Wiedźmina tutaj trzeba, a nie po prostu czytelnika! „Przeklęte Licho. Gra książkowa” Michał Gołkowski, Maciej Głowacki – recenzja
Tak zaczyna się przygoda w świecie Strigovii. Z wyrytym na przedramieniu napisem „przeklęty” i z dziwnym pierścieniem wracamy do domu. Na miejscu zostajemy oskarżeni o zdradę i bratobójstwo (zaraz, to ja mam brata?!), a do tego wojewoda żąda od nas błyskotki. Nie pozostaje nic innego, jak wziąć nogi za pas (co będziemy robić nader często) i skierować się w głąb Puszczy, odnaleźć brata i oddać pierścień przed pełnią księżyca. Pamiętajcie tylko, że przeklęte Licho nie śpi i śledzi uważnie każdy wasz krok.
Każdy wybór ma swoją cenę
Twórczość Michała Gołkowskiego kojarzę doskonale – od „Komornika”, którego pochłonęłam jednym tchem, po „Stalowe Szczury”. Znając dzieła tego autora, świetnie zdawałam sobie sprawę z jego kunsztu i wiedziałam, czego się spodziewać (choć „Przeklęte Licho” to zupełnie inna bajka). Było to jednak moje pierwsze zetknięcie z prozą Macieja Głowackiego i już teraz mogę przyznać, że wyszła z tego wyjątkowo smakowita współpraca. Chociaż rynek obrodził ostatnio w gry książkowe (znów wracają do łask!), ta pozycja może szczególnie przypaść do gustu fanom Wiedźmina – zarówno literackiego, jak i growego – a także wszystkim miłośnikom słowiańskiego folkloru.

Jak w najlepszych erpegach, tak i w „Przeklętym Lichu” żaden ruch nie pozostaje bez konsekwencji. Nawet się nie zorientujemy, gdy niepozorna decyzja podjęta w pierwszych minutach rozgrywki powróci ze zdwojoną siłą w samym finale. Trzeba więc dokładnie przemyśleć każdy krok: komu zaufać, a kogo zostawić na pastwę losu. Czy udamy się z dziwnymi stworzeniami do ich wioski, czy może jednak zawierzymy wiedźmie? Na pewno czasem warto słuchać własnej intuicji, a czasem – po prostu chłodno kalkulować.
Kto tu straszy: Licho czy Puszcza?
Czym właściwie jest tytułowe Licho? Można obejrzeć je na okładce, a mówiąc najprościej: to słowiański leśny demon, do którego zdecydowanie lepiej podchodzić ze srebrnym mieczem w dłoni, niż dobijać z nim jakichkolwiek targów. Niestety historię rozpoczynamy już po fakcie, a samo Licho pełni funkcję naszego osobistego ochroniarza – możemy wezwać je w razie potrzeby, a ono błyskawicznie rozprawi się z dręczycielem (w końcu w starciu z ogromnym potworem mamy do dyspozycji jedynie niewielką siekierkę). Należy jednak pamiętać, że ogranicza nas limit trzech życzeń, a po ich wypowiedzeniu… O tym musicie już przekonać się na własnej skórze! Zdradzę tylko, że „pan kierownik” (jak zwykło nas ono nazywać) bywa wyjątkowo przebiegły.
Przedstawiony tu świat został fantastycznie nakreślony. Puszcza, do której się udajemy, to mroczne i niezwykle niebezpieczne miejsce, gdzie nawet zwykła lilia wodna może nas zabić. Ta leśna kraina karze w okrutny sposób za każdy fałszywy krok, potęgując przemożne poczucie osamotnienia oraz klaustrofobii.

Podczas lektury ma się nieodparte wrażenie, jakbyśmy nagle przenieśli się w sam środek nieprzyjaznej Strigovii, zamiast siedzieć w bezpiecznym łóżku z kubkiem ciepłej herbaty. Zawdzięczamy to niezwykle plastycznym opisom (czasami wręcz do bólu!) – z kart książki niemal bije fizyczny chłód, a w kościach czuć ciężar przemoczonych ubrań i trud brnięcia przez kolejne bagno. Mroczny, gęsty klimat całej opowieści kapitalnie dopełniają znakomite rysunki Tomka Larka: od świetnych ilustracji potworów po niepokojącą wizję tytułowego Licha.
Zgubiłam się, umarłam, wróciłam po więcej
Jedno przejście tej gry książkowej zajmuje około dwóch godzin. Moja pierwsza wizyta w Puszczy skończyła się tak, że niemal od razu zginęłam – widocznie nie warto się ukrywać, lepiej od razu brać nogi za pas (taka mała rada). Po drodze skręciłam w złą stronę i znowu witałam się z bramami niebios. Kiedy jednak w końcu dotarłam do finału, cóż… okazało się, że zupełnie zapomniałam o bracie.
Zdziwiłam się, jak szybko minął czas, a obrana ścieżka wcale nie przybliżyła mnie do rozwiązania tajemnicy jego zaginięcia (albo po prostu coś przegapiłam, albo gra celowo wodzi czytelnika za nos). Zwieńczenie mojej pierwszej podróży nie należało więc do najbardziej udanych. Tytuł oferuje jednak kilka wariantów finału w zależności od dokonanych przez nas wyborów, choć sama rozgrywka potrafi skończyć się znacznie szybciej (mimo że w zasadach było wyraźnie napisane, że nie można zginąć).

Niestety gry książkowe mają to do siebie, że gdy przejdzie się je na dwa lub trzy sposoby, tracą swój pierwotny urok. Nie ma już potrzeby do nich wracać, bo opowiadaną w nich historię znamy z każdej strony. Odkrywanie ich wszystkich sekretów jest najprzyjemniejsze – kusi możliwość pójścia w przeciwnym kierunku, podjęcia innej decyzji i sprawdzenia, co się stanie.
I oczywiście do zabawy – oprócz otwartego umysłu i najlepiej srebrnego miecza – potrzebujecie jedynie ołówka. Na samym końcu książki znajdziecie miejsce na zapiski, gdzie możecie odnotowywać wykorzystane życzenia, odzyskane wspomnienia oraz znalezione po drodze przedmioty. Stronę dalej zamieszczono natomiast glosariusz pojęć ułatwiający poruszanie się po Puszczy. To z niego dowiecie się na przykład, kim są Ubożęta i Velekowie, a także zgłębicie wiedzę o otaczającym was świecie.
Ostatnie słowo i tak należy do Puszczy
„Przeklęte Licho” to kolejna gra książkowa wydawnictwa Muduko, którą z przyjemnością odkładam na swoją półkę obok „Questwicka. Stolicy przygody” Rocha Urbaniaka. Wydaje mi się, że napisałam już wszystko, aby zachęcić was do sięgnięcia po ten tytuł – już same nazwiska autorów powinny przyciągnąć waszą uwagę. Zastanówcie się jednak dobrze: czy jesteście gotowi, by zapuścić się w domenę matki ziemi?
Materiał powstał we współpracy z Partnerem, ale ten nie miał wpływu na opinię prezentowaną w tekście.