„Władcy Wszechświata” to odgrzewani „Strażnicy Galaktyki”, ale wewnętrzne dziecko i tak polubi tego He-Mana [RECENZJA]

„Władcy Wszechświata” to odgrzewani „Strażnicy Galaktyki”, ale wewnętrzne dziecko i tak polubi tego He-Mana [RECENZJA]
Sezon letnich blockbusterów oficjalnie uważam za otwarty. Nie rozpędza go jednak żaden Marvel, a odkurzona i przerobiona ramota z lat 80. „Władcy Wszechświata” całkiem nieźle i z serduchem realizują recepturę pozostawioną przez „Strażników Galaktyki”.

Są takie filmy, które na rozum wydają się przeciętne i schematyczne (w gruncie rzeczy – takie są), ale gdy przyłożyć do nich bardziej emocjonalne podejście – zapewniają masę nieskrępowanej zabawy. „Władcy Wszechświata” to właśnie takie kino – bezwstydnie korzysta z porządnie obrobionych klisz, ale jeśli zasiadacie na fotelu z odpalonym wewnętrznym dzieckiem to będziecie się świetnie bawić. Widać, że reżyser, Travis Knight, robił notatki z „Thora: Ragnaroku” i „Strażników Galaktyki”. Nowa wersja „He-Mana” nie idzie aż tak bardzo w slapstickowo-campowe szaleństwo Boga Gromów, ani nie jest aż tak bardzo stylizowaną, czułą balladą o kosmicznych przegrywach, ale mimo większej sztampy – broni się serduchem po właściwej stronie, absolutną szczerością i miłością do „ejtisowego” klimatu.

Król lew i Władcy Wszechświata

Książę Adam (Nichola Galitzine) za dzieciaka nie należał do największych zabijaków. Robił raczej za popychadło i „klasowego” błazenka, ale wzbudzał sympatię u wszystkich wokół, zwłaszcza u największych przyjaciół jak Teela (Camila Mendez). Jego bezbronność niepokoiła jednak ojca, króla Randora (James Purefoy), który naciskał, by młody zmężniał i nauczył się walczyć. Stary niestety miał trochę racji, co pokazało uderzenie sił złowrogiego Szkieletora (Jared Leto) na Zamek Posępnego Czerepu. 

Młody musi się radować ucieczką i wraz z Mieczem Mocy zostaje wrzucony do naszego świata, na Planetę Ziemia w okolice pierwszej XXI wieku. Niestety wypuszcza broń będącą przepustką powrotną do domu. Piętnaście lat później wiedzie życie pociesznego, ale niesamowicie sympatycznego nieogara, który z uporem godnym lepszej sprawy szuka ostrza przez sieć. Dawne życie upomina się o Adama, gdy ten wreszcie dociera do artefaktu. Wtedy szlachetny dziedzic-nieudacznik wstępuje na drogę bohatera.

fot. United International Pictures

Cóż, schemat z „Króla lwa” i innych opowieści z tej samej Campbellowskiej matrycy pozostaje wiecznie żywy i dobrze się tu sprawdza. Tym razem stanowi wehikuł do opowiadania o męskości, empatii, sile, podnoszeniu się po porażkach i zestawianiu tego z tępym narcyzmem (reprezentowanym przez Szkieletora). Nie jest to zniuansowanie na miarę innego „postejtisowego” ekranowego bangera, czyli „Cobra Kai”. Cóż, to jednak był serial, który ładnie opowiadał o różnych odcieniach balansu między empatią a fizyczną samoobroną i o wyboistej, pełnej błędów drodze do tego equilibrium. Tak czy inaczej – ładnie buduje sens filmu, jego podtekst i przekaz. Jednocześnie zaś robi za tło do naprawdę zabawnej i angażującej przygody, nawet jeśli odklikuje z aptekarską precyzją wszystkie ważne punkty fabularne rodem z „Gwiezdnych wojen” i poradników scenopisarskich w stylu „Save the Cat!” Blake’a Snydera.

Proste rozwiązania

Scenariuszową Czarną Biblię wykorzystano tu jednak w dobrej sprawie i ku autentycznej radości płynącej na linii twórca-odbiorca. Widzicie, we „Władcach Wszechświata” liczy się przede wszystkim zabawa. Ona jest sprzężona z rytmem i przekazem – Szkieletor to np. wzorowy, nadużywający swej mocy narcyz bez szans na odkupienie (coś, co uczymy się z czasem wyrzucać ze swych społeczności… mam nadzieję) – ale wiedzie głównie do rozrywki. Do żonglowania motywami, które znamy z memów o He-Manie, ze starego serialu (nie, Kevin Smith, sorry, nie z twojego), zabawek, komiksów. Reżyser zrobił nawet głęboki ukłon w stronę poprzedniego kinowego podejścia – i uczynił to z fasonem. Kto zerknął na obsadę w dowolnym filmowym agregacie danych, ten wie, o co chodzi, ale jeśli nie – to dajcie się zaskoczyć.  

Główny rdzeń przygody, droga Adama, buduje przyjemne napięcie w oczekiwaniu na momenty, kiedy ciapa zmieni się w kozaka. A kiedy już przychodzi do rąbaniny i popisywania się efektami specjalnymi, widać w tym porządne rzemieślnictwo, niepozbawione wykonawczego zaangażowania. Dostrzeżemy to w detalach, tym jak przy demolce twórcy bawią się interakcją z otoczeniem czy kostiumami postaci. CGI wypada tu na tyle poprawnie, że nie przeszkadza i po prostu ładnie wygląda, nawet jeśli czasem co bardziej fantazyjne widoczki nawet się nie czają z cyfrowym pochodzeniem. 

fot. United International Pictures

He-Man i dobrze znane piosenki

Postacie to też klasyki. Wojownicza przyjaciółka to chodzące „call-to-action” (ale za to wdzięcznie ograne przez panią Mendez), Idris Elba w roli zdziadziałego, zardzewiałego „mentora-który-uczy-się-od-młodych” nie gra tu o żadną statuetkę, ale całkiem fachowo bawi się postacią. Szkieletor Jareda Leto to samobieżny generator campowej frajdy – trochę jak Hela z „Thora: Ragnaroku”), który zasuwa przez ekran z odpalonymi wrotkami i nie zatrzymuje się ani na moment. Ładnie wytaktowano jego cichsze momenty i te, gdy stanowi zagrożenie z szarżami, których nie powstydziłby się Nicolas Cage. Scenarzyści i reżyser porozrzucali też subtelne (a może wcale nie) wskazówki o dysfunkcyjnej relacji złoczyńcy z zapatrzoną w narcystycznego przywódcę pomagierką, Evil-Liną (kapitalna Alison Brie, kradnie ona show samą mimiką). Sam Adam w wykonaniu Nicholasa Galitzine’a bawi się przejściami od fajtłapy do złodupca i z powrotem, ma tu do grania zdecydowanie więcej niż prężenie muskułów.

Wszystko to podano w nawiasie radosnej, niekryjącej swojej prostoty baśni, uproszczonej space opery, która z rozbrajającą szczerością już w otwierającym monologu mówi: tak, będzie prosto, będzie klasycznie, z czerstwym humorem. Humor buduje jednak autentyczność tych prostych, ale wdzięcznych postaci, a całość podbija muzyka krzycząca – owszem, jesteśmy retro, jesteśmy przaśni i paradujemy dumni z tego faktu. I oczywiście, że na ścieżce dźwiękowej nie mogło zabraknąć Queen, flagowego zespołu „tamtych czasów”. „Władcy Wszechświata” nic nowego nie zapewniają, to popłuczyny po Gunnie i Waititim, ale, choć mniej gęste, przyrządzone z tym samym magicznym składnikiem – z serduchem. Szczegóły najpewniej zapomnimy maksymalnie dzień po seansie, ale w trakcie przeżyjemy klasyczną przygodę, niczym w kinowym parku rozrywki. To zaś daje filmowi Knighta moc. Moc rasowego letniego blockbustera.

„władcy wszechświata” – podsumowanie i ocena

OCENA: 7/10

PODSUMOWANIE: Władcy Wszechświata to nic wybitnego, ale dostarczają mnóstwo blockbusterowo-popcornowej frajdy, zwłaszcza jeśli lubicie kino Jamesa Gunna.

Skomentuj