą „ciąg dalszy nastąpi”. Ewidentnie unikano głębszej eksploracji tematu „wylinki” Spider-Mana. Nie wiem, czy to ze względu na strach przed kontrowersjami i zrażeniem widza – komiksowe mutacje Pająka zazwyczaj skręcały w stronę konkretnego body horroru i odwoływały się do takich reprezentantów klasyki jak „Mucha” Davida Cronenberga. Może jednak to tylko odkładanie historii o transformacji („The Other”) na później. Jeśli to drugie, to wpisuje się w moją tezę o klątwie serializacji filmów w Marvelu.

Na szczęście to wyjątek, reszta gra równo. W „Spider-Manie: Całkiem nowym dniu” nie tylko rozdrapy bohaterów okazują się namacalne – choć one też zyskują dzięki oprawie i miejskiej skali wydarzeń. Cretton robi dużo lepszy użytek z ulicznego tła niż Watts. Co więcej, wypełnia miasto naprawdę dobrze nakręconymi i pomysłowymi scenami akcji, które pokazują, z jak wyjątkowym i odmiennym bohaterem mamy do czynienia. W walkach wybrzmiewa zarówno siła, akrobatyczna zręczność, jak i pewna… obcość Spider-Mana.

To wszystko wydaje się też dużo bardziej czytelne, fizyczne i osadzone w rzeczywistości niż niedawne filmy i seriale z MCU. Ostatni raz tyle autorskiego podpisu na wizualiach mogliśmy dostrzec bodaj w „Strażnikach Galaktyki 3”. Tutaj naprawdę zgrały się zarówno temperament reżysera i jego ekipy, jak i charakter bohatera.

Nowa nadzieja Marvela?

Tom Holland daje najlepszy występ od lat, a może i w swojej karierze. Kreuje Petera Parkera powoli zmierzającego w stronę tej życiowej mądrości, która zapewni mu połączenie empatii, doświadczenia młodego dorosłego oraz wisielczego humoru, za który czytelnicy na nowo pokochali Spider-Mana w komiksach z pierwszej dekady XXI wieku (tych, które pisali m.in. J. Michael Straczynski, Paul Jenkins czy nawet… Kevin Smith). Zendaya wyrzuca z siebie wyjątkowo dużo szczerych emocji, a Bernthal świetnie wchodzi w kamasze półdzikiego i nieobliczalnego „wujko-brata” Petera – tego, który rozwali imprezę, ale też pokaże, na czym polega życie. Sadie Sink doskonale sprawdza się w niespodziankowym występie i nie mogę się doczekać, aż pogra w MCU więcej. Mam nadzieję, że zdarzą się jej jeszcze duety z Hollandem, bo pomiędzy ich postaciami da się wyczuć naprawdę sporą chemię.

Recenzja filmu „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”. To najdojrzalszy „Spider-Man” od lat!

To wszystko sprawia, że „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” zgrabnie otwiera kolejny rozdział dla Petera, Spider-Mana i Toma Hollanda. Zostawia bohatera ze sporym potencjałem do rozwinięcia, ale już teraz Pająk stoi na własnych nogach pewnie – jak nigdy dotąd w MCU. To najbardziej wiarygodny ze wszystkich czterech solowych występów aktora w tej roli – a przede wszystkim najbardziej szczery i samodzielny. Dlatego można wybaczyć „Brand New Day” pewne potknięcia. A nawet dzielenie tytułu z jednym z najgorszych okresów w historii tego herosa.

Spider-man: Całkiem nowy dzień – ocena i podsumowanie

OCENA: 8

PODSUMOWANIE: Jak na lekki, letni blockbuster, „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” atakuje zaskakująco dojrzałymi emocjami, a przy tym wygląda najbardziej wiarygodnie i namacalnie ze wszystkich „Pajączków” z MCU.

Skomentuj