Rzuć pracę w korpo i zostań łowcą walczącym o przetrwanie. „Primal Hunter” – recenzja

Rzuć pracę w korpo i zostań łowcą walczącym o przetrwanie. „Primal Hunter” – recenzja
Wyobraźcie sobie zwyczajny poniedziałek. Poranna rutyna, korek, a później w biurze ktoś zaprasza was na lunch. Zgadzacie się, wchodzicie do windy, a ta się nagle zatrzymuje. Awaria? Nic podobnego. Trafiacie do pokoju na wzór sali przesłuchań, a tam ktoś wam mówi, że macie wybrać klasę niczym w grze RPG, bo zaraz wasze życie na zawsze się odmieni. Zaintrygowani?

Tak zaczyna się „Primal Hunter”, pierwszy tom popularnej serii LitRPG autorstwa Zogartha, który w ciągu 4 lat napisał takowych tomów 16 i zdążył przy tym rozwinąć na Kickstarterze kampanię (z zakładanych 30 tysięcy dolarów wystrzeliła do ponad miliona). To, że pozycja ta stała się komercyjnym hitem, nie ulega wątpliwości. Bardziej interesowało mniej jednak, czy broni się literacko. A że jestem świeżo po lekturze „Dungeon Crawler Carl” i „Level Up 1. Re-start” oraz mam za sobą „Drogę Szamana”, myślę, że mogę czuć się trochę obeznana z tematem.

Schemat, który już znamy

Zacznijmy od rzeczy oczywistej. Fabularnie „Primal Hunter” nie wymyśla koła na nowo. Integracja z multiwersum, brutalny samouczek mający wyselekcjonować tych, którzy poradzą sobie w nowej rzeczywistości, grupa współpracowników rzuconych w sam środek przemocy – to schemat, który w gatunku LitRPG i fantasy z motywem „od zera do bohatera” widziałam już dziesiątki razy. Pierwsze rozdziały wydają się dość surowe, a sama koncepcja niespecjalnie oryginalna i niewyróżniająca się z początku niczym na tle podobnych tytułów zalewających ostatnio rynek.

Główny bohater, Jake Thayne, reprezentuje na starcie archetyp inteligentnego, choć nieco wycofanego społecznie pracownika biurowego. Wybiera klasę łowcy specjalizującego się w łucznictwie i rozpoczyna samouczek (będący równocześnie treningiem), jakby robił to codziennie. Kiedyś trochę grał w erpegi, więc mniej więcej rozumie panujące tu zasady. Problem stanowi reszta drużyny, która jest dla niego ciężarem – Jake pragnie levelować, a nade wszystko… polować. Nie tylko na zwierzynę, ale też na ludzi (jeżeli będzie miał ku temu powody). To go napędza do działania. Tak więc szybko oddziela się od grupy i zaczyna przemierzać las na własną rękę.

Tu zaczyna się gra

O ile na początku czytanie szło mi opornie, bo musiałam przyzwyczaić się do nierównego tempa akcji, tak w pewnym momencie zaczęłam połykać kolejne partie tekstu bez opamiętania. Książka, która na starcie nie robi wielkiego wrażenia, gdzieś po kilkunastu rozdziałach (mniej więcej w połowie swojej objętości – wiem, że to sporo, zważywszy, iż liczy ponad 700 stron!) zaczyna wciągać w sposób, przed którym trudno się obronić.

Wydaje mi się, że sekret tkwi w tym, co Zogarth robi ze znanym schematem. Autor poświęca naprawdę dużo uwagi temu, jak różni ludzie radzą sobie psychicznie z nową sytuacją. Dla porównania: Jake jest zadowolony, że został wyrwany z korpoświata, a wizja przyszłości, w której musi levelować, polować i myśleć strategicznie (np. jak rozdysponować zdobywane punkty doświadczenia albo jaką taktykę obrać w walce z danym przeciwnikiem), wielce mu się podoba. Z kolei jego były szef, Jacob, całkowicie odmiennie podchodzi do przetrwania, starając się zarządzać grupą (pomaga mu w tym doświadczenie kierownicze) i zwyczajnie dotrwać do końca samouczka.

Owo zderzenie dwóch podejść do tego samego problemu, czyli jak się uchować w świecie, w którym siła stanowi jedyną obowiązującą zasadę, jak dla mnie jest jednym z najmocniejszych elementów powieści. Pomaga również konstrukcja narracji. Zogarth nie trzyma nas na siłę przy jednej perspektywie, co jakiś czas przenosząc akcję do innych uczestników integracji, dzięki czemu widzimy, jak te same wydarzenia wyglądają z punktu widzenia kogoś, kto radzi sobie zupełnie inaczej niż Jake. W ten sposób dostajemy poniekąd cały obraz tego, co się dzieje z ludzkością. Pod warstwą lekkiego LitRPG kryje się zaskakująco przemyślana filozofia moralna i niemała wiedza autora o psychologii, którą wykorzystuje, żeby kreować konflikty między postaciami.

Dobre tempo i poczucie nieustannego rozwoju bohatera również sprzyjają lekturze. Najbardziej w tej historii podobało mi się to, że wszystko zostało w niej oparte na progresie – zdobywaniu umiejętności i konsekwencjach wyborów, które naprawdę coś zmieniają, a nie są tylko dekoracją fabularną. Historię w „Primal Hunterze” śledzi się jak postępy w rozgrywce – z ciekawością, co jeszcze da się „odblokować” i jak daleko może zajść główny bohater.

Sceny akcji na medal

Niewątpliwie najlepszy element całej książki stanowią sceny akcji. Sekwencje polowania Jake’a dosłownie trzymają w napięciu, a starcia z bestiami zostały opisane z taką dbałością o szczegóły, że trudno się od nich oderwać. Umiejętności i zdolności wynikające z mechaniki systemu przekładają się na naprawdę unikalne układy walk, a nie tylko na powtarzalne sceny typu „uderz mocniej”. Styl tych bijatyk przypomina rozwiązania znane z japońskich animacji, dzięki czemu otrzymujemy czytelną choreografię i emocjonalne tempo, które w klasycznej prozie fantasy bywa niekiedy trudne do uzyskania. A w związku ze zdobywaniem przez bohaterów nowych mocy każda kolejna potyczka wygląda zupełnie inaczej. Niesamowicie emocjonujące są pojedynki między ludźmi, bo to one okazują się najbardziej nieprzewidywalne.

Tak samo jak w grach RPG, tak i tutaj uczestnicy samouczka mogą natrafić na skrzynki skrywające różne przydatne rzeczy czy tokeny, które ulepszą ekwipunek i broń. Co więcej, w tym świecie poukrywane są również lochy, przyjmujące najróżniejsze formy. Do jednego z nich trafia właśnie główny bohater, ale nie zdradzę nic więcej! Już sami musicie przeczytać, z czym przychodzi mu się tam zmierzyć. Dodam tylko, że spędza tam dwie trzecie książki, więc możecie się domyślić, że autor wycisnął z tego motywu absolutne maksimum. Co prawda niektórym tak długi pobyt w zamkniętej lokacji może się wydać monotonny, ale to właśnie tam toczy się gra o najwyższą stawkę.

Nie wszystko jednak działa dobrze. Największym problemem jest dla mnie długość dzieła. Spokojnie można byłoby wyciąć z niego ok. stu stron bez żadnej straty dla fabuły. Autor ma nieprzyjemną tendencję do zatrzymywania się przy detalach systemowych – statystykach, umiejętnościach, dokładnych liczbach obrażeń – które są ciekawe dla fanów mechaniki gry, ale potrafią rozwlec akcję w momentach, w których czytelnik chciałby po prostu ruszyć dalej. A to potrafi nieźle zirytować podczas lektury.

Mam też wątpliwości co do tego, jak powieść traktuje przemoc. Pod warstwą rozbudowanego systemu i ciekawych umiejętności kryje się niekiedy głównie brutalność bez głębszego sensu. Sceny, w których ludzie, pozbawieni cywilizacyjnych hamulców, zmieniają się w bestie gorsze od zwierząt (tak, patrzę na ciebie, Williamie), mogą nieco zniechęcić do dalszego czytania. Z drugiej strony, im dalej zagłębiamy się w lekturę, tym lepiej poznajemy stojące za tym pobudki, więc mimo wszystko warto dać dziełu Zogartha szansę.

Finałowy boss, czyli werdykt

„Primal Hunter” to książka, która nie udaje, że jest czymś więcej niż to, czym jest, czyli solidnym, rzemieślniczo dobrze skrojonym LitRPG, czerpiącym swoją siłę nie z oryginalności koncepcji, tylko z tego, jak konsekwentnie i z pełnym zaangażowaniem Zogarth realizuje obraną formułę. To nie jest niszowa lektura, ale jedna z najciekawszych pozycji, po jakie przyszło mi ostatnio sięgnąć, i w pełni rozumiem zachwyty nad tą serią.

Jeżeli więc szukacie czytadła, które zaskoczy was fabularnie, możecie się rozczarować. Na rynku ostatnio zaroiło się od podobnych motywów (czego przykładem są wspomniane przeze mnie na początku tytuły). Jeśli jednak cenicie sobie dobrze opisane sceny walki, wiarygodnego głównego bohatera oraz odważne, czasem wręcz niewygodne pytania o to, ile człowieczeństwa zostaje w nas, gdy znika cała znana nam struktura społeczna – „Primal Hunter” jest pozycją, przy której naprawdę łatwo stracić poczucie czasu.

„primal hunter” – podsumowanie i ocena

OCENA: 8

PODSUMOWANIE: „Primal Hunter” nie odkrywa koła na nowo, jeżeli chodzi o gatunek LitRPG, ale opowiadana w nim historia nadrabia świetnie pomyślanymi postaciami i doskonałymi sekwencjami starć. A im dalej fabułę, tym trudniej się oderwać. Naprawdę jestem ciekawa, co autor zgotował dla nas (i Jake’a) w 16 dotychczasowych tomach.

16 odpowiedzi do “Rzuć pracę w korpo i zostań łowcą walczącym o przetrwanie. „Primal Hunter” – recenzja”

  1. 16 tomów i to nawet niekoniecznie jest całość? Tak prawdę mówiąc, to mnie to zniechęca, bo prawdopodobnie wszystko będzie się ciągnąć tak, żeby do żadnego konkretnego finału nie dojść, tylko produkować kolejne, dopóki ludziom będzie chciało się kupować.

    • Avatar photo

      Mam jednak nadzieję, że autor powie w końcu dość i zakończy serię 😀 Też się trochę obawiam kolejnych tomów, bo (jak wspomniałam w recenzji) Zogarth potrafi zagłębiać się w szczegóły, przez co niekiedy wytraca się tempo akcji… I stąd te 700 stron (a jak zerknęłam na pozostałe tomy, to liczą niemal po tyle samo) 😀

      • można powiedzieć, że to taki Dragonball z cyferkami i statystykami w skrócie 😀 później jeszcze podróżuje po innych światach i planetach i ciągle walczy z silniejszymi przeciwnikami, swoją drogą np: Koło Czasu też było długie:) poza tym z tych co przeczytali te 16 tomów to raczej nikt nie chce żeby to się szybko zakończyło 😛 wręcz przeciwnie, za każdym tomem jest coraz ciekawsze

      • Nie przeraża mnie samo 16 tomów, bo trochę się długich serii w życiu czytało, tylko to, co one oznaczają.

        • Nie wiadomo ile wydadzą. Co prawda niejedną książkę czytałem po angielsku, ale to wkurzające, kiedy w połowie trzeba się przesiadać, bo wydawca stwierdził, że się nie opłaca i kolejne części olał.
        • Czy autor zdąży dociągnąć serię do końca, czy przeszkodzi mu śmierć jak Jordanowi z Kołem Czasu właśnie albo zwyczajne olanie, bo swoje już zarobił jak Martin z Pieśnią…
        • Czy autor w ogóle ma jakieś ogólne pojęcie, do czego zmierza i ma jakiś plan na zakończenie. Jakiś czas temu czytałem właśnie LitRPG/Isekai, coś z tych niewydanych u nas i fajne to było, bohater odwiedzał różne światy, zdobywał sprzymierzeńców, rosły mu statystyki, awansował, zdobywał nowe umiejętności i pozornie wydawało się, że jakieś efekty jego działań są. Ale czytam czwarty tom, piąty, szósty i przy tych wszystkich osiągnięciach jego główny cel nie przybliżył się ani o milimetr. Niby robił postępy, ale w szerszej perspektywie cały czas stał w miejscu.
        • Ile jeszcze tych części i jak szybko po sobie będą się ukazywać. Ja lubię dobrze pamiętać, co się wcześniej wydarzyło, więc doczytam do tych 16, a za dwa lata, kiedy wyjdzie kolejny, musiałbym znowu przeczytać te 16, żeby przypomnieć sobie, o co tam dokładnie chodziło, a za kolejne 2 przypomnieć sobie całe 17 itd.

        Krótko mówiąc, lubię długie serie, ale zakończone.

    • zdarzają się skończone serie litrpg ale to szczególne przypadki 🙂 (kiedy nastepuje koniec gry w jakiś sposób lub zrealizowani lub niemożliwe jest zrealizowanie celu) w większości jest zakończenie umowne albo otwarte, gra się nigdy nie kończy, mogą sie kończyć etapy i przejściem na wyższy poziom gry i autor już tego dalej nie opisuje, jeśli lubisz sf to możesz przeczytać Galactogon Machanienki, wydaje mi się że było skończone w jakiś sposób, że tak powiem bez spoilerów 😛 i to tylko 3 tomy epickiego sf

      • to ma ponad 16 tomów z tego powodu że jest to webnowela wydawana w formie książek jak osiągnie odpowednią ilość dodatkowych rozdziałów i ma obecnie ponad 1339 rozdziałów webnowel i zwykle tego typu webnowele mają łącznie od 2000 do nawet 5000 rozdziałów więc w przeliczeniu na książki jeśli jedna książka ma około 40-50 rozdziałów więc może wyjść nawet ponad 25 książek ostatecznie .

  2. Kurczę, 16 tomów trochę przeraża, bo nigdy w książkach nie wybierałem serii, które przekraczają 3-4, ale po rekomendacji książki „To królestwo mnie nie zabije”, która bardzo mi się spodobała chyba dam szansę. Liczę na więcej recenzji/polecajek książkowych.

    • Avatar photo

      Hejka, dzięki za miłe słowa! 🙂 Mnie też przeraża te 16 tomów, a bardziej zastanawia to, czy wydawnictwo wyda wszystkie części – mam taką nadzieję, bo historia dopiero się rozkręca 😀

      • A jeśli nie Primal Hunter, to kto? Jakby nie patrzeć, to jedna z topowych serii LitRPG jeśli chodzi o popularność, więc jeśli ta seria się nie przyjmie na rynku, to innym może być tylko trudniej.

        No i przynajmniej nie jest to The Wandering Inn, jeśli chodzi o rozwleczone opowieści…

      • A właśnie, wydawnictwo to druga sprawa. To by nie był pierwszy raz, że wydadzą 2-3 części, stwierdzą, że zysk za mały i resztę oleją, a ty sobie czytaj po angielsku, albo wcale.

    • Koła Czasu nie czytałeś? Wiedźmin też ma więcej niż 4 tomy 😛 a polecajek litrpg można by dawać bardzo dużo, pytanie czy ktoś by je chciał wydać po polsku, Primal Hunter powinien się przyjąć i dobrze sprzedać, w końcu tłumaczenie jest lepsze niż polskie wydanie Dungeon Crawler Carla

      • Avatar photo

        Dungeon Crawler Carl muszę przyznać – ma tragiczne tłumaczenie! 😀

  3. Objętość i ilość tomów mnie nie przeraża, ale dopóki coś nie jest dokończone, to tego nie ruszam, dostałem już nauczkę (Rothfuss, Lynch, spłoniecie w najgłębszym kręgu piekła!).
    Pozycja raczej nie dla mnie, przynajmniej nie na dziś, gdzie czytam krótsze książki, jednotomowe, na max 1-2 wieczory (Lód Dukaja cały czas czeka na swój moment).

    Natomiast bardzo doceniam podsumowanie w recenzji, że to lekka książka, nie dla każdego, a sama ocena podkreśla, że to dotyczy tego rodzaju książek, a nie literatury w ogóle, o czym często „recenzenci” zapominają…

  4. Polecam, dla mnie im więcej tomów, tym lepiej, aktualnie czytam kilka rzeczy jednoczesne – primal hunter/chrysalis/defiance of the fall/book of the dead/beware of chicken – jestem już na bieżąco więc zostało jedynie czytanie nowych rozdziałów na royalroad 😀

  5. Czyli kolejny komentarz, gdzie ktoś nie wie o czym pisze.

  6. Avatar photo

    Tak nie do końca – nie ma tu praktycznie romansu (tylko jedno zauroczenie), a więcej bezwzględnej akcji i walki o przetrwanie 😀

Skomentuj