Dawno nie wzruszyła mnie strzelanka, tymczasem Ace Combat 8 zapewniło mi emocje aż po same chmury [RECENZJA]

Dawno nie wzruszyła mnie strzelanka, tymczasem Ace Combat 8 zapewniło mi emocje aż po same chmury [RECENZJA]
„Hej, ja latam! (…) Gadam, latam, pełny serwis! Latać każdy może, trochę lepiej, czasem trochę gorzej, ale niestety ja mam talent, ho-ho!” – co prawda ja zamieniłem gadanie na strzelanie, ale wszystko inne się zgadza. Oj, dobrze było znowu wsiąść do myśliwca! Aczkolwiek nie spodziewałem się tak wielu turbulencji.

Są takie marki, na myśl o których zaczyna się robić ciepło na serduchu, i w moim przypadku zdecydowanie do tej grupy zalicza się rozwijana już od ponad 30 lat seria Ace Combat. Wprawdzie nie grałem we wszystkie jej odsłony (pewnie dlatego, że wyszło ich z miliard), ale też nie musiałem, bo praktycznie każda z nich dostarcza podobnych wrażeń, z drobnymi jedynie różnicami. W „siódemce” jakoś bardzo mi to jeszcze nie przeszkadzało, ponieważ Skies Unknown zaliczyło spory skok jakościowy względem poprzedniej części. Tymczasem od premiery tej gry minęło już siedem długich lat, a cykl studia Project Aces jakby zatrzymał się w rozwoju.

Asy przestworzy

Na stagnację nie ma co jednak narzekać, jeśli chodzi o narrację w kampanii. Akurat tutaj twórcy pokusili się o wprowadzenie dość interesujących nowości. Interesujących na papierze, bo w praktyce wypadają tak sobie, choć zależy to pewnie od podejścia i tolerancji na tego typu rzeczy. Po raz pierwszy w historii serii dostaliśmy fabułę zrealizowaną z tak filmowym rozmachem. W przerwie pomiędzy misjami nie bierzemy udziału jedynie w klasycznych odprawach nad mapą taktyczną oraz nie obserwujemy wyłącznie niezbyt skomplikowanych przerywników z gadającymi ludźmi w tle.

Ace Combat 8: Wings of Theve

Tym razem dokładnie śledzimy losy kilku postaci należących do eskadry Joker Flight, stacjonującej na lotniskowcu Endurance. Każdy z bohaterów to persona o własnych motywacjach, sposobach działania i charakterze. Szybko orientujemy się, na kim możemy polegać bardziej, kto szybciej zaliczy załamanie psychiczne, a kto wesprze nas dobrym słowem. Szkoda tylko, że dialogi między bohaterami są średnio napisane, bije z nich sztuczność i miejscami zbyt duża infantylność. Wierzę jednak, że to dopiero początek i Project Aces poradzi sobie z tym lepiej w kolejnej części tego cyklu. Czyli pewnie w jakimś 2035 roku…

Może patrzyłbym na to nieco mniej sceptycznie, gdyby nie fakt, że twórcy zdecydowali się na niemego protagonistę, z perspektywy którego obserwujemy wydarzenia. I właśnie głównie przez to dialogi wypadają nienaturalnie – wielokrotnie musimy odpowiadać swoim rozmówcom, lecz do wyboru mamy wyłącznie „tak” lub „nie”. Zdecydowanie więcej dramaturgii dodałby bardziej charyzmatyczny główny bohater. Jakby tego było mało, ciągle w swojej głowie słyszy on przemyślenia zmarłego pilota, skłonnego do głębokiego filozofowania. Tylko co z tego, skoro kontrolowany przez nas Ray w żaden sposób nie może się do owych myśli odnieść – brakuje tu relacji na poziomie V i Silverhanda z Cyberpunka 2077. Nie czuję też wspomnianego motywu nadnaturalnego, wydaje mi się, że dużo lepiej sprawdziłoby się rozwiązanie z Cope’em jako drugim pilotem albo nawigatorem.

Wojenna zawierucha w najlepszej postaci

Nie mogę natomiast napisać, że sama fabuła mnie rozczarowała. Wręcz przeciwnie, główny trzon historii, czyli wielka wojna pomiędzy Federacją Centralnej Usei a Republiką Sotoa, został zrealizowany fenomenalnie. Nie przypominam sobie, by jakaś inna produkcja wywołała we mnie tak duże emocje podczas obserwowania eskalacji fikcyjnego konfliktu zbrojnego. Początkowo gubiłem się trochę w tym całym politykowaniu (przygotujcie się na potężny natłok informacji i nazw własnych!), ale gdy już w końcu „kliknęło”, nie mogłem przestać o tym myśleć. Autentycznie czułem odpowiedzialność za swoją ekipę i bogu ducha winnych obywateli FCU, którym wrogi kraj zgotował takie piekło.

Ace Combat 8: Wings of Theve

W poprzednich częściach działało to na podobnych zasadach, ale odnoszę wrażenie, że tym razem twórcy jeszcze bardziej skupili się na przedstawieniu perspektywy cywilów oraz żołnierzy wojsk lądowych i morskich. Dużą rolę w prezentowaniu historii odgrywają media społecznościowe – to poprzez nie bohaterowie dowiadują się, jak są postrzegani na świecie, jak ich działania wpływają na nastroje publiczne i jak łatwo mogą stracić w oczach „fanów” poprzez manipulacje i niesłuszne oskarżenia.

Ekipa Project Aces pokazała także, jak ogromną siłę w budowaniu narracji odgrywa udźwiękowienie. W Ace Combat 8 większości rzeczy, które mają miejsce na lądzie lub wodzie nie widzimy, bo jak opętani manewrujemy samolotem po nieboskłonie. Nie widzimy, ale słyszymy. Oj, wyraźnie słyszymy… Komunikaty ogłaszane przez radio często pełne są dramatyzmu, bije z nich cierpienie i strach przed kolejnymi starciami. Każda wypowiedź dowódców oddziałów piechoty dawała mi szczegółowy obraz tego, co dzieje się z ich żołnierzami. Wiedziałem, kiedy zginęli, i wiedziałem też, że czasami była to moja wina, bo nie zdążyłem w porę zniszczyć pojazdu opancerzonego zmierzającego w ich stronę.

Ace Combat 8: Wings of Theve

Czułem też absolutne wku***nie, gdy jeden z moich kompanów został zestrzelony i z jego głosu wybrzmiewał smutek, a reszta towarzyszy nie mogła się pogodzić z tym, co właśnie się zdarzyło. Ale też Wings of Theve za pomocą dźwięku zapewnia masę radości – tak wielkiego szczęścia, że serducho momentami waliło mi jak oszalałe. Zarówno w chwilach, gdy przez radio słyszałem, jak oddział komandosów wyważa drzwi i wrzuca do środka granat, eliminując wszystkich wrogów, jak i wtedy, gdy z głośników wydobywały się westchnienia ulgi żołnierzy po wykaraskaniu się z tarapatów. Gry wideo, właśnie takich emocji od was oczekuję!

Chwila uniesienia

Emocji oczywiście dostarcza również sama rozgrywka, choć to akurat nie powinno być zaskoczeniem dla osób znających ten cykl. Z jednej strony pokazuje tylko, że studio Project Aces już na potrzeby „jedynki” przygotowało na tyle sensowne mechaniki latania i walki, iż wystarczyło je przez lata lekko dopieszczać, aby te trzy dekady później nadal dawały radę. Z drugiej natomiast mówimy o produkcji wydanej w 2026 roku, która powinna oferować gameplay o wiele bardziej rozbudowany względem poprzednich części. Na pewno dałoby się wprowadzić jakieś rozwiązania nieco urozmaicające zabawę, ale nic z tego. To już nawet w takim Call of Duty twórcy próbują nowych sztuczek…

Ale odkładając narzekania na bok (przynajmniej na chwilę!), muszę przyznać, że w Wings of Theve grało mi się doskonale. System kontrolowania myśliwców jest tak intuicyjny i perfekcyjny, że ciągłe pozostawanie w przestworzach nawet na moment mi się nie znudziło. W trybie eksperckim zabawa bywa sporo trudniejsza, ponieważ samolotem sterujemy w sposób bardziej realistyczny, ale stwarza to też większe pole do spektakularnego manewrowania, robienia beczek, bączków i innych sztuczek. Osoby preferujące arcade’ową rozgrywkę w dowolnej chwili mogą przełączyć się na tryb standardowy, w którym przechylanie analoga w lewo lub prawo sprawia, że maszyna po prostu skręca, a nie się obraca.

Ace Combat 8: Wings of Theve

Ponownie istotne jest dobieranie odpowiedniego wyposażenia do bitwy. Jeśli nie zabierzemy ze sobą pocisków powietrze-ziemia, możemy mieć problem ze skutecznym niszczeniem pojazdów lądowych, a już na pewno taka walka potrwa dłużej, co w przypadku misji ograniczonych czasowo może prowadzić do porażki. Naturalnie z biegiem gry odblokowujemy nowe myśliwce oraz wykupujemy ulepszenia do nich, dzięki czemu nic nie stoi na przeszkodzie, by skonfigurować maszyny wedle własnych potrzeb. Szkoda tylko, że drzewko rozwoju jest równie toporne i nieczytelne jak w Skies Unknown. Czasami wolałem ruszyć do walki mniej dopakowanym odrzutowcem, niż tracić czas na powolne skakanie po okienkach w menusach.

Więcej (tego samego)

Pozytywnie zaskoczyło mnie to, że tym razem kampania fabularna oferuje aż 30 misji (dla porównania „siódemka” miała ich o 10 mniej), których ukończenie zajęło mi ok. 13 godzin. Niestety liczba zadań nie idzie w parze z liczbą dostępnych lokacji – bardzo często wracamy do tych samych miejscówek, tyle że prowadzimy w nich bitwy w nieco innych okolicznościach i o innej porze doby. Może i nie rzuciłoby mi się to aż tak w oczy, gdyby nie fakt, że kilkakrotnie latałem dookoła windy kosmicznej występującej już w poprzedniej części.

Na szczęście ubogość map twórcy nadrobili zróżnicowaniem celów misji. Jeny, czego my tu nie robimy! Oczywiście nie zabrakło widowiskowych walk powietrznych z innymi myśliwcami (w tym ze specjalną złowrogą eskadrą, której zawsze towarzyszy niesamowicie klimatyczna muzyka), ale to tylko część atrakcji.

Ace Combat 8: Wings of Theve

W trakcie kampanii pomagamy wojskom desantowym w odbiciu stolicy FCU od strony morza, pozbywając się baterii przeciwlotniczych i wojsk okopanych na plaży; niszczymy potężne i zbyt mocno uzbrojone pancerniki lądowe; rozwalamy budynki mieszkalne w celu zablokowania drogi Sotoańczykom; zestrzeliwujemy promy próbujące wzbić się na orbitę; wyszukujemy skrywające się w chmurach sterowce, namierzające laserami nasz okręt wojenny, który lada moment może zostać zestrzelony przez satelitę zawieszonego w przestrzeni kosmicznej; niczym Luke Skywalker wlatujemy do szybu w celu rozdupcenia reaktora napędzającego bazę wroga. Dzieje się!

To łza czy kropla deszczu?

A temu wszystkiemu towarzyszy bardzo ładna oprawa wizualna, aczkolwiek ta też jakoś zbyt mocno nie rozwinęła się względem siódmej części. Niemniej przejście na Unreal Engine 5 zaowocowało znacznie lepszym przedstawieniem chmur, które nie tylko robią wrażenie, ale też stanowią ważny element rozgrywki. Po wpakowaniu się w ciemne kłębowisko zaczynamy delikatnie tracić kontrolę nad maszyną, a skraplająca się woda przepięknie rozlewa się po szybie kabiny. Świetnie wyglądają również wybuchające w locie myśliwce (ta ognista smuga, ach!) oraz efekt halo pojawiający się, gdy patrzymy w stronę słońca. Developerzy nie zapomnieli też o dodaniu trybu powtórek, dzięki czemu można na spokojnie przyjrzeć się wszystkim detalom, żeby jeszcze bardziej docenić pracę programistów.

Szkoda natomiast, że na razie miałem za mało czasu, by w pełni nacieszyć się trybem wieloosobowym. Podczas testowania wersji recenzenckiej serwery udostępniono bodajże na jeden dzień, a do tego nie znalazłem zbyt wielu chętnych do sprawdzenia wszystkich form rywalizacji sieciowej. Niemniej spędziłem w multiku dobre kilka godzin, podczas których bawiłem się wybornie. Do naszej dyspozycji zostaną oddane nie tylko klasyczne walki pomiędzy graczami, weźmiemy też udział w misjach kooperacyjnych, stając w szranki z wrogami kontrolowanymi przez komputer. Jestem przekonany, że jak już gra oficjalnie zadebiutuje, czym prędzej wskoczę do swojej maszyny, żeby zmierzyć się z innymi pilotami.

Choć na Ace Combat 8: Wings of Theve trochę narzekam, wynika to z tego, że bardzo lubię tę serię i chciałbym, żeby się rozwijała. Twórcy niestety wprowadzili zbyt mało zmian względem poprzednich części, przez co nie czułem żadnego powiewu świeżości (może jedynie lekki zefirek). Na dodatek niektóre nowości okazały się nietrafione, o czym wspomniałem w tekście. Nie zmienia to jednak faktu, że dzieło studia Project Aces dostarczyło mi przeżyć, jakich próżno szukać w innych produkcjach – i nawet nie chodzi o to, że ta marka na dobrą sprawę nie ma żadnej konkurencji. To bardzo dobra gra o walkach samolotów, która oferuje coś więcej niż tylko… walki samolotów. Kilkakrotnie się wzruszyłem, kilkakrotnie zdenerwowałem. Takie coś lubię.

W Ace Combat 8: Wings of Theve graliśmy na PS5.

Ace Combat 8: Wings of Theve – ocena i podsumowanie

OCENA: 7

PODSUMOWANIE: Wings of Theve to świetna gra, która jednak zbyt kurczowo trzyma się rozwiązań z poprzednich części. A gdy już próbuje wprowadzić coś nowego, wychodzi to tak sobie. Gameplayowo to stare, dobre Ace Combat. Ni mniej, ni więcej. Żadna z odsłon tego cyklu nie zapewniła mi jednak tylu emocji – ta wirtualna wojna mną wstrząsnęła.

PLUSY:

  • fenomenalne udźwiękowienie;
  • jak zwykle niezawodny system latania i walki powietrznej;
  • doskonale przedstawiony dramat wojny;
  • długa i zróżnicowana kampania fabularna;
  • rozbudowany tryb wieloosobowy;
  • ładna oprawa wizualna (zwłaszcza chmury!)…

MINUSY:

  • … ale ogólnie jakoś nie odczułem wielkiego skoku technologicznego w stosunku do „siódemki”;
  • zdecydowanie za mało zmian względem poprzedniej części;
  • zbyt duży recykling map w trybie singlowym;
  • upierdliwy system kupowania ulepszeń i samolotów;
  • bardziej filmowa kampania miała być atutem, a wyszło dziwnie.

Jedna odpowiedź do “Dawno nie wzruszyła mnie strzelanka, tymczasem Ace Combat 8 zapewniło mi emocje aż po same chmury [RECENZJA]”

  1. Jedno pytanie, czy to jest nadal arkadowa siepanina z niekończoną ilością rakiet?

Dołącz do dyskusji